Reklama

Zmiany klimatu w Himalajach. Piotr Pustelnik o przyszłości Everestu i alpinizmu


Niegdyś człowiek stawał na Mont Blanc ze świadomością, że może nie wrócić. Teraz wchodzi na szczyt z telefonem i prognozą pogody na cztery dni. Do dyspozycji może też mieć przewodnika, który zna trasę lepiej niż własne mieszkanie. Różnica między tymi dwoma momentami nie mówi nam nic o górze, za to mówi nam wiele o nas.


 

Walka dronów nad Everestem. Felieton Piotra Pustelnika

 

Współczesny alpinizm i himalaizm rozpadł się na dwa równoległe światy, które dzielą tę samą przestrzeń geograficzną, ale nie mają ze sobą prawie nic wspólnego. Świat pierwszy: garstka zawodowych alpinistów, jak Polacy, Francuzi, Słoweńcy, Katalończycy, kilku Amerykanów i Japończyków, którzy wytyczają nowe drogi na siedmio- i ośmiotysięcznikach bez aklimatyzacji trwającej tygodniami, z minimalnym sprzętem. Ich wejścia są techniczne, estetyczne i niemal całkowicie ignorowane przez media mainstreamu. 

Reklama

Świat drugi to karnawał. Na Evereście każdego sezonu szturmuje szczyt ponad tysiąc klientów komercyjnych. Droga z bazy do Przełęczy Południowej wygląda jak autostrada w godzinach szczytu, z tym że zamiast klaksonów słychać ciężki oddech przez maski tlenowe, a zamiast świateł awaryjnych widać migające czołówki. Emocje towarzyszące tym wejściom można porównać do tych, które towarzyszą leczeniu kanałowemu zębów.

 

Przeczytaj nowe e-wydanie Magazynu Na Szczycie

 

Prawdziwy alpinizm i komercyjny himalaizm są dla siebie tym, czym maraton olimpijski jest dla biegu charytatywnego w centrum handlowym. Oba się odbywają, ale tylko jeden jest sportem.

Reklama

Etyczny problem nie polega na samym komercjalizmie, bo ten jest nieunikniony i w dużej mierze finansuje lokalne społeczności. Otóż polega na kolizji narracji. Gdy klient, który nigdy wcześniej nie spał w namiocie powyżej 3000 m n.p.m. albo w ogóle nie spał w namiocie, nawet w harcerstwie, ogłasza na Tik Toku, że "zdobył Everest" i używa tego jako metafory sukcesu sportowego, to coś pęka w logice zarówno sportu, jak i języka. 

 

Wielka rewolucja alpinizmu

 

Na szczęście gdy biznes wysokogórski kwitnie, sport alpinistyczny przeżywa własną rewolucję. Cichą, ale głęboką. Przygotowanie atletyczne alpinistów wyczynowych zmieniło się nie do poznania. Dawni mistrzowie himalaizmu byli twardzielami, jednak nie stroniącym od kobiet, alkoholu i śpiewu, żyjącymi na granicy możliwości fizycznych, dzięki intuicji i zahartowaniu. Dziś elita wspinania to sportowcy z planami treningowymi rodem z kolarstwa wytrzymałościowego, z monitorowaniem VO2max, z precyzyjnie zarządzaną suplementacją i cyklami regeneracji. Czy stronią od kobiet, alkoholu i śpiewu? Tego nie wiem. Ale znacie może środowiskową imprezę “La Jura, Jura”? Nie, a to szkoda. [największy muzyczno-wspinaczkowy festiwal w Polsce, organizowany przez KW Sakwa - red.]. 

Reklama

Kilian Jornet wspiął się i zszedł z Everestu dwukrotnie w ciągu tygodnia bez butli tlenowej i to nie był wyczyn szaleńca. To był wynik wieloletniego przygotowania obejmującego tysiące godzin w strefie tlenowej, trening na wysokości i niezrównany genetyczny potencjał do wytwarzania hemoglobiny. Po nim przyjdzie prawdopodobnie pokolenie, które traktować będzie taki poziom jako punkt wyjścia, a nie cel. 

 

Ten podział się pogłębi

 

Za 50 lat podział, który obserwujemy dziś, pogłębi się. Himalaizm komercyjny stanie się jeszcze droższy i jeszcze bardziej oderwany od alpinizmu jako sportu. Alpinizm wyczynowy stanie się jeszcze szybszy, jeszcze bardziej atletyczny i jeszcze mniej zrozumiały dla laika. Klimat przebuduje mapy, otwierając jedne drogi i zamykając inne.

Reklama

Jedyne, czego możemy być pewni to to, że znajdą się ludzie, którzy podejmą wyzwanie. Zawsze się znajdowali. Nawet, gdy góra odmawiała, koszty były absurdalne i wszyscy mówili, że nie warto. Bo góra, jak każda obsesja, nie pyta o wartość. Pyta tylko, czy masz dość siły, żeby rano wyleźć ze śpiwora. 

 

Przyszłość widzę czarno

 

Do tej pory było lekko nostalgicznie. Teraz będzie futurologicznie i środowiskowo strasznie, bo rzeczywistość jest znacznie gorsza.

Klimatolodzy są najgorszymi „ciulami” w historii gór. Ich modele mówią, że do 2070 roku Himalaje stracą aż od jednej trzeciej do połowy lodowcowej masy. Dla alpinistów to wiadomość jak dla narciarza: stoków przybywa, ale śniegu ubywa. 

Reklama

No to zamykam oczy i zmysłami wyobraźni widzę to:

 

2030 r.

Nepal i Pakistan wspomagany przez Chiny wprowadzają elektroniczny system limitowania wejść komercyjnych. Na Everest można wejść tylko z nieusuwalnym chipem chińskiej produkcji (zaszyty pod skórą w plecach, żeby go nie można było wydłubać jak Esperal) i  certyfikatem dokumentującym wejście na przynajmniej dwa siedmiotysięczniki. Liczba wejść spada o 140 proc.. Liczba wypadków nie spada. Korupcja certyfikatów wzrasta o 500 proc.

2038 r.

Droga przez lodospad Khumbu przestaje istnieć na zawsze. Drony niosą ludzi, zapasowe butle, jedzenie i sprzęt ratunkowy. Pierwsze walki powietrzne dronów nad lodowcem Khumbu. Wygrywają wspinacze z  Ukrainy. 

Reklama

2042 r.

Komercyjne wyprawy przenoszą się na inne ośmiotysięczniki. Everest staje się znowu górą dla alpinistów. Media ogłaszają koniec epoki. Alpiniści ogłaszają New Deal.

2047 r.

Technologia biomonitoringu pozwala na nieinwazyjne zwiększenie produkcji EPO o 145 proc. przed wyprawą. Fachowcy spierają się: doping czy adaptacja? Wnuk Eberharda Jurgalskiego publikuje i przybija na drzwiach wejściowych do siedziby DAV w Wittenberdze swoje słynne tezy, co jest himalaizmem, a co nie jest.

2051 r.

Everest bez śniegu powyżej 7500 m n.p.m. w lecie staje się normalnością. Nowe dziewicze drogi otwierają się na ścianach dotąd ukrytych pod lodem. Alpinizm ma się świetnie. Klimat nie. 

Reklama

 

Litości! Przecież tak nie będzie - krzykniecie. Hmm, nie założyłbym się…

 

Lodowce nie kłamią

 

Lodowce są jak statystyka. Nie kłamią, nie zaokrąglają, nie uwzględniają interesów politycznych. Każda warstwa lodu to rok atmosfery zamrożony w miejscu. To skład powietrza, temperatura, pyły wulkaniczne, a nawet pierwiastki radioaktywne z prób jądrowych z lat 50., uwiecznione w lodzie ze szwajcarską precyzją. Kiedy lodowiec topnieje, niszczy swoje własne archiwa. I niszczy coś jeszcze: drogi lodowe, które od lat były kamieniami milowymi wspinania.

Reklama

Zmiana klimatu w górach nie jest abstrakcją. To fakt, który skrzętnie wyrzucamy z procesu myślowego, bo nam do pozytywnego wizerunku świata nie pasuje. A klimat takie nasze postrzeganie świata gówno obchodzi. My zaś jesteśmy przypadkową awangardą klimatologii: widzimy zmiany, zanim zobaczy je polityczny i ekonomiczny świat.

Nie czarujmy się. Skały, które tkwiły w lodowej zaprawie przez stulecia, tracą swój fundament. I zaczynają swoją drogę zaznaczoną grawitacją. Tej katastrofy nie zatrzyma nikt i nic. Chyba że wierzymy w nową epokę lodowcową, ale to też nie jest świetny scenariusz.

Reklama

Jest tylko jeden paradoks klimatyczny - to Karakorum. Podczas gdy lodowce Alp i większość himalajskich masywów tracą masę w zastraszającym tempie, część lodowców Karakorum przez pewien czas pozostawała stabilna, a nawet rosła. Zjawisko to jest znane jako „Anomalia z Karakorum”. Przyczyny są złożone, więc nie umiem ich opisać. 

 

Społeczność alpinistyczna jest konserwatywna

 

Zmiana klimatu jest meta katastrofą z efektami ubocznymi, które dla pewnej kategorii wspinaczy są, przynajmniej krótkoterminowo, intrygujące. Kiedy lodowiec się cofa, odsłania skałę. Skała, która przez tysiące lat tkwiła pod lodem, jest często zaskakująco solidna, bo nie wietrzała i nie była eksponowana na cykle zamrażania i rozmrażania. Ale ta okazja ma termin ważności. Po kilku latach ekspozycji skała zacznie wietrzeć. Cykle mrozów rozkruszą ją od wewnątrz. To, co było solidną ścianą, staje się kruche. Klimat otwiera drzwi, za którymi jest świat „na chwilę”. To raczej specyficzny rodzaj szansy na pożegnanie tego, co było, niż odkrycie tego, co nastąpi.

Reklama

Społeczność alpinistyczna jest konserwatywna w pewien szczególny sposób. Jest przywiązana do tradycji i konkretnych dróg, ale jednocześnie przyzwyczajona do adaptacji, bo góra nigdy nie jest taka sama dwa razy. Zmiana klimatu jest dla alpinizmu wyzwaniem nowego rodzaju. Nie jest to trudność do pokonania siłą woli, sprzętem czy kondycją. To zmiana warunków gry, na które nie ma odpowiedzi stricte wspinaczkowej.

Nowe pokolenia alpinistów będą miały inne góry. Trudniejsze? Na pewno nie stabilniejsze. Może bardziej tajemnicze, bo zmienione. Na pewno inne. I pewnie znajdą w nich to samo, co znajdowały wszystkie poprzednie pokolenia: przestrzeń, w której czas działa inaczej, a ciało i umysł muszą funkcjonować razem bez taryfy ulgowej. Nasi następcy powinni wiedzieć, że góry, po których chodzą, są inne od tych, po których chodzili ich poprzednicy. Nie dlatego, że są nowi, a one nowe. Dlatego, że my zmieniliśmy klimat. On zabrał lód, który zmieniał góry.

 

Tekst ukazał się w wydaniu nr 4/2026

 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 06/07/2026 18:41
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo magazynnaszczycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości