Zmiana to taki stresujący moment w życiu człowieka, w którym to, co było do tej pory, okazuje się nie dość dobre i trzeba będzie uczyć się czegoś nowego.
Tekst Maciej Sokołowski
Ci bardziej doświadczeni życiowo unikają zmian jak ognia, bo to duża nieprzewidywalność, nerwy i do tego duże ryzyko, że po dokonanej zmianie i cyklu poprawek do niej, ląduje się w zasadzie w tym samym miejscu co przed zmianą, więc po co się wysilać? Na pewno do osób lubiących zmiany należą naukowcy, którzy w zasadzie co roku ogłaszają nowe, lepsze wyniki pomiarów wysokości poszczególnych szczytów górskich, zwłaszcza tatrzańskich, co rusz to dodając lub odejmując im kilka centymetrów i tłumacząc, że stare metody pomiarowe były gorsze od tych nowych, lepszych.
Ci, których złośliwa natura losu rzuciła w konieczność pracy ze mną, zaświadczą, że zmiana to coś, co napędza mnie niczym ruch magnesu w alternatorze. Nie jestem sobą - jeżeli wydawałoby się że w dojrzałym, lądkowym ekosystemie festiwalowym - nie zrobię jakiejś zmiany. A to festiwal wydłużę do 10 dni, a to rozrzucę lokalizacje po całym mieście albo w najspokojniejszym razie – znowu zmienię kolory opasek.
Na ten rok postanowiłem jednak sobie cel: żadnych zmian. Możliwie mało. Jak już – to kosmetyczne. Mylą się jednak Ci, którzy pomyślą, że to źle starzejący się pesel popchnął mnie w kierunku tak stetryczałej afirmacji życiowej. Otóż nie. Do chęci braku zmian popchnęła mnie… zmiana w życiu osobistym.
Po 50 latach oczekiwania, w końcówce roku 2025 urodziła mi się bowiem córka. A że przed nią urodziło się również dwóch synów, to już wiedziałem, że brak snu, dużo niskich częstotliwości i absolutny brak czasu to nie jest stan, w którym łatwo przychodzi wymyślanie i wdrażanie nowych pomysłów.
- Rok bez zmian to nic takiego – pomyślałem wesoło, a jak wiadomo nie ma lepszego pomysłu na rozśmieszenie Stwórcy, jak opowiedzenie mu o swoich planach. Nawet jeżeli ten plan to brak zmian.
Zaczęło się niewinnie tuż po jubileuszowej, 30. edycji. Wiszący nad nami od dwóch lat miecz Damoklesa spadł. Trzeba było dokładnie opróżnić lądecki Dom Zdrojowy, oddać klucze i patrzeć, jak budowlańcy ogradzają go płotem z napisem „Zakaz wstępu. Plac budowy”. Dom Zdrojowy poszedł do remontu, a wraz z nim kilkanaście mniejszych i większych holi, sal, salek, kicimętów i trolni, które przez ostatnie 30 lat gościły festiwal.
Jeszcze nie zdążyliśmy wymyślić, gdzie przenieść Biuro Widza, a już na horyzoncie pojawiła się kolejna ogromna zmiana. Dokładamy kolejną składową – festiwal rowerowy Bike Festiwal Glacencis. To nie będzie kilka prelekcji o dwóch kółkach. To będą zawody, pokazy, skoki, expo i warsztaty rowerowe. Praktycznie nowy festiwal. W tym samym czasie nasz zeszłoroczny partner radiowy – Radio 357 oznajmiło, że tak im się spodobało, że w tym roku chcieliby bardziej i porządniej, chcą więc prowadzić swój Namiot Spotkań 357.
Gdy już z rozmachem zaplanowaliśmy festiwal na całe miasto, rozciągnięty od wyciągu narciarskiego po stację kolejową na wjeździe - wszystko wydawało się ustalone. Pięknie wyremontowane po powodzi lądeckie sale widowiskowe przy Szkole Podstawowej i Centrum Kultury witały nas z otwartymi ramionami. I wtedy, przypadkiem zupełnym okazało się, że akurat w czasie festiwalu zbiegną się remonty trzech głównych arterii miejskich prowadzone przez trzy instytucje (województwo, powiat i miasto) i przejście ze Zdroju na Rynek będzie przypominało wytyczanie drogi przez Icefall. No więc następna zmiana i wymyślamy wszystko od nowa nieco powracając do pierwotnej koncepcji urządzenia wszystkiego w części Zdrojowej.
(Nie)spodziankę postanowiło też uczynić Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie przyznając grantu na żaden z naszych wniosków. Podobnie zresztą jak w zeszłym roku, kiedy pierwotnie też nic nie dostaliśmy. Dopiero później, w wyniku wielu medialnych głosów resort zmienił zdanie. W tym roku chyba nie zamierza. Zatem kolejna zmiana, tym razem z tych najmniej miłych, czyli aktualizacji budżetu.
Nie muszę więc chyba nawet pisać, że widząc w mailu ofertę od naszego dotychczasowego dostawcy oprogramowania do prezentacji agendy festiwalu, wyższą o 25 procent od zeszłorocznej to jedyne co miałem w głowie: - Musimy coś w tym zmienić! No więc zmieniamy kompletnie system prezentacji programu i sprzedaży biletów. W założeniach będzie lepiej, po polsku, przejrzyściej i taniej – bez irytujących prowizji niewidocznych w początkowej cenie karnetu. Kiedy piszę ten felieton – za tydzień, 19 marca, mamy zaplanowany początek sprzedaży biletów. Szczerze dziś nie wiem, czy zdążymy. Jak nie zdążymy to będzie mała zmiana i… ogłosimy nowy termin rozpoczęcia sprzedaży.
A dzisiaj dostałem wiadomość, czy możemy zmienić nazwę karnetu Sudeckiego, bo zbyt wiele osób czyta go jako „studencki” i nie kupuje, bo już nie są studentami… Naprawdę, zaplanujcie sobie 31. Festiwal Górski im. Andrzeja Zawady w dniach 3-6 września. Zanim zmieni się termin…
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze