Ktoś mi kiedyś powiedział, że po Beskidzie Niskim najlepiej poruszać się na rowerze, a nie pieszo. Coś w tym jest, bo szczyty gór są przeważnie zalesione, a najładniej jest w dolinach. Rower daje zatem więcej możliwości. Tak narodził się pomysł pętli na 50 km, by dotrzeć do najciekawszych łemkowskich miejscowości, a w zasadzie tego, co po nich zostało.
Tekst Kamila Gruszka
Zaczynamy od rozdroża przy gościńcu Banica we wsi Krzywe. Szykujemy się do drogi przy punkcie parkingowym ze stołami. Naokoło pustka. Nawet budynek karczmy stoi schowany wśród drzew. Tak właśnie będzie kojarzył mi się Beskid Niski zapamiętany z tej wycieczki - jako puste przestrzenie. Rozległe łąki ze stojącymi tylko gdzieniegdzie krzyżami, pozostałościami nagrobków po dawnych cmentarzach nieistniejących wsi. Będziemy wjeżdżać w przepiękne doliny z nieodłącznym wrażeniem, że coś tu nie gra, że wiejska droga prowadzi donikąd, a w zapuszczonych sadach nie ma życia, które dawniej otaczało owocowe drzewa.

Jasionka to pierwsza większa wieś, którą mijamy. Z dawnej łemkowskiej osady wysiedlono mieszkańców w ramach akcji „Wisła” w 1947 roku, a w to miejsce utworzono PGR – czyli osławione w czasach PRL Państwowe Gospodarstwo Rolne. Łemkowskie chyże rozebrano, powstały nowe klockowate zabudowania, lasy wycięto. Ponoć mieszkańcy próbowali wrócić na swe dawne ziemie, ale za każdym razem im odmawiano. Nieliczni, którym udało się odwiedzić rodzinną wioskę, relacjonowali, że trudno było im ją rozpoznać.
Droga asfaltowa wkrótce się kończy, tak jakby Jasionka była na końcu rzeczywistego świata. Zupełnie nie widać ludzi, nasz przejazd obserwują jedynie zwierzęta hodowlane. I obłupane Jezusy z krzyży. Im dalej, tym więcej przydrożnych kapliczek zastępuje towarzystwo wcześniej złożone z krów.
Podskakując na wybojach, omijając wykroty i kamienie, docieramy do tego, co pozostało po wsi Czarne: parafialnego cmentarza łemkowskiego z kilkunastoma kamiennymi i żeliwnymi nagrobkami. Osobne wejście prowadzi na mogiły żołnierskie z czasów pierwszej wojny światowej. W okolicy toczyły się spore walki w 1915 roku i takie cmentarze, zinwentaryzowane i niekiedy zadziwiająco zadbane, zobaczymy przy trasie naszego przejazdu jeszcze nie raz.
Nazwa wsi Czarne znana jest każdemu, kto interesuje się twórczością Andrzeja Stasiuka. Tak nazywa się wydawnictwo jego żony, Moniki Sznajderman, słynące z publikacji świetnej reportażowej literatury z różnych stron świata. Książka z Czarnego to za każdym razem trafiony wybór, a dla pisarzy ogromna nobilitacja, jeśli ich praca zasłużyła na wydanie. Stasiukowie mieszkają w niedalekim Wołowcu, gdzie dotrzemy na końcu naszego rowerowego przejazdu, a w książkach swojego autorstwa opisywali niejednokrotnie Beskid Niski.
„Czas nagli, wędrowcze. O wspomnienia proszą. Przekrocz próg Domu, którego może i nie ma. Czuj się zaproszony.” - zachęcają napisy na tablicy po drugiej stronie drogi. Z dawnych zabudowań łemkowskich wsi Czarne nie pozostało praktycznie nic. Żeby wyobrazić sobie dawne życie, trzeba się mocno wysilić. Pomagają w tym opisy dziejów łemkowskich miejscowości i... symboliczne drzwi, stojące samotnie w miejscach, gdzie kiedyś toczyło się życie. Jedynie cerkiew ze wsi Czarne możemy zobaczyć na własne oczy. Ale nie tutaj. Uratowano ją przed ostatecznym zniszczeniem, przenosząc w 1993 roku do Sądeckiego Parku Etnograficznego w Nowym Sączu.
Droga przez Czarne do wsi Długie to jak droga przez dawny świat, ukryty gdzieś w głębi gór. Może i dojedzie tu jakieś auto, choć zapewne terenowe, bo asfaltu nie ma. Rower cały czas podskakuje na wybojach. Tuż za zakrętem, po lewej stronie dostrzegamy kolejny cmentarz, świadectwo dawnych czasów. I obecnych, bo jeden nagrobek, rodziny Sabatowicz, wygląda całkiem świeżo. Po miejscach śmierci wymienionych na nagrobku, można łatwo domyślić się zawiłych dziejów Łemków po drugiej wojnie światowej. W 1945 roku wszyscy mieszkańcy zostali zmuszeni do wyjazdu na tereny dzisiejszej Ukrainy. Istniejące we wsi cerkwie rozebrano, a materiał wykorzystano do budowy stajni w pegeerze we wsi Jasionka. Z wyposażenia zachowały się dwie ikony eksponowane obecnie w Muzeum Historycznym w Sanoku. Po dawnej wsi pozostały też kapliczki wzdłuż drogi.
Po przejechaniu kolejnego odcinka w pewnym momencie po bokach drogi pojawiają się zabudowania o przedziwnej konstrukcji, których przeznaczenia trudno dociec. To Wyszowatka, kolejna popegeerowska wieś. W czasach, gdy była zamieszkiwana przez społeczność łemkowską, zwano ją Wyszowadką. Także stąd większość miejscowych Rusinów wyjechała po wojnie na Ukrainę, resztę przesiedlono w ramach akcji „Wisła”. We wsi powstał PGR i zakład karny. Muszę przyznać, że widok tych wsi jest jeszcze bardziej przygnębiający niż pustych terenów po dawnych łemkowskich miejscowościach. Tam przynajmniej bywa pięknie.
Wraz z asfaltem od Wyszowatki wracamy do normalnego świata. Grab, Ożenna i... samochody. To jak wyrwanie ze snu. Trzeba się zmobilizować, bo czeka nas spory podjazd na trasie. Na szczęście droga równa i szeroka. Tam, gdzie wydaje się, że już koniec, napisany farbą na asfalcie napis: „Ból to ściema!”. To nagroda czy mobilizacja do dalszego wysiłku? Przed nami bowiem kolejne górki, a na szczycie następne miejsce po nieistniejącej już obecnie wsi – Ciechania.
- Czekają nas piękne widoki. Trasę poprowadziłem tak, żeby przejechać przez najładniejsze krajobrazowo tereny – zapewniał Darek przed startem. Miesiąc wcześniej jechał z Przemyśla do Krynicy-Zdroju podczas samotnej rowerowej eskapady, znał więc okolicę. Niestety, dziś Beskid Niski otulają mgły. Największe w Ciechani, w miejscu, gdzie widoki - według opinii Darka - miały być najbardziej efektowne.
„Lato jest tu krótkie i deszczowe. Po opadach parują lasy na wzgórzach, a potem mgły zalegają w każdym zagłębieniu terenu” - informacja przeczytana na tablicy opisującej wieś Ciechania wyjaśnia wszystko.
Możemy tylko sobie wyobrazić gdzieś przed nami masyw Nad Tysowym (713 m n.p.m.) wznoszący się ponad dawną wioską z potokami Zimna Woda i Hucianka. Próbujemy wytężyć wzrok w poszukiwaniu kępy starych drzew w miejscu dawnej cerkwi z pozostałościami cmentarza, fragmentów podmurówki oraz fundamentów zrujnowanej plebanii i resztek piwnic. W dolinie nadal rosną zdziczałe drzewa owocowe i sędziwe lipy. Stoi kamienny krzyż z 1905 roku… Jednak obecnie wszystko skrywa nieprzenikniona mgła. Nawet nie ma sensu podchodzić bliżej. Wsiadamy na rowery i ruszamy do następnych wiosek.
Żydowskie położone było w dolinie wśród kwiecistych łąk i pastwisk. Uważane jest za jedną z najstarszych wsi zamieszkiwanych przez Łemków. Pierwsze wzmianki o niej pochodzą z 1418 roku. Właścicielem był najprawdopodobniej Żyd, stąd nazwa. Pozostałości dawnego cmentarza i cerkwi widoczne są tuż przy drodze, nie musimy daleko zbaczać. Choć warto zapuścić się głębiej. Można to zrobić, wędrując ścieżką edukacyjną poprowadzoną w pobliżu. Ze względu na późną porę i rowery rezygnujemy. Otoczenie kusi jednak, by zostać dłużej.
Więcej czasu spędzimy dopiero w dolinie w pobliżu Nieznajowej. Zanim tam dotrzemy, łykamy szybko kilometry drogi biegnącej w normalnym świecie pośpiechu i ruchu ulicznego przez Krempną (siedziba Magurskiego Parku Narodowego), Kotań (cerkiew św. Kosmy i Damiana oraz lapidarium) i Świątkową Małą (cerkiew św. Michała Archanioła).
Aby dojechać do Nieznajowej, musimy wjechać w drogę zbudowaną z betonowych płyt. Po jej pokonaniu zatrzymujemy się na początku ogromnej doliny, gdzie znowu mamy możliwość wejść przez zaczarowane drzwi do innego świata, czytając jak kiedyś tu wyglądało (patrz ramka). To wszystko możemy sobie jedynie wyobrazić. Przed nami - jak okiem sięgnąć - pustka.
To miejsce oczarowało nas już 20 lat temu. Ale mam wrażenie, że po latach wypukłości po fundamentach obrośniętych trawą pozostało znacznie mniej, nagrobków na cmentarzu ubyło, ale jedno pozostało niezmienione – przeprawy przez rzekę! Znowu, tak jak dawniej, pokonujemy brody. To chyba typowe zjawisko dla Beskidu Niskiego, spotykane na niejednym szlaku.
Wchodzimy z rowerami siedem razy do tej samej rzeki! Na początku ściągamy buty, ale potem jest nam już wszystko jedno... Mimo że temperatury nie są za wysokie, wcale nie myślimy o tym, że jest zimno. W głowie tylko jedna myśl: musimy dotrzeć do Wołowca jak najszybciej, żeby przed zmrokiem zakończyć naszą rowerową pętlę.
Dobijamy wreszcie do 50 km wyprawy. Na ostatnim odcinku od Wołowca pedałujemy już w zupełnych ciemnościach. Na szczęście z powrotem na asfalcie możemy przyspieszyć i około 17 meldujemy się przy samochodach zostawionych w Banicy. Piękny magiczny czas mieliśmy w Beskidzie Niskim….
Z Krakowa do przysiółka Banica we wsi Krzywe jedziemy najpierw autostradą A4, a w Brzesku drogą krajową nr 75 na południe. We wsi Gnojnik skręcamy na drogi wojewódzkie i przez Zakliczyn oraz Ciężkowice docieramy do Gorlic. Stąd przez Balastów docieramy do Banicy. Do Gorlic dojedziemy autobusem PKS, potem trzeba łapać stopa.
Gościniec Banica
Tekst ukazał się w wydaniu nr 2/2022
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze