Jest godzina 9 rano. W nogach mam już ponad osiem kilometrów. W niedzielny poranek oglądam świat z 1557 metrów n.p.m. Oprócz hulającego wiatru, cisza jak makiem zasiał. I pusto jak okiem sięgnął. Idealnie.
Podczas Festiwalu Górskiego im. Andrzeja Zawady w Lądku-Zdroju, usłyszeliśmy z moimi redakcyjnymi kolegami pytanie, które zwaliło nas z nóg. - Beskid Żywiecki? To jest coś takiego? – dziwiła się pewna pani, patrząc na okładkę jednego z archiwalnych wydań „Na Szczycie”. Przywołuję tę sytuację, bo na tegoroczne, górskie wojaże wybrałam się właśnie do owego Beskidu Żywieckiego. Mogę więc powiedzieć, że na własnej skórze sprawdziłam, że jest i ma się dobrze.
Ale od początku. Dziś podróż zaczynam na wynurzającej się z porannej mgły Hali Lipowskiej. Po noclegu w schronisku, wstałam skoro świt, by tak jak lubię najbardziej, przemierzać beskidzkie kilometry w ciszy i spokoju. Wczesna pobudka w górach ma potrójną korzyść. Oprócz wspomnianej już pustki na szlaku, mamy bardziej stabilną pogodę oraz możemy podziwiać budzącą się po nocy przyrodę. Na igłach świerków i źdźbłach trawy srebrzą się kropelki rosy. Pierwsze promienie słońca przedzierają się przez otulony mgłą las, pięknie rozpraszając światło. A zdziwiona moją obecnością sarna, rusza szybko, by skryć się w gąszczu drzew.
Wczoraj, gdy tu dotarłam w skąpanym deszczem świecie, i dziś, gdy mgła wiedzie prym, nie udaje mi się zobaczyć ani pół widoku z samej hali. Ale samo schronisko ma swój klimat. Czuję w tym miejscu prawdziwego górskiego ducha, choć spóźniłam się o pół roku, by osobiście poznać jego legendę, czyli panią Marię Gowin. To ona wraz z mężem od 1969 roku dbali, by każdy przybywający turysta czuł się tu jak w domu. Gdy w 1999 roku zmarł pan Zbigniew, żona nie opuściła Lipowskiej. Jednak z czasem, gdy sił już brakowało, schroniskową pałeczkę przejął wnuk – Kuba, który i teraz jest głównym zarządcą budynku.
- Przyszłam za mężem i zostałam tu po jego śmierci. Na szczęście mam dobre dzieci i wnuki, które przejęły schronisko – opowiadała Kubie Terakowskiemu dwa miesiące przed śmiercią.
Wieczorem zjadłam pyszne placki po węgiersku, chyba najlepsze w życiu. A może jestem tak głodna i wymęczona całym dniem wędrówki w deszczu, że smakowałoby mi wszystko?! Tak czy owak, obiad jest wyborny i nie zostawiam na talerzu ani odrobiny. Bardzo mi się tu podoba, więc kupuję ceramiczny magnes w kształcie szlakowskazu z napisem „Hala Lipowska”, stworzony przez Irę Kondratiuk z Ukrainy. Gdy wrócę do domu, będzie moją namiastką górskiego świata w miejskim krajobrazie.
Gdy przed 6 rano wymykam się ze schroniska, świat wciąż jest w objęciach Morfeusza. Tylko jedna dziewczyna wychodzi zaraz po mnie, rozkłada matę na przyschroniskowej trawie i zaczyna uprawiać jogę. Spoglądam jeszcze raz przez ramię na budynek, by bardziej mu się przyjrzeć. W latach 30. XX wieku postawiło go niemieckie stowarzyszenie turystyczne „Beskidenverein”. A dopiero po drugiej wojnie światowej obiekt przejęło Polskie Towarzystwo Tatrzańskie.

Ponoć w okresie międzywojennym Lipowska, będąca niemieckim schroniskiem, i leżąca o kwadrans drogi na wschód obecna Rysianka, jako obiekt polski, mocno ze sobą konkurowały. Ile w tym prawdy, tego nie wiem. Natomiast dzisiaj oba obiekty cieszą się sporą popularnością. Gdy dotarłam na Halę Lipowską, ani jedno łóżko nie było puste, podobnie jak na Rysiance. Skąd to wiem? Do mojego pokoju trafił chłopak idący Główny Szlak Beskidzki. Zajął ostatnie tego wieczoru miejsce w schronisku na Hali Lipowskiej. Zboczył z czerwonego szlaku, przy którym znajduje się Rysianka, tylko dlatego, że nie ma tam już wolnych łóżek.
Latem na Rysiance jest też opcja biwakowania w namiocie. Jeśli się na to zdecydujecie, możecie być spokojni o swoje bezpieczeństwo. Wszak będzie was pilnował „groźny” jegomość. „Pola namiotowego strzeże potężny kocur, czarny jak noc, wielki jak świnia. Jego kły są ostre niczym brzytwa, pazury silniejsze niż u jastrzębia. Jednym susem mógłby skoczyć do tchawicy i zabić na miejscu. Na szczęście ze względu na wrodzone lenistwo nie chce mu się tego robić. Ale mógłby! Mógłby, gdyby tylko chciał” – czytam na stronie internetowej schroniska. Także, gdy wybierzecie opcję namiotu, możecie spać spokojnie, czarny kot czuwa.
Za Rysianką skręcam w prawo na czerwony szlak prowadzący w stronę Hali Miziowej. Mój plan to wejść na Pilsko, idąc wzdłuż granicy państw, a potem zejść do schroniska na Miziową. Szlak wiedzie przez budzący się do życia las. Jest jeszcze wcześnie, mgła cały czas wisi w powietrzu, wokół ani żywej duszy. Na chwilę zastygam w bezruchu, gdy w krzakach coś się porusza. Na szczęście to tylko sarna.
Początkowo idę trochę w dół, po czym szlak zaczyna piąć się w górę. Najpierw delikatnie do Trzech Kopców (1211 m n.p.m.), potem trochę mocniej aż do Palenicy (1338 m n.p.m.). Przystaję na chwilę, by złapać oddech, choć teraz czeka mnie znowu zejście. Dochodzę do Hali Cudzichowej. Wiosną znajdzie się tu coś dla fanów krokusów, a latem dla amatorów wiatingu. Na hali jest bowiem postawiony mały szałas. Słońce już świeci na dobre, a niebo maluje się pięknym błękitem. Tu w końcu mogę podziwiać panoramę. Rozległa polana otwiera widok na mój dzisiejszy cel – Pilsko (1557 m n.p.m.).
Kawałek dalej szlak rozgałęzia się na dwie drogi. Czerwoną w lewo, w zaledwie 10 minut dojdziemy na Halę Miziową, a pięć minut dłużej do schroniska. Ja wybieram wariant w prawo po czarnych oznakowaniach. Tu wąską ścieżką wśród rosnących po obu stronach paprociach, kroczę prawie po kostki w błocie. Kąt nachylenia robi się spory, więc dyszę ciężko, pokonując kolejne metry drogi. Tak dochodzę do górnej stacji wyciągu Kopiec, z której zimą amatorzy białego szaleństwa mogą zjeżdżać niebieską lub czerwoną trasą.
Dalej czarny szlak łączy się z niebieskim i znów srogim podejściem prowadzą mnie na Górę Pięciu Kopców (1534 m n.p.m.). Szczerze mówiąc nie chciałabym tędy wchodzić podczas deszczu, albo zaraz po nim. Nie wspominając już w ogóle o schodzeniu. Tu z chęcią przeprosiłabym się z kijami trekkingowymi, gdybym je miała. Jeśli zatem wybierzecie ten wariant trasy na Pilsko, zdecydowanie zabierzcie ze sobą kije.
Góra Pięciu Kopców jest ostatnim punktem leżącym po stronie polskiej. W czasach PRL tylko tutaj mogli dojść polscy turyści. Dalsze wejście na Pilsko było zakazane, bo wiązało się z przekroczeniem granicy państwa. Później utworzono w tym miejscu turystyczne przejście graniczne. Dzisiaj mogę przejść tędy, nie zwracając w ogóle uwagi, że wchodzę na Słowację. Po około 10 minutach staję na szczycie Pilska (1557 m n.p.m.). Jest godzina 9 rano. W nogach mam już ponad osiem kilometrów. Słońce wzeszło już dawno temu i teraz toczy walkę z wiatrem, który próbuje się wedrzeć pod moją puchówkę. W ten niedzielny poranek oglądam świat z 1557 metrów n.p.m. Oprócz hulającego wiatru, cisza jak makiem zasiał. I pusto jak okiem sięgnął. Idealnie.
Zostaję tutaj na dobre pół godziny, podziwiając rozpościerające się wokół góry. Dopiero, gdy zauważam dwóch chłopaków zmierzających w stronę szczytu, postanawiam się zebrać w dalszą drogę. Nie decyduję się już jednak na czarny szlak, który byłby zabójstwem dla moich kolan. Żółtym szlakiem prowadzącym do schroniska na Hali Miziowej trawersuję zbocza Pilska, podziwiając królującą w oddali Babią Górę (1725 m n.p.m.). Już wkrótce stanę na jej szczycie, podziwiając mój pierwszy w życiu górski wschód słońca. Ale to już zupełnie inna historia…
Maria i Zbigniew Gowinowie prowadzili schronisko na Hali Lipowskiej od 1969 do 1999 r. Potem obiektem opiekowała się pani Maria, a w ostatnich latach wspierały ją dzieci i wnuki. Maria Gowin zmarła w styczniu 2022 r. miała 82 lata.
O swoich ostatnich latach mówiła tak: „Zasłużyłam sobie na wypoczynek... Ale czasem jeszcze pomagam wnukowi w bufecie, czasem magluję, stanę przy kuchni albo pogadam z turystami”.
Na Lipowskiej spędziła ponad 52 lata. „Zwiedziłam spory kawałek świata i co stwierdziłam? Że niczego mi tu do szczęścia nie brakuje. Tu jest najczystsze powietrze, najlepsze jedzenie, najmilsi ludzie, najpiękniejsze widoki, czego chcieć więcej? Nie żałuję, ani jednego dnia spędzonego tutaj. Gdy szłam na Lipowską, to koleżanki mówiły: <>. A one miały ciekawiej w biurze? Spotykały tylu ludzi, co ja? Tu miałam większe okno na świat niż na dole” – opowiadała.
Na Halę Lipowską możemy dojść od strony Żabnicy, Sopotni Wielkiej lub Złatnej. W sam Beskid Żywiecki dostaniemy się np. z Katowic jadąc na południe, w stronę Bielska-Białej i Żywca drogą ekspresową S1. Tam możemy zadecydować o dalszej trasie, wybierając jedną z powyższych miejscowości na start.
Schronisko PTTK na Hali Lipowskiej
żółty: Schronisko na Hali Lipowskiej – Schronisko na Rysiance 15 min ↑↓
czerwony: Schronisko na Rysiance – Hala Cebulowa 2 h 5 min ↑ 1 h 55 min ↓
niebieski: Hala Cebulowa – Góra Pięciu Kopców 40 min ↑ 15 min ↓
zielony: Góra Pięciu Kopców – Pilsko 10 min ↑ 5 min ↓
zielony: Pilsko – Góra Pięciu Kopców 5 min ↓ 10 min ↑
żółty: Góra Pięciu Kopców – Schronisko na Hali Miziowej 30 min ↓ 50 min ↑
Tekst ukazał się w wydaniu specjalnym nr 3/2022 (październik).
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze