Z Anetą Chmielińską, autorką podcastu Dzikoprzygody, rozmawia Magdalena Przysiwek.
Tekst Magdalena Przysiwek
Od 2021 roku prowadzisz Dzikoprzygody, podcast o naturze dla małych i dużych. Skąd się wziął Twój pomysł na takie słuchowisko?
W twórczości każdego pisarza występują specyficzne dla niego, powracające motywy. Dla mnie to natura i opowieści. Mimo że nie zawsze zajmowałam się stricte naturą, ale te opowieści zawsze mi towarzyszyły. Moja mama była instruktorem teatralnym. Najmilej wspominam momenty, kiedy siadaliśmy z braćmi w salonie, a ona czytała nam na głos różne książki. Podczas pandemii, gdy nie mogłam prowadzić na żywo warsztatów przyrodniczych dla dzieci, przyszło mi do głowy przekazywanie wiedzy poprzez opowieści. Zaczęłam nagrywać słuchowiska, by nie trzeba było patrzeć w ekran. Podcast ruszył w 2021 roku, wtedy też dostałam za niego nagrodę. Niedługo później wydałam pierwszą książkę. Dzikoprzygody rozkręciły się tak, że aż samą mnie to zaskoczyło. Teraz mają ponad 4,5 miliona odsłuchań.
Przeczytaj nowe e-wydanie Magazynu Na Szczycie
Co sprawia, że w czasach zdominowanych przez elektronikę, słuchaczy jest tak wielu? Jak rozbudzasz w dzieciach to zainteresowanie naturą?

Byłam kiedyś na dzikich studiach, gdzie uczyłam się m.in. jak rozpoznawać głosy ptaków czy robić ogniska w dole ziemnym. Powtarzano nam, byśmy nie byli tradycyjnymi nauczycielami, tylko takim sprytnymi mentorami. Przykładem takiej osoby jest Yoda, w naszej kulturze postać lisa, a w mitologii to Loki. To ktoś, kto dobrze wprowadza w naturę, opowiada o niej. Kto staje obok i spotyka nas tam, gdzie w danym momencie jest nasza ciekawość i wiedza. Tworzę podcast głównie o polskiej naturze, bo to bliskie i znajome, więc wstępnie może nas zainteresować. Zaczynam od kamienia za domem, czy małej biedronki, i od nich tworzę opowieść, sięgającą czasem nawet kosmosu. Dzięki temu dzieci realnie spotykają rzeczy, o których słuchały. To moja metoda rozkochiwania w naturze. Badania skandynawskie z 2012 roku pokazują, że gdy we wczesnym dzieciństwie nawiążemy bliską relację z naturą, jako dorośli będziemy o nią dbali.
Znaczenie ma więc zainteresowanie dzieci ciekawostkami, jak i dawanie im pola do eksploracji?
Natura daje nam bardzo dużo korzyści, w tym równowagę psychiczną. W czasach szybkiego rozwoju technologii, ważne by nauczyć dzieci zachowywać balans w życiu. Wchodzenie w naturę i pozwalanie na małe szaleństwa, to narzędzie, które możemy im dać. Dzięki temu dzieci uczą się samodzielności i stawiania granic. Obecnie często dzieci mające 6 czy 7 lat nigdy nie wspinały się na drzewo. I być może w ten sposób uniknęły urazów, ale też nie nauczyły się rozpoznawania niebezpieczeństw. Lepiej, by miały możliwość poznawania swoich granic i możliwości fizycznych.
Druga rzecz to posiadanie swoich miejsc w naturze. Maorysi, gdy się przedstawiają, zawsze mówią skąd pochodzą i jaka jest ich góra. Uważam, że to niezwykle ważne, by każdy z nas miał swoją górę czy drzewo, bo to daje realny związek emocjonalny z naturą. Potem, gdy mówimy o ekologii, zrównoważonym rozwoju, to nie są puste słowa. Chcemy dbać i walczyć o prawdziwe bliskie nam miejsca.
W swoim podcaście opowiadasz o Pacific Crest Trail (PCT). Czy to jest takie Twoje miejsce w naturze?
Dla mnie są to przede wszystkim miejsca z dzieciństwa – górka piasku za domem, drzewo, na które się wspinałam, czy las, do którego chodziłam na zbiórki harcerskie. One inspirują mnie do wychodzenia w naturę. A wędrówki zawsze były w moim życiu. Przeszłam Główny Szlak Beskidzki, byłam w Irlandii na szlaku Kerry Way, przez Portugalię i Hiszpanię wędrowałam do Santiago de Compostela. Ale marzyłam o większych wyprawach, żeby zobaczyć inną naturę i sprawdzić siebie. Jednak nie miałam odwagi, by to zrealizować, a nawet powiedzieć na głos.
Dopiero pracując w szkole zrobiłam prezentację na temat wędrówek. Ostatni slajd był o marzeniach, w tym o ponad czterotysięcznym szlaku Pacific Crest Trail. Jedno z dzieci z tylnego rzędu krzyknęło: To co? Zbieramy kasę! Zaśmiałam się, bo co prawda powiedziałam to marzenie na głos, ale nigdy nie brałam pod uwagę, że naprawdę to zrobię. Byłam wtedy nauczycielką, nie miałam na to funduszy. Musiałabym na pół roku zostawić rodzinę w Polsce i warsztaty przyrodnicze, które już prowadziłam. Gdy wróciłam do domu, zaczęłam się nad tym zastanawiać. Kiedy robię zajęcia dla dzieci i one mi opowiadają, że zostaną lekarzem czy astronautą, biorę to za dobrą monetę. Dlaczego więc sama nie zrealizuję swojego marzenia? Powiedziałam o tym mężowi. Gdyby jego reakcja była inna, może bym nie pojechała. Ale on po prostu spytał: Jak to zrobimy? To dodało mi skrzydeł.
To niesamowite wsparcie.
Mój mąż Adam jest wzorem wsparcia. Przy okazji rozmów o podróżach za rzadko się mówi o osobie, która zostaje. Kiedy robiłam spotkania podróżnicze, zawsze dostawałam pytanie: A co na to twój mąż? Ale nigdy na spotkaniach podróżniczych z mężczyzną nie słyszałam pytania: A co na to twoja żona? Nadal jest to dla nas kulturowym wyzwaniem.
[paywall]
Nigdy nie powiedział, że się o Ciebie boi i żebyś nie jechała?
Oczywiście powiedział, że się boi. Z jednej strony miałam wspierającego męża, a z drugiej moich rodziców, którzy tego nie rozumieli. O tym też rzadko się mówi, że nie wszyscy z rodziny podróżnika wspierają jego pomysł. Niektórzy bardzo się martwią i jest to dla nich trudne. To mnie zmotywowało, by bardzo dobrze przygotować się na ewentualne niebezpieczeństwa. Moim zdaniem strach to luka wiedzy. Nie można jej zapełnić w 100 procentach, ale można się postarać, by te procenty wzrosły.
Jakiś czas temu czytałam książkę „Kosmiczny poradnik życia na ziemi” kanadyjskiego astronauty Chrisa Hadfielda. Pisał, że astronauci na międzynarodowej stacji kosmicznej mają scenariusz na każdą kryzysową sytuację, by w niebezpiecznym momencie nie tracić czasu na zastanawianie się nad kolejnymi krokami. Chciałam pokazać mojej rodzinie, że jestem naprawdę dobrze przygotowana. Zrobiłam więc scenariusze na każdą sytuację. Na około stu fiszkach wypisałam potencjalne zagrożenia, a z tyłu co w danej sytuacji zrobić.
Myślisz, że to jest clou odpowiedzialnego samotnego podróżowania, by zminimalizować niebezpieczeństwa?
Przed dużą wyprawą warto najpierw spróbować mniejszych wędrówek, by się z tym oswoić i zobaczyć ewentualne niebezpieczeństwa. Po drugie, warto wcześniej porozmawiać z kimś, kto na takiej wyprawie już był, bo taka osoba ma bardzo szczegółową wiedzę na temat niuansów, które nie przyjdą nam do głowy. I trzecia rzecz, żeby nie chować głowy w piasek i nie udawać, że akurat w naszym wypadku nic się nie zdarzy. Tylko faktycznie wypisać te zagrożenia i ewentualne kroki. I ostatnia rzecz, którą polecam, to sprawdzenie jak najbardziej aktualnej wiedzy o niebezpieczeństwach.
Przygotowując się do swojej wyprawy, korzystałam m.in. z przewodnika po PCT, ale nie pomyślałam, żeby przejrzeć fora internetowe i zobaczyć co faktycznie dzieje się aktualnie na tej trasie. Szczególnie, że zmiany klimatyczne, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, generują dużo pożarów. Miałam taką fiszkę „pożar”, ale nie wiedziałam, że to nie jest kwestia tego czy to się wydarzy, tylko kiedy? Jak blisko będzie i czy zostanie ugaszony, zanim tam dojdę? Wchodząc do stanu Waszyngton, miałam naziemną bazę kosmiczną w postaci mojego męża, który regularnie sprawdzał amerykańską aplikację, gdzie mieszkańcy zgłaszają okoliczne pożary. Dwa razy dziennie dostawałam aktualne informacje.
Zanim stanęłaś na starcie PCT, pojechałaś sprawdzić się w Bieszczady. Opowiedz, dlaczego to takie ważne?
Można przygotować się sprzętowo, kondycyjnie, wiedzieć wszystko na temat trasy. Ale warto przed wyprawą odrobić lekcję pokory. Osoby, które wybierają się na takie wyprawy, chcą sprawdzić siebie. Ale mimo wszystko jest to rekreacja i taka wyprawa nie powinna narażać naszego życia. Gdy na trudny, ale wyznaczony szlak rusza dużo osób - w przypadku PCT to 8 tys. osób rocznie - możemy pomyśleć, że to dla wszystkich. W USA trzeba też mieć zgodę na przejście szlaku z wyznaczonym terminem, co generuję dodatkową pułapkę. Podczas mojego przejścia, w górach Kalifornii było 200 proc. standardowej normy śniegu. Zawalały się mosty. Mimo to, niektóre osoby decydowały się iść dalej, obawiając się, że nie będą mogły wrócić na szlak, bo ich zgoda wygaśnie.

Dla mnie to lekcja pokory. Z jednej strony nauczyłam się tego już w Polsce, jadąc w Bieszczady. Trener mi polecił takie bezpośrednie przygotowanie startowe. Poszłam z 30-kilogramowym plecakiem w góry, w śnieg po kolana. Szłam o wiele dłużej niż powinnam, na 100 proc. swoich możliwości. Tak nie powinno się robić, bo nie wiadomo czy nie trzeba będzie tego procenta dołożyć, gdy trasa okaże się dłuższa, trudniejsza czy będą jakieś przeszkody po drodze. Po tamtej wyprawie obiecałam sobie i swojej rodzinie, że już nigdy nie postawię się w takiej sytuacji. W Stanach życie zweryfikowało założenia. Mimo że powiedziałam wszystkim o wyprawie i ta informacja znalazła się w internecie, i choć robiłam pocztówki dźwiękowe, to musiałam się przed wszystkimi przyznać, że zawracam ze względu na warunki. Dla mnie jako osoby ambitnej, było to bardzo trudne. To była najważniejsza lekcja z tej wyprawy.
Oprócz odebrania lekcji pokory, jak wpłynęły na Ciebie trzy lata przygotowań i sama wędrówka?
Przygotowując się do tej wyprawy, rozkwitłam, m.in. dzięki treningom sześć razy w tygodniu. Okazało się, że potrafię być bardzo wysportowaną osobą. I to mi zostało po wyprawie. Potrafię też o wiele zdrowiej jeść, a mój dzień jest lepiej zorganizowany. Mogę stawiać czoła różnym trudnościom, które wcześniej mnie przerażały, to np. różne formalne kwestie. Krok po kroku udawało mi się załatwiać rzeczy na wyjazd i przekonałam się, że jestem o wiele bardziej zorganizowaną, wysportowaną i zmotywowaną osobą, niż sądziłam. Przygotowania zmieniły mnie równie mocno, co sama wyprawa.
Jak zatem udało Ci się przejść przez te wszystkie trudności logistyczne, finansowe, kondycyjne i rodzinne?

Od początku wiedziałam, że potrzebuję innych głów. Mam taką zasadę, że jeżeli czegoś nie wiem, staram się znaleźć najlepszego nauczyciela. Zaczęłam od spotkań z panią coach. Rozmawiałyśmy o niezbędnych zmianach w kontekście mojej pracy, bym mogła wyjechać na sześć miesięcy. Zastanawiałam się i planowałam. Jeśli chodzi o kondycję, odezwałam się do najlepszej osoby w okolicy, czyli trenera od triathlonu Kuby Maślanki. Rozpisał mi treningi i na bieżąco sprawdzał moje wyniki. Wiedziałam co mam robić. Startowałam z pozycji osoby niezbyt wysportowanej, ćwiczącej rekreacyjnie. Dodatkowo miałam problemy z kolanem i do końca się obawiałam, jak to będzie. Przez półtora roku chodziłam do fizjoterapeuty, który bardzo mi pomógł. Do tego doradził wiele rzeczy, które mogą się wydarzyć podczas długotrwałej wędrówki z plecakiem. Rozmawiałam z osobami, które były na Pacific Crest Trail. Radziłam się w kwestiach biwakowania w śniegu, formy fizycznej, wstępnych przygotowań i finansów. Dla nauczyciela zgromadzenie takiej kwoty to ogromne wyzwanie. Mnie pomogło organizowanie urodzin i warsztatów dla dzieci. Robiłam ich bardzo dużo. To była tak intensywna praca, że w ciągu jednego dnia potrafiłam przejść 25 km.
Kolano nie zawiodło?
Kondycyjnie poszło dobrze. Wszystkie rady bardzo mi się przydały. Ten temat warto sobie przemyśleć, wybierając się na ponad czterotysięczną wędrówkę na drugi koniec świata. Ludzie mają różne podejście do wędrówek, ponieważ chodzenie brzmi jak bardzo naturalna czynność. W Stanach wiele osób wybiera się na szlak zupełnie bez żadnego przygotowania. Zdecydowanie to odradzam. Co innego ćwiczyć regularnie godzinę dziennie, a co innego iść z ciężkim plecakiem 30, 40 km każdego dnia. Warto sprawdzić, jak organizm reaguje na coś takiego w dłuższej perspektywie czasowej.
Poza tym, gdy ćwiczymy w pomieszczeniu, nie jesteśmy wystawieni na działanie trudnych warunków atmosferycznych.
Tak, ale też dochodzi obciążenie organizmu, bo taką nieoczywistą rzeczą są częste podejścia. Co innego ruszyć na kilka dni w góry i zdobywać wysokość, a zupełnie czym innym jest robienie tego przez kilka miesięcy. Nasz duży palec u stopy ciągle jest w podniesionej pozycji i naciąga nogę, co może spowodować kontuzję. A druga rzecz przydarzająca się głównie kobietom, to zakończenie wędrówki ze względu na zbyt duży spadek wagi. Bo na takiej wyprawie bardzo się chudnie, zwykle z mięśni.
Powiedziałaś kiedyś, że podróżowanie powinno być po coś, nie tylko dla siebie. Co jest zatem celem Twoich podróży?
W przeszłości doceniano wartości, które teraz się zatracają, np. męstwo czy pokorę. Taki etos wartości rodem z dwudziestolecia międzywojennego. Dla mnie ruszanie na wyprawy, to wypracowywanie w sobie takich cech. Czasem przychodzą do mnie na spotkaniach rodzice mówiąc, jak bardzo się cieszą, że w czasach celebrytów ich dziecko ma taki autorytet. Staram się mocno nad sobą pracować i wracać do tych zanikających wartości, które uznaję za cenne i myślę, że to we mnie lubią. Na szlaku spotykam te wartości w postaci wyciągniętych do pomocy dłoni czy sposobu, w jaki ludzie ze sobą rozmawiają.

Poza tym wyprawa gdzieś dalej w naturę i porozmawianie z ludźmi z innych krajów, pozwala wyjść z własnej bańki i inaczej spojrzeć na temat ekologii. Zajmuję się przyrodą od dłuższego czasu. Wokół mnie są słuchacze chcący wspierać i chronić naturę. Ale warto też usłyszeć więcej perspektyw, osób z różnych części świata, by potem działać w tym temacie w naprawdę sensowny sposób.

Aneta Chmielińska - pedagożka leśna. Autorka podcastu przyrodniczego dla dzieci i dorosłych Dzikoprzygody. Słuchowisko uhonorowano nagrodą Podcast Roku 2021, Best Stream Awards 2024 w kategorii „Nauka i Edukacja" oraz Diamentu Patronite 2024 w kategorii „Zwierzęta i Natura". Autorka książek „Dzikie opowieści. Wędrówka tropem tajemnic natury” oraz „Górskie opowieści. Szlakiem gawęd o naturze”. Miłośniczka szlaków długodystansowych. Przeszła m.in. Główny Szlak Beskidzki, irlandzki szlak Kerry Way, szkocki West Higlands Way oraz połowę amerykańskiego szlaku Pacific Crest Trail (ponad 2 tyś km).
Tekst ukazał się w wydaniu nr 08/2025
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze