W środku lata? W piękną pogodę? W sercu Tatr z pięknymi panoramami? Nikogo nie ma na imponującym wierzchołku? Tak, to się dzieje naprawdę. Parafrazując słynną wypowiedź porucznika Borewicza z serialu „07 zgłoś się” zapraszamy Was na Baraniec. Z największą przyjemnością.
Naszą bazą niemal na tydzień stało się Hrabovo (ok. 550 m n.p.m.) u stóp Wielkiej Fatry. To wypoczynkowa dzielnica słowackiego miasta Rużomberk w sercu Liptova, znajdująca się na południowy-zachód od centrum. Aż trudno uwierzyć, że położoną wśród pięknych drzew osadę wybudowano przy okazji budowy wodociągów i kanalizacji, które miały dostarczać wodę do położonych niżej zakładów bawełniarskich.
W efekcie mamy dziś m.in. Hrabovský potok, nad którym stoi tama, oraz niewielki zbiornik wodny. To właśnie wokół niego powstało osiedle domów z pokojami i apartamentami w rozsądnej cenie. W wodzie można się kąpać. Jest też plaża, a nad nią imponująca wyłaniająca się tyrolka z pobliskiego lasu. Dużą popularnością cieszy się aquazorbing, czyli przezroczysta, nadmuchiwana kula, w której młodsi i starsi mogą spożytkować nadmiar energii szalejąc po powierzchni wody.
Hrabovo to brama do Wielkiej Fatry, wielkiego pasma mało popularnych gór Słowacji. Można zatem stąd wyruszyć na jeden z wielu szlaków turystycznych albo wjechać kolejką gondolową na Malinô Brdo, które zimą jest znanym ośrodkiem narciarskim. Niewielkie Hrabovo w niczym nie przypomina np. naszej Białki Tatrzańskiej. Jest tu cicho i spokojnie, nawet w środku lata nie wszystkie apartamenty są zajęte. Jeśli coś przeszkadza, to jedynie głośna muzyka z kilku lokali gastronomicznych, ale da się przeżyć.

- Żyjemy sobie tu cicho i spokojnie, w przeciwieństwie do pobliskiego Liptowskiego Mikulasza, gdzie królują termy i jest duże jezioro. Do nas przyjeżdżają przede wszystkim rodziny z dziećmi w różnym wieku i rowerzyści, którzy mają tu kilka tras do wyboru. Najgorzej jest tylko, gdy pada deszcz, bo wtedy nie ma tu za bardzo atrakcji – mówi Halinka, która sprzedaje lody i napoje w hipsterskiej przyczepie. Faktycznie, gdy z nieba leje, to nawet ona nie otwiera okienka.
Przez kilka dni eksplorowaliśmy mniej uczęszczane szlaki Wielkiej Fatry z najwyższym Ostredokiem na czele (1592 m n.p.m.), ale o tym opowiem przy innej okazji. Dziś zapraszamy Was na wędrówkę po równie pustych Tatrach Zachodnich, dokąd pojechaliśmy z Hrabova pewnego słonecznego dnia. Na cel wybraliśmy Baraniec (2185 m n.p.m., słow. Baranec lub Veľký vrch), trzeci pod względem wysokości szczyt w tej części Tatr. Wyższe są tylko Bystra (2248 m n.p.m.) i Jakubina (Raczkowa Czuba, 2194 m n.p.m.).
Startujemy z parkingu Dolinie Żarskiej (ok. 900 m n.p.m., słow. Žiarska dolina). Sam parking to swoista ciekawostka. Płacimy tylko 5 euro, a więc niecałe 25 zł, co przy stawce na Palenicy Białczańskiej przed Morskim Okiem (nawet 75 zł) jest mikroskopijnym wydatkiem. Ale nie o ceny mi chodzi. Przed wjazdem pobieramy bowiem specjalny żeton. Gdy kończymy naszą wycieczkę, wrzucamy go do innej maszyny i po opłaceniu zabieramy ze sobą. Wsuwamy potem żeton przy szlabanie wyjazdowym i dopiero on wypuszcza nas z parkingu. Owszem, system jest podobny do parkingów przy centrach handlowych, ale okrągły żeton zamiast biletu przypomina stare czasy.
- U nas takie żetony można spotkać częściej niż bilety papierowe. Ale Polacy zawsze się dziwią – mówi Martin Hamulik, którego wieczorem spotykam przy biletomacie już po powrocie z Barańca. On ze swoim 12-letnim synem przeszedł oba Rohacze – Ostry i Płaczliwy. To taka słowacka Orla Perć, tylko że w Tatrach Zachodnich - krótsza i mniej popularna, co nie znaczy, że mało wymagająca. – Były momenty, kiedy Lubo [Lubomir] trochę się bał ekspozycji. Dlatego szlak od wyjścia z parkingu do powrotu zajął nam ponad 12 godzin. Ale nie chciałem go popędzać – opowiada dumny tata.
Ruszamy późno, bo ok. godz. 10.30, ale po wczorajszych całodziennych opadach deszczu, a w górach nawet śniegu – tak, biały puch w lipcu albo w sierpniu na wysokości ponad 2000 m n.p.m. to w Tatrach normalne zjawisko – nie chcieliśmy wyruszać zbyt szybko. Zresztą prognozy studziły nieco nasz entuzjazm. Owszem, nie grozi nam żaden deszcz, ani burza, ale zapowiadana temperatura na szczycie nie przekracza 7 stopni Celsjusza, a odczuwalna może być jeszcze niższa(!). Dlatego zapakowaliśmy ciepłe polary, kurtki, bandany i czapki, by nic nas nie zaskoczyło. Na szlakowskazie „Baraniec 3 godz. i 50 min”. Jednak wiemy, że na Słowacji czasy są wyśrubowane. Dajemy sobie na dojście na szczyt trzy kwadranse dłużej.
Idziemy żółtym szlakiem, który najpierw prowadzi chwilę ścieżką asfaltową, a potem wspina się ostro w górę przez chaszcze i kwitnącą w sierpniu wierzbówkę, by dojść do granicy lasu. Nie może jednak inaczej, skoro podchodzimy ok. 1300 metrów górę. Na tym odcinku trzeba być czujnym, bo szlak nie jest dobrze oznaczony, a wiele innych ścieżek go przecina i łatwo się zgubić. Podobnie w lesie, gdzie teoretycznie trasa prowadzi małymi zakosami, ale jest wiele dróg, które idą prosto do góry. Warto iść skrótami, ale koncentracja, by nie zgubić znaków, jest nieodzowna.
Na trasie mijamy tylko kilkoro turystów. Jest słowackie małżeństwo z kilkunastoletnim chłopcem i para Węgrów, których rozmowy za nic zrozumieć nie można. Ale oboje się do nas sympatycznie uśmiechają, nic więcej nam na podejściu nie trzeba. Poza tym pusto i spokojnie – zupełnie jak nie w Tatrach. Dopiero kosówki na wysokości ok. 1400 m n.p.m. przypominają nam, gdzie naprawdę jesteśmy.
Po blisko dwóch godzinach wychodzimy na niewielką polanę i szczyt Małego Gołego Wierchu (1683 m n.p.m., Malý Holý Vrch). Jest tu kilka ławek, można usiąść, zjeść drugie śniadanie i spojrzeć na cel naszej wyprawy. Baraniec dumnie pręży się na północy, jest niemal na wyciągnięcie ręki. Jednak wiemy, że w Tatrach te różnice poziomów i odległości bywają złudne. Jeszcze dwie godziny podejścia przed nami. Dogoniliśmy Węgrów, którzy znów się do nas uśmiechają.
- Good luck boys! – rzucają życzliwie, gdy szybciej od nas ruszają w dalszą drogę.
Pogoda nam sprzyja. Wiatr nie jest zbyt mocny, słońce operuje, więc żadne zero stopni na razie nam nie grozi. Krzysiek umila sobie przerwę lekturą książki z serii „Star Wars”. Gdy zobaczyłem, co wyciąga ze swojego plecaka, nie wierzyłem własnym oczom.
- Ona prawie nic nie waży – śmieje się, gdy zauważa moje zdziwienie.
– Mogłeś powiedzieć, to wziąłbym i swoją książkę – odpowiadam, choć pewnie bym się na to nie zdecydował. W Tatrach czytam bowiem historię „GOPR. Na każde wezwanie” Wojciecha Fuska i Jerzego Porębskiego, a prawie 500 stron trochę waży. – To chociaż gazetkę bym schował – dodaję żartobliwie.
Dalszy fragment szlaku najpierw prowadzi nas przez kosówkę, a potem wychodzimy na otwartą przestrzeń i rozpoczynamy mozolne podejście na sam szczyt. Otwierają się kolejne panoramy, coraz potężniej wyglądają Rohacze. Powoli, przez nikogo nie wyprzedzani, około godziny 15 meldujemy się na wierzchołku, na którym stoi betonowy obelisk z godłem Słowacji. Dokładnie 4,5 godz. wędrówki za nami – tyle, ile sobie założyliśmy.
Trudno w to uwierzyć, ale jesteśmy tu zupełnie sami – i to na trzecim pod względem wysokości szczycie w Tatrach Zachodnich! Patrzę na północny-wschód, gdzieś tam w Polsce na Rysach i Giewoncie pewnie tłumy ludzi. A my cieszymy się ciszą. „Enjoy the silence” - bo nawet wiatr nieco ucichł.
Pamiętacie jeden z odcinków kultowego serialu „07 zgłoś się”, gdy porucznik Borewicz dostaje nietypowe zaproszenie. - „Funkcjonariusz milicji? Na wódkę? W biały dzień? W godzinach pracy? Z największą przyjemnością!” – rzecze milicjant.
Mam teraz podobne skojarzenia. W środku lata? W piękną pogodę? W sercu Tatr z pięknymi panoramami? Nikogo nie ma na imponującym wierzchołku? Tak, to się dzieje naprawdę. „Z największą przyjemnością” polecam Wam Baraniec, bo w takich okolicznościach i Krywań z innymi Tatrami Wysokimi zobaczycie, i potężne Rohacze i dziesiątki innych szczytów po słowackiej i polskiej stronie. Najbliżej nas dumnie prężą się piękne Otargańce, a za nimi najwyższa w Tatrach Zachodnich Bystra. Byłem na niej z przyjaciółmi dwa lata temu. Też było spokojnie, choć nie tak pusto jak na Barańcu. Dopiero po kilkunastu minutach docierają do nas inni, ale najwyżej kilka osób. Każdy na tym rozległym szczycie znajdzie miejsce dla siebie. Nikt w lekturze „Star Wars” Krzyśkowi nie przeszkadza, a ja nie mogę się nadziwić.
Dopiero po półgodzinnej przerwie na samym szczycie, odczuwamy pierwsze powiewy chłodu. Teraz czeka nas ostre zejście w dół, a potem podejście na sąsiedni Smrek (2074 m n.p.m.). Po północnej stronie góry duje już całkiem mocno. Wyciągamy z plecaków, co trzeba, i spokojnie idziemy przed siebie. To chyba najtrudniejszy odcinek podczas dzisiejszej wędrówki. Jest kilka skalnych momentów, gdzie należy ostrożnie stawiać stopę. Gdy pada deszcz albo jest mgła, bez wątpienia trzeba być tu czujnym. W przeciwnym kierunku mija nas kilka osób, ale na północ idziemy sami.
Podchodząc na Smrek pokonujemy kilka spiętrzeń grani. Na początku są skaliste, ale potem teren się rozszerza i łagodnieje. Trudno w to uwierzyć, że na kolejnym szczycie znów jesteśmy sami. Dlatego na Smreku nagrywamy krótki filmik, który wrzucamy na nasz facebookowy profil, żeby był namacalny dowód na to, że nie ściemniamy. Sprawdźcie sami.
Dalej też się nie spieszymy. Powoli schodzimy na Żarską Przełęcz (1917 m n.p.m., Žiarske sedlo), skąd prosto do góry prowadzi ścieżka na Rohacza Płaczliwego (2126 m n.p.m., Plačlivý Roháč). Gdybyśmy mieli więcej czasu, można by na niego wejść, bo od tej strony nie ma żadnych trudności (podobnie jak na Kozi Wierch z Doliny Pięciu Stawów Polskich), ale tę przygodę zostawiamy na inny raz.
Rozpoczynamy zejście do Doliny Żarskiej i schroniska. Początek prowadzi łagodną ścieżką po łagodnym i trawiastym zboczu. Mijamy Żarski Stawek, a później przechodzimy przez charakterystyczne dla Tatr Wysokich rumowisko skalne. Za nim ponownie wita nas kosówka, a po chwili dochodzi niebieski szlak z głównej grani Smutnej Przełęczy. Teraz towarzyszy nam strumień, który po wspomnianych obfitych opadach wylał na ścieżkę. Ale nie jest źle.
Około godziny 19 meldujemy się przy Schronisku Żarskim (1289 m n.p.m., Žiarska chata), którego historia sięga lat 30. ubiegłego wieku. Najnowszy jej rozdział to 2006 rok, kiedy w kwietniu stare schronisko zostało zburzone, a na jego miejscu w ciągu czterech miesięcy postawiono nowy i większy budynek o podobnym kształcie. Otwarto go 2 września 2006 roku.
Gdy schodzimy asfaltem do parkingu mijamy kilka tablic, które przypominają o kilku niebezpiecznych lawinach. 25 marca 2009 roku ze stoków między Jałowiecką Kopą a Jałowieckim Przysłopem zeszła potężna lawina o szerokości 2,5 km i 20 m wysokości, nazwana później lawiną stulecia. Schronisko ocalało, zostało jednak uszkodzone, podobnie jak znajdujący się w pobliżu Symboliczny Cmentarz Ofiar Tatr Zachodnich.
Około godziny 20, mijając wcześniej Niedźwiedzią Sztolnię, czynną w ciągu dnia, docieramy na parking. Za nami blisko 10 godzin spokojnej wędrówki, liczącej ponad 17 km i łącznie prawie 1500 metrów podejścia. To była zacna tura w pięknych okolicznościach przyrody. Krzysiek z bólem serca rezygnuje z krótkiej lektury „Star Wars” i dzwoni do mamy. Jest co opowiadać.
Z Krakowa autem dojedziemy na parking w Dolinie Żarskiej w ok. 3 godz. Najpierw zakopianką do Rabki-Zdrój, a potem kierując się na przejście graniczne w Chochołowie. Potem jedziemy przez Witanową, Orawice, Zuberzec i Liptowski Mikulasz, skąd kierujemy się na wioskę Żar i wylot doliny.
Schronisko Żarskie (Chata Žiarska)
Tekst ukazał się w wydaniu nr 5/2023
Zobacz także:
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze