Czasem jedna myśl potrafi zmienić się w siedmiomiesięczną przygodę, na którą nigdy nie byliśmy w pełni gotowi. W majówkę, zaraz po rodzinnym obiedzie, ruszyliśmy w drogę. Po 14 tysiącach kilometrów i ponad 100 tysiącach metrów przewyższeń, możemy stwierdzić, że wyprawę z Mazur na trzy krańce Europy zakończyliśmy sukcesem. Jesteśmy Loverowi, a to jest nasza historia.
Tekst i zdjęcia Aleksandra i Daniel Sienkiewiczowie
Plan był prosty – ruszamy z Mazur, aby zdobyć najdalej wysunięty na północ punkt Europy, a potem, korzystając ze szlaku European Divide Trail (EDT), dotrzeć na południe kontynentu. Jak to często bywa, w miarę przejechanych kilometrów, założenia ewoluowały. Zrezygnowaliśmy z EDT na rzecz własnej drogi, uwzględniającej ciekawe turystycznie miejsca oraz kolejne dwa skrajne punkty Starego Kontynentu.
Na tak długą podróż mogliśmy sobie pozwolić wyłącznie z niskobudżetowym podejściem, gdzie noclegi w namiocie na dziko to przyjemna podstawa. W sakwach mieliśmy wszystko i jeszcze więcej – nie odnajdujemy się w minimalistycznym bikepackingu. Nie zabrakło elektroniki, paneli słonecznych, kamer oraz drona, a wszystko po to, aby na bieżąco dzielić się przygodami na kanale YouTube.
Estonia była jedynym z krajów bałtyckich, po którym wcześniej nie kręciliśmy. Miłym zaskoczeniem okazały się miejsca biwakowe przygotowane przez RMK (estoński odpowiedni naszych Lasów Państwowych) ze stołami, wiatami i ławkami. Nasz program „Zanocuj w lesie” mógłby wziąć przykład z bałtyckiego kraju.
Pierwsze tygodnie podróży zdominowały wrażenia po wizycie na wyspie Kihnu. Na tym niewielkim skrawku lądu, otoczonym wodami Zatoki Ryskiej, od lat rządzą i dzielą kobiety na motocyklach. To one musiały wziąć na swoje barki wyspiarskie życie, gdy mężczyźni wypływali na połowy ryb. Tradycja jest tu bardzo ważna. Kolorowe stroje towarzyszą paniom na co dzień i zupełnie nie są uważane za atrakcję turystyczną.
Nie wypada się tu spieszyć, a kilkadziesiąt kilometrów dróg warto przejechać z minimalną prędkością. Punktami obowiązkowymi są jedyne muzeum skrywające tajemnice ubiegłych czasów oraz latarnia morska wieńcząca południowy brzeg. A jeśli masz szczęście, może uda Ci się zajrzeć do tutejszej szkoły lub spróbować wypieków, do których używane są jaja podkradane nurogęsiom. Smacznego!
Po dopłynięciu do Helsinek rozpoczęła się ta część podróży, która swój punkt kulminacyjny miała mieć na Nordkappie. Skandynawia, a w tym przypadku jej fińska odsłona, była dla nas łaskawa. Jokamiehenoikeus, znane bardziej w szwedzkiej wersji – Allemansrätten, czyli prawo człowieka do kontaktu z naturą pozwoliło na swobodne rozbijanie obozowisk w nierzadko cudownych okolicznościach. Mityczne wręcz komary okazały się zupełnie nieproblematyczne, w przeciwieństwie do bąków bydlęcych, na które jedynym antidotum była prędkość rozpędzonego jednośladu.

Możemy też zaryzykować stwierdzenie, iż kilkukrotnie udało nam się obalić stereotyp unikających kontaktu Finów. Wspólne saunowanie, dziesiątki rozmów, a nawet zaproszenie na nocleg sprawiły, że mamy tylko dobre wspomnienia. Wyjątkowe było także spotkanie z tym jedynym, prawdziwym, na którego wszyscy czekamy w grudniowy wieczór – św. Mikołaj przyjął nas w swojej wiosce pod Rovaniemi. I choć całe miejsce pęka od komercyjnych akcentów, a cena za zdjęcie z brodaczem jest absurdalna, to było magicznie. Czy do powtórki? Trudno stwierdzić… W przeciwieństwie do powtarzalnych i zawsze pełnych emocji spotkań z reniferami.
...
Dołącz do grona naszych prenumeratorów aby przeczytać tekst w całości.
Pozostało 71% tekstu do przeczytania.
Wykup dostępChcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze