Reklama

Medycyna górska pod Everestem. Agnieszka Wiernik o pracy lekarza wyprawowego


Z Agnieszką Wiernik, lekarzem medycyny górskiej, rozmawia Magdalena Przysiwek.


 

Napisałam do Nirmala i pojechałem w nieznane

 

Na co dzień pracujesz jako chirurg dziecięcy, a po godzinach pomagasz w przygotowaniu do wypraw górskich pod kątem medycznym. Jak to się stało, że połączyłaś te dwa światy?

Zaczęło się od hobby. Bardzo lubię chodzić po górach i spędzać tam cały swój wolny czas, choć ta pasja zrodziła się dopiero w dorosłości. Kiedyś trafiłam w Krakowie na studia podyplomowe z medycyny ekstremalnej. Jednym z przedmiotów była medycyna górska. Wykłady prowadził dr Robert Szymczak, lekarz medycyny górskiej, który jeździł na narodowe ekspedycje w ramach Polskiego Himalaizmu Zimowego. Wtedy zakiełkowało we mnie marzenie, by też kiedyś pojechać w góry wysokie jako lekarz. 

Reklama

 

Przeczytaj nowe e-wydanie Magazynu Na Szczycie

 

Co Cię poruszyło podczas tych zajęć, że o tym zamarzyłaś?

Najbardziej urzekły mnie same Himalaje. Zainteresowałam się literaturą i filmami górskimi i bardzo chciałam kiedyś zobaczyć najwyższe góry świata, a na samych studiach najbardziej niesamowita była właśnie medycyna górska. Zafascynował mnie proces aklimatyzacji. Człowiek nie jest przystosowany do długotrwałego przebywania w surowym, wysokogórskim środowisku - wraz ze wzrostem wysokości organizm stopniowo ulega wyniszczeniu, a skutki niedotlenienia stają się coraz bardziej widoczne. Tym bardziej niezwykłe jest to, że ten sam organizm potrafi się adaptować - uruchamia mechanizmy, pozwalające mu funkcjonować w warunkach, które początkowo wydają się skrajnie nieprzyjazne. Chciałam doświadczyć tego na własnej skórze i zobaczyć jak inni przechodzą przez ten proces.

Reklama

 

Pół roku od pomysłu do realizacji

Na studiach miałaś już pomysł, jak to zrobić, by zostać lekarzem wyprawowym?

Nie myślałam wtedy o górach wysokich. Gdy realizowałam studia podyplomowe z medycyny ekstremalnej, trwał wyścig o pierwsze zimowe wejście na K2. Bardzo się tym zainteresowałam. Śledziłam te zmagania codziennie, przez co nieustannie byłam bombardowana zdjęciami z Himalajów. Aż w końcu K2 zdobyła ekipa Szerpów, na czele których stał Nirmal Purja - były żołnierz pochodzenia nepalskiego. Któregoś razu na jego Instagramie pojawiło się ogłoszenie, że szukają fotografa wysokogórskiego. Napisałam, czy może potrzebują też lekarza na wyprawę. Zainteresowali się moją propozycją i od tego się zaczęło. Niedługo później pojechałam z nimi w Himalaje właśnie jako lekarz wyprawy.

Reklama

 

Ile czasu minęło od Waszej rozmowy do wyjazdu?

Około pół roku. To był szalony pomysł. Jechałam w nieznane, moja wiedza była dosyć świeża i brakowało mi doświadczenia w terenie. Pierwszy raz jechałam w tak wysokie góry. Spodziewałam się bardzo dużej grupy do opieki i obawiałam się, co z tego wyjdzie. Ale to był dobry pomysł. Otworzył mi wiele drzwi i zainspirował do dalszej drogi.

Czy Twoje wyobrażenia o wyprawie zgadzały się z zastaną rzeczywistością?

Byłam bardzo dobrze przygotowana teoretycznie. Wszystko, co przeczytałam w książkach, było zgodne z rzeczywistością. Spotkałam się z ostrą chorobą wysokogórską, z wysokogórskim obrzękiem mózgu, płuc… Te wszystkie schorzenia wyglądały tak samo, jak je opisano w literaturze. I leczenie, które zastosowałam, też było skuteczne. Na miejscu czułam się wspaniale, jakbym trafiła do filmu. Na lotnisku powitała mnie Magdalena Madej, Polka wtedy mieszkająca w Katmandu. Ona też była na tej wyprawie, więc od razu było mi raźniej. Zostałam pięknie ugoszczona, poznałam bardzo wielu wspinaczy, wszystkich swoich idoli. To było spełnienie marzenia.

Reklama

 

Trudne sytuacje też były?

Początek wyprawy był naprawdę przyjemny - jeszcze w Katmandu mieliśmy czas, żeby się poznać i spokojnie przygotować do wyjazdu. Później ruszyliśmy na przepiękny trekking aklimatyzacyjny do bazy pod Everestem. Sytuacja zaczęła się komplikować dopiero powyżej 5000 m n.p.m. U jednego z turystów z innej grupy rozwinął się obrzęk mózgu. Po podaniu tlenu i leków został ewakuowany śmigłowcem. To wydarzenie było dla mnie bardzo obciążające, zwłaszcza że sama zaczęłam się gorzej czuć. Mimo to miałam w sobie silne przekonanie, że muszę pozostać w dobrej formie, by móc pomagać innym. Udało mi się to aż do końca wyprawy.

Reklama

Wkrótce potem pojawił się kolejny poważny przypadek - u jednego z chłopaków zaczęły się objawy obrzęku płuc. To była trudna sytuacja, bo od mojej decyzji zależało czy będzie mógł kontynuować wyprawę. Ostatecznie musiał z niej zrezygnować. To jeden z najtrudniejszych momentów w tej pracy - powiedzieć komuś, kto przez lata przygotowywał się do wyprawy, że nie może iść dalej. Mimo tych doświadczeń cały sezon oceniam dobrze. Poważnych wypadków, urazów czy dramatycznych sytuacji było stosunkowo niewiele. Najwięcej pracy miałam w roli lekarza „pierwszego kontaktu” - w dużej grupie ludzi infekcje, zarówno dróg oddechowych, jak i przewodu pokarmowego, rozprzestrzeniają się błyskawicznie. Byłam praktycznie cały czas w ruchu, choć na szczęście były to raczej drobne problemy. Rok później sezon w Himalajach okazał się już znacznie bardziej tragiczny.

...

Płatny dostęp do treści

Dołącz do grona naszych prenumeratorów aby przeczytać tekst w całości.

Pozostało 63% tekstu do przeczytania.

Wykup dostęp
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 04/06/2026 14:42
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo magazynnaszczycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości