Reklama

Potrójna Korona 2026 – 85 km przez Gorce i Beskid Sądecki


Pierwsze edycje w roku mają w sobie coś magicznego, uwielbiam w nich uczestniczyć. Cieszy mnie świadomość tego, że niezależnie od doświadczenia, na starcie takiej imprezy każdy staje po raz pierwszy. Nutka niepewności, obietnica niespodzianki, pierwsze realne poznanie rytmu trasy - z biegiem lat czerpię z tego coraz większą frajdę.


 

Potrójna Korona 2026. Ból to tylko mały prąd w mózgu

 

Cykl marszów Potrójna Korona od lat rozpoczynał się kwietniową imprezą w Górach Orlickich, lecz od 2026 roku pierwszym startem w sezonie jest edycja Gorczańska, z trasą poprowadzoną przez Beskid Sądecki i Gorce. Start zaplanowano więc na 20 marca o godzinie 20, a meta była otwarta do 21 marca - godzina 23.59. Termin imprezy został więc perfekcyjnie zgrany z astronomicznym końcem zimy i początkiem wiosny. Turystyka romantyczna - tak należałoby nazwać tę dyscyplinę. Czy muszę dalej zachęcać? 

 

Co ja tu w ogóle robię? 

 

Ostatni raz w podobnej wyrypie brałem udział półtora roku temu. Naderwane więzadło krzyżowe, pęknięta rzepka i operacja usunięcia uszkodzonej łąkotki to wierzchołek góry lodowej, która przydusiła mój entuzjazm do przygód w takich - nie dla każdego zabawnych - warunkach.  

Reklama

Długimi miesiącami uparcie pracowałem nad odzyskaniem sprawności pozwalającej cieszyć się powrotem do aktywności. Okazjonalne kilkunastokilometrowe spacery były w moim zasięgu, choć wymagały licznych przerw i leniwego tempa. Czułem niedosyt, lecz bałem się sięgać głębiej.  

 

Przeczytaj nowe e-wydanie Magazynu Na Szczycie

 

W chwili zwątpienia zwróciłem się do starszego kolegi, GOPR-owca i finiszera ekstremalnie trudnych rajdów przygodowych na wielu kontynentach. Dla niego sprawa była banalnie prosta: - Lekarz mówi, że nie wrócisz do ultra? Zmień lekarza. 

Reklama

Ta iskra od Kuby wystarczyła, żebym spojrzał na temat śmielej, niż przez mocno ograniczone ramy nakreślone przez fizjoterapeutów i ortopedów. Zaufałem intuicji. Głosy rozsądku i oceny ekspertów ucichły, zagłuszone jednomyślnym - Jesteś gotów. 

 

Założenia i przygotowania 

 

Nie miałem złudzeń - 85 km marszu po górskich szlakach, na przełomie zimy i wiosny, to nie spacer po parku. W poprzednich latach bawiłem się tą formułą. Na Potrójnej Koronie Wałbrzyskiej biegłem pierwsze 40 km z pełnym zestawem biwakowym, by przed startem małej trasy o poranku złapać kilka godzin snu w hamaku. Na innej edycji krążyłem po trasie między znajomymi, dokładając do całkowitego dystansu wiele kilometrów.  

Reklama

Tym razem nic podobnego nie wchodziło w rachubę. Postanowiłem wykorzystać całe zdobyte do tej pory doświadczenie, by maksymalnie ułatwić sobie starcie z tym wyzwaniem i zweryfikować, czy nadal mogę ufać własnej ocenie rzeczywistości.  

 

Software 

 

Zacząłem od analizy trasy i sprawdzenia prognoz pogodowych. 85 km i 3600 metrów przewyższenia, w tym cztery naprawdę solidne podejścia. Sporo.  

W pierwszej kolejności ślad .GPX od organizatora podzieliłem na pięć odcinków, wyznaczonych przez punkty żywieniowe znajdujące się na 17., 35., 58. i 70. kilometrze trasy. Dzięki temu poszczególne odcinki miały, w przybliżeniu, długość zaledwie 15 km, z jednym etapem 23-kilometrowym. Odetchnąłem z ulgą, bo tyle z pewnością dam radę pokonać. Każdorazowe spojrzenia tarczę zegarka uspokajały mnie, bo cel był namacalny - odległy o kwadranse, a nie godziny.  

Reklama

Poza efektem psychologicznym ma to też ogromną zaletę nawigacyjną. Wykres profilu wysokościowego dla całej trasy jest zbyt zwarty i nieczytelny na małym ekranie. Rozbicie go na odcinki radykalnie to poprawia. 

Prognozę pogody monitorowałem na tydzień przed wydarzeniem. Było chłodno i mokro, z temperaturami w nocy w okolicach przymrozka i obietnicą wielogodzinnych opadów w dniu startu. Względnie komfortowe przejście nocy uznałem za kluczowe. W warunkach długich imprez sportowych prawdziwy wyścig zaczyna się w drugiej połowie. Przekułem tę mądrość w postanowienie dotarcia do półmetka trasy w jak najlepszej kondycji fizycznej i mentalnej.   

Reklama

 

Hardware  

 

Sprzęt na marsz wybrałem skrupulatnie i sprawdził się doskonale. Z jednej strony oczekiwałem niskich temperatur i wysokiej wilgotności w nocy, z drugiej zaś długie i strome podejścia wymagały odzieży, w której uniknę przegrzania, przepocenia i otarć. Fizyczny dyskomfort drenuje siłę woli, a tę wolałem oszczędzać na trudniejsze fragmenty trasy. Sam chłód to nie problem, zawsze można dołożyć kolejną warstwę. Wyzwaniem w takich warunkach jest przede wszystkim sprawne zarządzanie wilgocią - tą wypoconą i tą w środowisku zewnętrznym. Wnioski były klarowne - żadnej wełny merino, puchu i membrany w butach. Wszystkie z nich potęgują zatrzymywanie wilgoci przy skórze. 

Reklama

Podstawą był siatkowy baselayer - bezrękawnik, przykryty leciutką, niemal przejrzystą, syntetyczną koszulką z długim rękawem, dużo cieńszą niż wynikałoby z prognoz temperaturowych. Następnie dopasowana bluza z materiału Polartec Alpha (w strukturze przypominająca ocieplaną moskitierę) i lekka kurtka, wiatrówka (ważne, by splot materiału nie był zbyt gęsty, nadmierna szczelność jest tu niepożądana).  

Do plecaka schowałem lekką kamizelkę z wypełnieniem syntetycznym (40g/m2), gdyby w marszu było mi za zimno, prostą w kroju kurtkę membranową na wypadek ulewy oraz ulubioną kurtkę z ociepliną syntetyczną (o cienkiej powłoce 10d), do wykorzystania jako dogrzanie postojowe na punktach kontrolnych. 

Reklama

Na nogach lekkie spodnie biegowe o dopasowanym kroju - na tyle cienkie, by uniknąć przegrzania w trakcie długich podejść. Dla ochrony przed chłodem zabrałem drugą parę spodni, wykonaną z materiału o gęstszym splocie i z nogawkami rozpinanymi w połowie łydki. To pozwala mi je ubrać bez ściągania butów. W efekcie upraszczam wszelkie przebieranki na trasie, sprowadzając je wyłącznie do założenia lub zdjęcia warstw zewnętrznych. 

Dodatki to komin na szyję, lekka czapka (w razie potrzeby wsparta kapturem), dwie pary skarpet na zmianę i rękawiczki z windstopperem.  

Reklama

Buty, z uwagi na duże ilości błota i prognozowane opady, bez membrany, by przyspieszyć schnięcie. Model typowo biegowy, przeznaczony na długie dystanse, oferujący łagodne przetoczenie i sporo amortyzacji.  

 

Noc 

 

Trasę otwiera długie podejście na Radziejową (1265 lub 1266 m n.p.m.), najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego. Miarowo wznoszący się szlak prowadzi szeroką drogą, na końcu pokazując pazur w postaci udeptanego, śliskiego śniegu i stromego fragmentu usianego kamieniami. Pokonanie tych pierwszych ośmiu kilometrów i 750 metrów w pionie zajmuje mi prawie dwie godziny. Jednak czuję, że pierwszy duży krok za mną. 

Reklama

Na szczycie, pod wieżą widokową, przybijam pieczątkę pierwszego punktu kontrolnego i ruszam dalej, wyciągając tajną broń - potężną latarkę ręczną, zasilaną trzema ogniwami 21700. Z mocą tysiąca lumenów świeci stabilnie przez pięć godzin. Owszem, to blisko 700 gramów dodatkowego balastu, lecz zdecydowałem się na to z dwóch powodów. Po pierwsze, duża ilość światła skutecznie przeciwdziała senności w czasie całonocnych imprez i mniej męczy oczy. Po drugie, światło umieszczone na wysokości bioder uwydatnia nierówności terenu spłaszczane przez latarki czołowe. Podłoże traci nienaturalną płaskość i zyskuje trzeci wymiar. Do tego każda przeszkoda rzuca wyraźny cień, a to pozwala mi na dużo pewniejszy krok i oddala obawy o ewentualnym potknięciu i kontuzji.  

Reklama

Na kolejnych dziewięciu kilometrach wytracam wypracowaną wysokość i schodzę do Jaworek (ok. 570 m n.p.m.), gdzie trafiam na pierwszy punkt żywieniowy. Uzupełniam wodę i zjadam banana. Po chwili skręcam na zielony szlak, rozpoczynając drugie z dużych podejść przejściem przez urokliwy Wąwóz Homole. Ścieżka prowadzi wzdłuż potoku Kamionka, przez śliskie stopnie skalne, liczne mostki i kładki. Po godzinie docieram do Polany pod Wysoką (947 m n.p.m.). Część uczestników decyduje się w tym miejscu na chwilowe zboczenie z trasy, by wejść na szczyt Wysokiej (1050 m n.p.m.), najwyższy szczyt Pienin, należący do Korony Gór Polski. 300 metrów szlaku i 50 metrów podejścia to w skali całej Potrójnej zmarszczka, ale z pokorą trzymam się wyznaczonej trasy. Do mety mam jeszcze kawał drogi.  

Dwie godziny marszu, pomiędzy 1 a 3, upływają mi spokojnie i w skupieniu. Od kilku godzin pada. Nieustający deszcz w środku nocy sprawia, że finalnie wszystko na sobie mam przesiąknięte. Pomimo tego nie zakładam kurtki goretex-owej, bo po kwadransie ściągałbym ją z przegrzania. Odzież sprawdza się doskonale, kompletnie mokra utrzymuje zaskakująco komfortowy mikroklimat. 

Żółtym i niebieskim szlakiem łykam kolejne kilometry, a ilości błota na trasie są doprawdy spektakularne. Ślizgam się, jak każdy i wywracam, jak większość. Przed Szczawnicą (ok. 465 m n.p.m.) schodzę do Dunajca. Kolejne pięć kilometrów wzdłuż rzeki jest “za darmo” - płasko i po asfalcie. Docieram na 35. kilometr, do drugiego punktu żywieniowego, gdzie o 8 rusza mała trasa. Skutecznie ignoruję świadomość, że do mety pozostało jeszcze ponad 50 km.

 

Brzask 

 

Punkt w Krościenku nad Dunajcem (425 m n.p.m.) jest bogato zaopatrzony. Odpoczywam w ciepłym budynku, przy stole i misce przepysznej pomidorowej. Spędzam tu aż 40 minut. Zmieniam skarpety i chwilę przed 5 ruszam dalej, powoli atakując trzecie z dużych podejść (800 m w pionie). Etap o długości 24 km, do kolejnego punktu na Przełęczy Knurowskiej, biegnie szlakiem czerwonym i pokrywa się z Głównym Szlakiem Beskidzkim. 

Ku zaskoczeniu stwierdzam, że noc przeszedłem bez żadnego kryzysu - być może to zasługa pokory, spokojnego tempa i dobrego żywienia. By nie przeciążać żołądka, nocą nie jem wiele. Bazuję na izotonikach, precelkach, okazjonalnym kabanosie lub kawałku czekolady. Rozsądne minimum, by nie tracić energii. 

Podejście na Lubań (1210 m n.p.m.) jest wymagające. Zajmuje mi dwie godziny, a w międzyczasie świat budzi się do życia. Nocna głusza ustępuje ptasim śpiewom, a zamiast błota pod nogami chrzęści śnieg. Mijam dwóch współuczestników drzemiących w altanie na punkcie widokowym. O świcie szczyt spowija gęsta mgła, co nadaje każdemu kadrowi baśniowego klimatu. Jest doprawdy przepięknie. 

Po zaliczeniu piątego punktu kontrolnego cieszę się, że zabrałem raczki. Szlak jest ośnieżony, solidnie przedeptany i miejscami wyjątkowo śliski. W pamięci mam wyjście sprzed lat, na którym raczków nie wyciągnąłem z plecaka wyłącznie z lenistwa. “Bo to tylko na chwilę, ledwo założę i zaraz będę ściągał” - wtedy skończyło się skręceniem kolana i długą przerwą. Nie mam zamiaru powtarzać tego błędu. 

Poranne mgły ustępują ciepłym promieniom słońca, taka pocztówkowa pogoda utrzyma się już do wieczora. Zasłużyliśmy. W śniegu i błocie docieram do Przełęczy Knurowskiej (835 m n.p.m.), gdzie czekają leżaki, grill, piwo i… pełno mrówek.  

 

Dzień 

 

Obawiałem się walki z limitem czasu, ale mam solidny zapas. Rozochocony dobrym tempem siadam na leżaku i pozwalam sobie na chwilę relaksu. Ściągam buty i identyfikuję problem, który dokuczał mi od dłuższego czasu - pęcherze pod odciskami, klasyka turystyki pieszej. Przebijam je ostrożnie, wyciskam, zasypuję talkiem antybakteryjnym i ponownie wiążę buty. Jest lepiej, ale po kilkudziesięciu krokach staję jak wryty. Szczerze zaskakuje mnie intensywność bólu promieniującego z obu stóp, a przede mną 27 km marszu. Podejście na Turbacz to wyzwanie głównie kondycyjne, lecz zejście to sprawdzian dla zmęczonych stóp i stawów. ]

Stoję. Liczę oddechy, analizuję na chłodno. Lewe kolano, o które bałem się najbardziej, nie zawodzi. Doświadczeniem pokonałem większość typowych problemów, ale ciało pozbawione bodźca mięknie. Nieprzespana noc i 15 godzin marszu odcisnęło piętno na stopach odwykłych od takich zabaw. Wdech i wydech. To tylko stopy, krew się nie leje, ale jakim cudem bolą aż tak bardzo? 

Sięgam głębiej, chwytając się wspomnień z innych startów. Wymazuję perspektywę tego co przede mną, bo strach ma wielkie oczy. Nie liczę, ile do mety. Wystarczy, że mogę zrobić kolejny krok. Podobno ból to tylko mały prąd w naszych mózgach. Wdech i wydech. Dociera do mnie, że moja Potrójna dopiero się zaczyna, wszystko do tej pory było tylko niezbędną rozgrzewką. Przejdzie. Ruszam.  

 

Turbacz 

 

Podejście pod Turbacz zaczyna się spektakularnie, półkilometrowym odcinkiem o nachyleniu ponad 25 proc. Na tak stromych odcinkach kijami pracuję asynchronicznie, tzn. na każdy ruch ręki stawiam więcej niż jeden krok. Dbam o wysoką kadencję, stawiam drobne, rytmiczne kroki utrzymując rytm i wektor ruchu. Wypycham się z tylnej nogi, co ułatwia zaangażowanie mięśni pośladkowych, czworogłowe oszczędzam na zejścia. To ostatnie podejście na trasie, podobnie jak poprzednie zajmuje mi około dwóch godzin. 

Na szczycie (1310 m n.p.m.) przybijam ostatnią pieczątkę i schodzę do schroniska na ciasto i batona. Stopy przestały mi dokuczać, ale pamiętam, żeby nie zatrzymywać się na dłużej niż krótką chwilę. Rozkoszuję się zejściem zielonym szlakiem. Zwalniam, podziwiając krajobraz skąpany w promieniach leniwie zachodzącego słońca, które towarzyszy mi po prawej ręce przez ostatnie dwie godziny dnia. Na dole zakładam kurtkę, przystaję na trzy kwadranse i czekam na znajomych pokonujących krótką trasę. Ostatnich kilka kilometrów wzdłuż Dunajca, do Nowego Targu, pokonujemy razem w zaskakująco szybkim tempie. 

Na metę docieram po 24 godzinach od startu, z czego trzy i pół spędziłem na przerwach. Wydawało mi się, że wiem czego się spodziewać, tymczasem dostałem więcej, o wiele więcej. Ten start zostanie ze mną na dłużej.

 

Potrójna Korona 

 

  • To cykl imprez, podczas których uczestnicy ruszają na wymagające górskie wyrypy.  
  • Każda Potrójna Korona to długodystansowy marsz górski, rozgrywany na kilku dystansach. Tutaj nikt się nie ściga, choć obowiązują limity czasowe. 
  • Uczestnicy poruszają się po wyznaczonej trasie szlakami turystycznymi, a na trasie czekają punkty odżywcze i kontrolne. Jeśli musisz zrezygnować, organizatorzy odwiozą Cię do bazy. Na mecie czeka metalowa przypinka finiszera. 

 

  • W 2026 roku to pięć imprez. W marcu odbyła się opisana przez Kubę Woźniaka Edycja Gorczańska, a w kwietniu – Orlicka. Na czerwiec zaplanowano Edycję Wałbrzyską (12-14, 45 i 85 km), na wrzesień Beskidzką (4-6 w okolicach Korbielowa, 45 i 80 km), a na październik Śnieżnicką (23-25, okolice Zalewu Stara Morawa, 45 i 75 km). 

 

Sprzęt odpowiedni na marsz

 

85 km po górskich szlakach to wyzwanie, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że Potrójna Korona nie ma sportowego charakteru i obowiązują łaskawe ramy czasowe. Jeśli chodzi o sprzęt to sugeruję:

  • solidne buty przeznaczone do biegów górskich, stabilne, możliwie lekkie, lecz z rozbudowaną amortyzacją. Długość wkładki powinna być o 15 mm dłuższa niż długość samej stopy, lecz luz i ruch pod stawem skokowym oraz w okolicach pięty dyskwalifikuje dany model;

  • porządne skarpety, co najmniej tak samo ważne jak buty. Tu również sięgam po modele przeznaczone do biegania. Pogrubione w okolicach palców, pięty oraz przy ścięgnie Achillesa, dla poprawy amortyzacji. Jedna porządna para wystarczy, nawet w przypadku przemoczenia (a o to na trasie nietrudno, nawet przy pięknej pogodzie).

  • stuptuty biegowe: jest w nich tylko nieco cieplej, zapobiegają za to wpadaniu piasku i kamieni do butów;

  • kije trekkingowe (regulację ich długości uważam za zbędną)

 

 

Tekst ukazał się w wydaniu nr 3/2026

 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 05/06/2026 14:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo magazynnaszczycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości