Reklama

Słowenia: Julian Alps Trail Run – Polacy na legendarnym biegu UTMB


Słońce skrzy się na dachu kościoła zdobiącego maleńką wyspę Blejski Otok. Wokół falują ciepłe wody polodowcowego jeziora Bled, zaś w tle, ponad starymi łódkami i zamkiem, góruje postrzępiona grań Karawanków. Trudno o lepszą scenografię na start przygody życia. Na jednym z najbardziej polskich biegów górskich w Alpach.


 

Julian Alps Trail Run by UTMB. Triglav patrzy mi w oczy

 

Słońce skrzy się na dachu kościoła zdobiącego maleńką wyspę Blejski Otok. Wokół falują ciepłe wody polodowcowego jeziora Bled, zaś w tle, ponad starymi łódkami i zamkiem, góruje postrzępiona grań Karawanków. Trudno o lepszą scenografię na start przygody życia. Na jednym z najbardziej polskich biegów górskich w Alpach.

Za czasów świetności Adama Małysza na skoczniach, słoweńska Planica pękała w szwach wypełniona polskimi kibicami. Blisko dwie dekady później sąsiednia Kranjska Gora, w jeden weekend znów zmienia się w polskie miasto. Na każdym rogu, w biurze zawodów i w restauracjach słychać ojczysty język. Co roku na kolejne edycje Julian Alps Trail Run, niezależnie od wybranego dystansu, przyjeżdżają setki Polek i Polaków.

Reklama

- To niecałe osiem godzin jazdy od granicy. Nic dziwnego, że tym razem na listach startowych jest blisko pięćset osób z Polski – słyszę przy odbiorze pakietu startowego.

 

Bieganie to tylko dodatek

 

Najstarszy słoweński kurort narciarski jest główną bazą i jednocześnie metą zawodów. Nie ma tu rozmachu i blichtru znanego z Chamonix czy Cortiny d’Ampezzo. Ale wystarczą cztery tysiące biegaczy wraz z rodzinami, by potroić liczbę mieszkańców Kranjskiej i nadać jej festiwalowego sznytu. Przy dłuższym pobycie można stąd zaatakować Triglav (2864 m n.p.m.), najwyższy szczyt Alp Julijskich, zrelaksować się przy szmaragdowym jeziorze Jasna lub rzucić wyzwanie spektakularnym via ferratom. Zaręczam, że tydzień nie wystarczy, by zaliczyć topowe atrakcje. Zwłaszcza jeśli jeden dzień poświęcimy tylko na ściganie. A ponieważ od lat hołduję zasadzie „zwiedzanie przez bieganie”, mój wybór padł na 80-kilometrową trasę startującą przy światowej sławy jeziorze Bled. 

Reklama

 

Przeczytaj nowe e-wydanie Magazynu Na Szczycie

 

Z całej palety dystansów, to właśnie ten prowadzi przez najpiękniejsze szlaki w regionie. I jednocześnie nie wymaga całonocnej, wycieńczającej przeprawy jak wariant 120-kilometrowy. Nasz start zaplanowany jest na dziewiątą. Wystarczy, żeby się wyspać, dojechać podstawionymi przez organizatorów autobusami i wysłuchać pokrzepiających dźwięków regionalnej orkiestry. Resztę kart rozdaje pogoda. 

Zdarzały się lata, gdy powyżej 2000 m n.p.m. prószył śnieg. Tym razem trafił się najcieplejszy weekend września, czyli od pierwszego kilometra skwar i duchota, co z nawiązką mają nam rekompensować widoki. Jednak na razie buzują emocje, a muzyka rozbrzmiewa coraz głośniej. Jeszcze tylko wspólne odliczanie i rząd głów wlewa się w nadbrzeżną alejkę z pocztówkowym kadrem w tle. 

Reklama

 

Z pocztówki prosto w góry

 

Pierwsze zdjęcie, jakie wypluwa internet, na zapytanie „Słowenia”, to właśnie jezioro Bled. Z uroczą wyspą Blejski Otok i dominująca ponad drzewami wieżą kościoła pod wezwaniem Wniebowzięcia Marii Panny. Turystyczna perełka, która jednocześnie zapewnia szczęście małżeńskie. Wystarczy, że pan młody przeniesie swą wybrankę na rękach po 99 kamiennych stopniach prowadzących z przystani do kościoła. Resztę przypilnują góry, zajmujące całe tło w tym pejzażu. Czy można sobie wyobrazić piękniejszy alpejski krajobraz na rozgrzewkowe kilometry? Jedyny minus na tym etapie to dominujący asfalt. Ciągnie się do stacji kolejowej, przez miasteczko, by po 5 km rozciągnąć peleton na łąkach pod szczytem Hom (834 m n.p.m.). 

Reklama

Nieopodal znajduje się wlot do wąwozu Vintgar, wyrzeźbionego przez rzekę Radovną. I trzeba przyznać, że tutejsze kładki i mosty rozwieszone nad kaskadami zostawiają daleko w tyle doznania z rodzimego wąwozu Homole. Jest tak wąski i głęboki, że upchnięcie tu kilku setek biegaczy w jednym czasie graniczy z cudem. Dlatego nasza trasa wiedzie polną stokówką rozpiętą na zboczu. A nagrodą za krótki podbieg jest rozległa panorama na dziesiątki szczytów wznoszących się ponad Bledem.

Reklama

Szybsze tempo wciąż dominuje, gdy mijamy autostradę i zaporę na rzece Savie Dolince, aż do 14 km i punktu żywieniowego we wsi Žirovnica. Do tej pory było prawie płasko. Teraz wchodzimy w pełnoprawne góry, w pasmo Karawanków. 120-kilometrowy łańcuch górski stanowiący naturalną granicę między Słowenią i Austrią. 

Nachylenie stoku od razu wybija mi z głowy bieganie. Potulnie wyciągam kije, przechodzę do marszu. W żywym pociągu biegaczy sunącym pod górę każdy szuka własnego tempa, zanurzając się myślach. Noga za nogą, aż pod Valvasorjev dom pod Stolom (1181 m n.p.m.), schronisko wystawione na niewielkiej polance w środku lasu, na 20 km trasy. Nie ma tu oficjalnego punktu odżywczego, lecz słońce na tyle daje się we znaki, że kto żyw pędzi do baru po colę lub pod kranik z wodą pitną. 

Reklama

 

Święta góra wciąż czuwa

 

Najwyższa pora przywitać się z ciągłymi zmianami rytmu, stromymi podbiegami i technicznymi zbiegami wymagającymi pełnej koncentracji, czyli klasyczną, alpejską stokówką. Wije się ona przez kolejne 5 km pod baldachimem gałęzi, na których ktoś porozwieszał papier toaletowy w worku dla potrzebujących. Potem wiedzie przez malownicze łąki upstrzone domkami i krowami skubiącymi trawę. A wszystko to ze zniewalającą panoramą na Alpy Julijskie i dominującą sylwetkę Triglava - symbolem narodowego odrodzenia Słoweńców. Jest dla nich absolutnie świętą górą. Trochę jak Krywań dla Słowaków lub Giewont dla nas, ale do potęgi trzeciej. Nie dość, że jest w godle, na fladze i na eurocentach, w nazwach firm, parków czy na wszelkich możliwych pamiątkach, to jeszcze wiąże się z nim swoisty rytuał przejścia. 

Reklama

- Słoweniec nie jest prawdziwym Słoweńcem, dopóki nie wejdzie na Triglav przynajmniej raz w życiu – zdradził mi kelner w Kranjskiej Gorze.

Z kronikarskiego obowiązku mogę potwierdzić, że będzie nam towarzyszył razem ze swoją skalną świtą, aż do nocy. Zaś za wyciskanie z nas siódmych potów odpowiada dziś inny król - najwyższy w Karawankach Stol (niem. Hochstuhl, 2236 m n.p.m.). 

Walkę z tym potworem zaczynamy obok Tinčkovej kočy. Na końcu drogi wcinającej się w dolinkę na wysokości około 1070 m n.p.m. Stąd mamy do pokonania 7 km i 1200 metrów pod górę, więc nie śmiem nazwać tego podbiegiem, tylko człapaniem przez zmieniający się krajobraz. 

Reklama

 

Toast pod krzesłem

 

Najpierw do schroniska Dom pri izviru Završnice (1425 m n.p.m.) z bogato wyposażonym punktem żywieniowym, a po chwili jeszcze stromszą dzidą pod Srednji Vrh (1797 m n.p.m.). Do prawdy nie pamiętam, żeby kiedykolwiek tak bardzo piekły mnie uda. Pot leje się jak z cebra, kolana trzeszczą, a kark ugina się coraz mocniej pod ogromem przewyższenia. 

Jest taki moment w biegu górskim, kiedy przestaje się myśleć o dystansie, tempie i wyniku. Zostaje tylko droga. Wąska ścieżka między świerkami, kamieniami i alpejskimi halami. Niestety, ta pouczająco-wycieńczająca podróż przez różne piętra roślinności wydaje się nie mieć końca. Dopiero po wyjściu z lasu dociera do mnie majestat i potęga Karawanków. Księżycowy krajobraz, białoszare kamienie, z reguły wielkości lodówki czy telewizora. I te żleby. Diabelnie strome i sypkie. Cały czas w ruchu, jakby nieustannie zrzucały z siebie kurz wielkich skał. 

Reklama

Przez tę szorstką, a zarazem piękną krainę sunie wężyk biegaczy. W górę, po załomach, niekiedy z pomocą łańcuchów. Aż na grań wyznaczającą granicę światów. Z jednej strony kamieniste piekło, z drugiej soczysta zieleń zboczy.  A tuż obok piętrzy się wspomniana bestia.

- Stol to po słoweńsku krzesło, więc skoro tu dotarłeś, to usiądź na moment i odetchnij tym powietrzem. Zobacz te widoki, odpocznij – zachęca wolontariusz widząc moje wybałuszone oczy.  

Chwilę później wskazuje mi ścieżkę do Prešernovej kočy na Stolu, kameralnego schroniska pod szczytem Malego Stolu (2198 m n.p.m.). Nosi ono imię France Prešerena, największego słoweńskiego poety. Jeden z najsłynniejszych wierszy tego romantyka pasuje tu idealnie. „Toast” („Zdravljica”) symbolizuje tęsknotę za miłością i wolnością. Zatem uzupełniam zapasy w miejscowym punkcie odżywczym, wznoszę kilka toastów wygazowaną colą za nieocenionych wolontariuszy. I zerkam z ochotą na obniżający się grzbiet. Zdaje się ciągnąć aż po horyzont. 

Reklama

Przede mną 12 km bajkowego zbiegu, gdzie nogi w zasadzie kręcą się same. Dla tego fragmentu warto było się męczyć na podejściu. To kwintesencja biegów górskich, przeżycie wręcz metafizyczne. Triglav znów patrzy mi w oczy. Po przeciwnej stronie słońce szuka powoli miejsca, by schować się za skały. Wiatr osusza mokrą skórę, otrzepując z twarzy zaschniętą sól. Tylko czasem trzeba przystanąć na tej wąskiej dróżce, by przepuścić wędrujące krowy. One mają tu pierwszeństwo.

 

Narcyz w tunelu

 

Szarówka łapie mnie na przełęczy Sedlo Suha (niem. Maria Elend-Sattel, 1439 m n.p.m.). Dźwięk agregatu i światło żarówki wabią biegaczy jak ćmy pod niewielki namiot, gdzie czeka już kolejny punkt żywieniowy. Tym razem z ciepłą zupą, której dwa talerze dają mi drugie życie. 

Za mną 45 km. Po jednej stronie jeszcze Słowenia, po drugiej już austriacka Karyntia. Pora zapalić czołówkę i sprawdzić, czy miesiące treningów coś dały. Zweryfikuje to zapierający dech w piersiach wiatr i szczyt Golicy (1836 m n.p.m.). Słynie ona ze stromych podejść (przez dwa mniejsze szczyty - Mala Golica i Krvavka), technicznych i wąskich ścieżek oraz przede wszystkim kwitnących u jej podnóży górskich narcyzów (Narcissus poeticus radiiflorus) nazywanych przez miejscowych ključavnicami. Jak bardzo je tu ubóstwiają? Napiszę tylko, że w języku słoweńskim istnieje około 120 nazw tego typu roślin. Niestety, mnie o tej porze dnia i z 50 km w nogach interesuje tylko, na jaką stronę granicy zwieje mnie wicher i czy to już ostatni, właściwy wierzchołek. 

Gdyby takie trudności trwały do samej mety, musiałbym wywiesić białą flagę. Na szczęście za Klekiem (1754 m n.p.m.) widzę światełko w tunelu. Dosłownie, bo oto leśnicy dają nam znaki latarkami, aby wbiec na szeroką, utwardzoną stokówkę. Tunel w sumie też jest, nawet dwa! Tyle, że głęboko pod naszymi stopami. Kolejowy i drogowy, blisko 8-kilometrowy Karawankentunnel, między austriacką autostradą A11 i słoweńską A2.

 

Negocjacje z własną głową

 

Nie myślałem, że kiedyś w górach zatęsknię za równą, delikatnie opadającą drogą dla samochodów. Ale ona jest prawdziwym zbawieniem dla obolałych mięśni. Można włączyć autopilota, nawet coś zanucić dla otuchy, ku zdziwieniu kilku par oczu raz po raz świecących w krzakach obok. Ta biegowa autostrada nie ma bramek ani winiet. Wtłacza mnie wprost do miasteczka Dovje, gdzie po 62 km walki znów ożywiam się zupą i korzystam z luksusu oświetlonej toalety. 

Ostatni akcent to w teorii pestka. 18-kilometrowy bieg doliną, bez większych przewyższeń, wzdłuż drogi albo rzeki, przez ostatni punkt żywieniowy przy kempingu Špik we wsi Gozd Martuljek. Widać w nim jak na dłoni, czym jest górski ultramaraton. I dlaczego zawsze kończy się on negocjacjami z własną głową. Na tym etapie zawodnicy w trybie zombie siadają z kubkiem w dłoni, patrzą w przestrzeń i zadają sobie w głowie pytania. Dlaczego tu jestem? Jak działa Wielki Zderzacz Hadronów? Czy Adam i Ewa mieli pępki? Temat halucynacji przy tak długim wysiłku, to temat na pracę naukową. Za to 8 km dzielących mnie od mety to świat realny i w zasadzie pokonuję je tylko siłą woli. 

- Jeszcze sześć, za chwilę pięć – odliczam na głos po każdym kilometrze, aż do pierwszych zabudowań. 

Obrzeża Kranjskiej Gory już śpią, lecz jej centrum i meta przy kościele całą noc kipią energią. Mimo późnej pory, dzieciaki stojące przy trasie chcą zbijać piątki z każdym biegaczem. Zewsząd słychać pojedyncze brawa, ktoś mnie klepie po plecach. Po kilkunastu godzinach biegu takie gesty znaczą więcej niż cały garnek życiodajnej zupy na punktach.

Nie pamiętam, jak wbiegłem na metę. Kojarzę tylko wieszanie medalu na szyi i uśmiechniętą kobietę wlewającą we mnie ciepłą herbatę. Za mną 80 km biegu przez przepiękny krajobraz, zmieniający się szybciej niż wskazania zegarka. Nie ma tu lodowców ani ekspozycji znanych z najwyższych partii Alp. Ale jest za to idealne połączenie biegowych ścieżek, technicznych fragmentów i spektakularnych panoram. A to wszystko w Kranjskiej Gorze, która przez jeden wrześniowy weekend mówi po polsku.

 

Julian Alps Trail Run w pigułce

  • Coroczny festiwal biegów górskich odbywający się w Słowenii, w drugiej połowie września w Kranjskiej Gorze. Impreza należy do cyklu UTMB World Series.

  • Choć zawody mają w nazwie Alpy Julijskie, to większość tras przebiega z widokiem na to malownicze pasmo z sąsiednich Karawanków, które są dużo bardziej biegowe i łagodniejsze pod względem rzeźby. Granicę między nimi stanowi rzeka Sava Dolinka.

  • Niezależnie od poziomu wytrenowania i zaawansowania każdy biegacz lub biegaczka znajdzie tu dla siebie odpowiedni dystans: 10, 15, 25, 50, 80 i 120 kilometrów oraz biegi dla dzieci w wieku 10-18 lat. Program jest tak ułożony, aby np. w piątek wystartować na 50 km, a w niedzielę rozruszać nogi na najkrótszych trasach.

  • Szczegóły dotyczące dystansów, program, zapisy oraz mapy znajdują się pod adresem julianalps.utmb.world.

 

Polacy na Julian Alps Trail Run

  • Jesteśmy po Słoweńcach drugą najliczniejsza nacją na zawodach. W 2025 roku na 4141 osób, 472 to Polacy. 

  • Ilość rodaków przekłada się na jakość. Na koronnym dystansie (I feel Slovenia 120K, czyli 124 km i 5490 metrów przewyższenia) czwarte miejsce zajęli Marcin Świerc (czas 15 godzin 18 minut i 14 sekund) oraz Iwona Górowska wśród kobiet (18:47:28).

  • Na opisywanej trasie Lake Bled 80K (80 km / 3800 m+) zwyciężył Karo Sioła (08:32:56). Wśród pań na trzeciej pozycji dobiegła Magdalena Kraszpulska z czasem 11:04:47.

  • Na krótszych trasach także dominowali Polacy. Dawid Malina z czasem 04:45:23 wygrał Sky Trail 50K (50 km / 2700 m+). Na dystansie Kranjska Gora 25K, (25 km / 1050 m+) na czwartym miejscu dobiegł Grzegorz Żółtek (1:54:16).


 

Informacje praktyczne

 

Dojazd

 

Najszybsza droga w Alpy Julijskie i Karawanki wiedzie autostradami przez Czechy/Słowację i Austrię - Wiedeń, Klagenfurt i Villach - skąd kierujemy się na przełęcz Wurzen (słoweń. Korensko sedlo), aby zjechać do Kranjskiej Gory. 

Autobusem najlepiej dojechać do stolicy Słowenii Lublany (regularne połączenia z największych polskich miast: global.flixbus.com, cena ok. 300 zł w jedną stronę), skąd po przesiadce dojedziemy bezpośrednio do Kranjskiej. Szczegółowe rozkłady jazdy w regionie dostępne są na stronie: kranjska-gora.si/en/go-with-bus. Najbliżej położone lotniska znajdują się w Lublanie i austriackim Klagenfurcie (ok. 65 km do każdego).

 

Nocleg i koszty

 

Czterodniowy pobyt dla dwóch osób w apartamencie w Kranjskiej Gorze to koszt ok. 1200 zł. Przy ogromnym obłożeniu liczbą biegaczy warto zarezerwować nocleg z wyprzedzeniem lub rozważyć kwatery/hotele w Bledzie (nieco drożej). Ceny w sklepach spożywczych nie odbiegają od tych w Polsce. Pizza w restauracji to koszt od 12 do 15 euro, pozostałe dania główne 15-20 euro.

 

Kolekcja ASICS FUJITRAIL

 

Kolekcja ASICS FUJITRAIL dedykowana dla biegaczy górskich, to linia odzieży stworzona z myślą o zmiennych warunkach na szlaku. Projektanci postawili na swobodę ruchu i oddychalność. Dzięki temu powstały m.in. kurtka, spodenki oraz koszulka, które doskonale sprawdzą się na każdym treningu czy zawodach. Główny materiał, z którego je uszyto, został wykonany w co najmniej 50% z włókien pochodzących z recyklingu w celu zmniejszenia ilości odpadów i emisji dwutlenku węgla.

Dostępne są na www.asics.com, www.sportano.pl i www.sklepbiegacza.pl.

 

 

Tekst ukazał się w wydaniu nr 2/2026

 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 23/04/2026 09:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo magazynnaszczycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości