Po wielu miesiącach szukania wolnego terminu w naszych kalendarzach, w końcu się udało. Ruszyliśmy. Co prawda tylko na dwa dni, ale mimo wszystko. Dzień pierwszy - aperitif, dzień drugi - danie główne. Wszystko smakowało wyśmienicie, bo w przypadku wypadu w Tatry Słowackie nie może być inaczej.
Teoretycznie te same góry, co po polskiej stronie, a jednak tak bardzo inne. Przede wszystkim znacznie mniej jest tu ludzi, a powierzchnia o wiele większa. Słowacy też wydają się mieć nieco inne podejście do gospodarowania swoją częścią Tatr, co widoczne jest tu przede wszystkim w podtatrzańskich miasteczkach, ale też i na samych szlakach. Dzięki temu nawet w szczycie sezonu można iść tu długo przed siebie, nie spotykając po drodze nikogo. A czy nie o to w górach chodzi?
Wyjazd z Wrocławia o godz. 3.30. Bolało. Ale świadomość celu dodawała energii. Dwie godziny później przesiadam się w Gliwicach do samochodu Jerza - mojego przyjaciela, z którym po górach chodzimy już od 29 lat – i jedziemy pod Siwy Wierch w Tatrach Zachodnich. Specjalnie na początek wzięliśmy sobie coś lżejszego, przy okazji odwiedzając miejsce, w którym jeszcze nie byliśmy. Siwy Wierch (słow. Sivý vrch, 1805 m n.p.m.) to najbardziej na zachód wysunięty, ostatni wybitny szczyt głównej grani Tatr. Wyjątkowej urody, z partiami lekkiej wspinaczki i kapitalnymi panoramami. Ze szlaku biegnącego z Białej Skały (słow. Biela Skala, 1378 n.p.m.) doskonale widać inne słowackie pasma górskie, jak choćby Małą i Wielką Fatrę, Góry Choczańskie oraz Niżne Tatry. Dzięki czemu możemy się przekonać, jakimi szczęściarzami są nasi sąsiedzi. Choć żeby nie było - uważam, że i polskie góry są wspaniałe!
Zdobycie Siwego Wierchu i powrót do samochodu zajmuje nam pięć godzin - idealna rozgrzewka. Teraz jedziemy już w stronę Tatr Wysokich, które są naszym głównym celem. Szybkie zakupy w Liptowskim Mikulaszu (słow. Liptovský Mikuláš), ogarniamy parking w Starym Smokowcu (słow. Starý Smokovec) i biegniemy do Chaty Zamkowskiego (słow. Zamkovského chata), gdzie zarezerwowaliśmy nocleg. 30 minut przed schroniskiem dopada nas deszcz, więc wpadamy do niego dość mocno przemoczeni.
Jak to w górach, pogoda zmienną jest, więc ustalamy, że wstajemy o piątej i zobaczymy, co dalej. Naszym celem jest Czerwona Ławka (słow. Priečne sedlo, 2352 m n.p.m.), ferratowy szlak w słowackich Tatrach. Szkoda tylko, że noc do spokojnych nie należy - “popis” dali niestety nasi rodacy, awanturując się do późnych godzin.
Rano decyzja nie może być inna, mimo że słońce dość nieśmiało przebija się przez chmury. Ruszamy w stronę popularnej Terinki (słow. Téryho chata). Jak wychodzi mi z szybkich obliczeń, ostatnio byłem tam… 25 lat temu, w czasie wycieczki z ojcem i bratem na Lodową Przełęcz.
Szlak wiodący dnem Doliny Małej Zimnej Wody (słow. Malá Studená dolina) to kwintesencja tatrzańskiego piękna. Potężne ściany grani Łomnicy (słow. Lomnický štít) i odbijające się od nich echo płynącego potoku, do tego urzekająca uroda i roślinność dolnych partii. A wszystko zamyka imponująca ściana - tzw. Złote Spady (słow. Jazerná stena). Trawersujący je szlak przecina w pewnym momencie potok Małej Zimnej Wody, wyprowadzając nad próg wprost przed schronisko. Może narażę się nieco pasjonatom Tatr, ale zaryzykuję tezę, że to najpiękniej położony obiekt w całych Tatrach. Swoje robi też oczywiście wysokość - jesteśmy na 2015 m n.p.m.
Nie ma tu przypadkowych ludzi. Nie ma krzyku, hałasu, przaśnej tandety. Jest to wysokogórskie schronisko z prawdziwego zdarzenia, a w środku ludzie, którzy również nie trafili tu przez przypadek. Przygotowujemy śniadanie (część zamawiamy, część mamy swoją). Rozkoszujemy się widokiem przez okno i atmosferą w środku. Jest tu czysto, nowocześnie, ale stylowo. Przyjemność potęguje doskonała kawa. Pozostaje pytanie, co dalej?

- Idziemy w górę, do rozstaju szlaków, potem zobaczymy - mówi Jerz.
- Pogoda taka sobie. Boję się, że na dojściu i samej ferracie będzie słabo - odpowiadam.
- Damy radę! - Jerz, jak to Jerz, zawsze w górach bardziej ode mnie zdecydowany, co nie znaczy, że mnie brak determinacji. Via ferrata kusi.
Po niecałej godzinie wychodzimy z Terinki. Niebo zachmurzone, na termometrach tylko 2 stopnie Celsjusza. Aż trudno uwierzyć, że wczoraj pod Siwym Wierchem mieliśmy aż 26!
200 metrów powyżej schroniska zaczyna padać deszcz, chwilę później grad. Zdajemy się nie dostrzegać załamującej się pogody. Mijamy schodzących turystów.
- Jak tam u góry, panowie? - pytam.
- Źle. Chcieliśmy iść na Ławkę, ale odpuszczamy. Pogoda bardzo kiepska, będzie ślisko - ostrzegają nas.
Po chwili namysłu kontynuujemy założony wcześniej plan. Dojdziemy do rozstaju szlaków (zielony na Lodową Przełęcz, żółty na Czerwoną Ławkę) i tam zdecydujemy. Tymczasem przestaje padać. Ale przejaśnienia rysują się tylko w naszej wyobraźni. Widoczność… domyślna. Ale mimo wszystko odwlekamy ostateczną decyzję.
- Chodźmy pod ścianę i tam zdecydujemy. Jak będzie bardzo źle, wrócimy - naciska Jerz. Niechętnie, ale się zgadzam. Trawersujemy śnieżne zbocza, aura robi się jeszcze bardziej wysokogórska. Mgła wraz z otaczającymi nas ścianami, wydaje się nas zamykać w górskim kręgu. Jest to jednak uczucie magiczne. Tylko my i góry. Góry i my.
W momencie kiedy podchodzimy pod ścianę i początek via ferraty,już wiem, że pójdziemy dalej. Obudziły się we mnie pragnienia, które odżywają tylko w takich właśnie miejscach. Tonowana rozsądkiem ekscytacja - widok niemal pionowej ściany i perspektywa wspinaczki podnosi poziom adrenaliny, która skutecznie pozwala zapomnieć o zmęczeniu i niewyspaniu.
Czerwona Ławka to niezwykłej urody ciasna przełęcz pomiędzy Małym Lodowym Szczytem (słow. Široká veža, 2461 m n.p.m.) a turnią o nazwie Spąga (słow. Priečna veža, 2353 m n.p.m.). Tworzą ją w praktyce dwa wcięcia - na wysokości 2309 i 2305 metrów. Szlak prowadzi tędy od lat, ale w 2021 roku otwarta została tu pierwsza tzw. via ferrata w całych Tatrach, czyli ubezpieczona stalową liną i klamrami trasa, którą pokonać należy z wykorzystaniem odpowiedniego sprzętu - uprzęży, lonży i rzecz jasna kasku (osobiście zachęcam do poruszania się w kasku na wszystkich wysoko położonych trasach). Jest przepięknie poprowadzona i dostarcza niesamowitych wrażeń. Dwa niemal pionowe miejsca przyprawiają o szybsze bicie serca, jednak dzięki ubezpieczeniom i odpowiednim umiejętnościom jej przejście jest po prostu wielką przygodą.
Zakładamy uprzęże, kaski, poprawiamy kurtki. Zaklinamy rzeczywistość, że padać już nie będzie. Tuż przed wpięciem się w ferratę dostrzegamy… schodzących z góry ludzi - pod prąd, bez sprzętu. Żeby była jasność - są to znów nasi rodacy. Komentarz wydaje się zbędny. Mogli przejść prowadzącym obok „starym” szlakiem, który wciąż jest dwukierunkowy - w przeciwieństwie do trasy prowadzącej ferratą, co jest niemal wyryte na tabliczce przy jej początku. Ale nasi rodacy wiedzą lepiej…
Rozpoczynamy wspinaczkę. Najpierw ja, chwilę później Jerz. Jest stromo, ale bezpiecznie. Lonża pracuje, wiatr hula pod nogami. Jak duża jest tu ekspozycja do końca nie wiemy, bo… mgła skutecznie ogranicza widoczność.
- Może to i dobrze - mówi pół żartem, pół serio mój górski partner.
- Jakie to wszystko jest piękne - mówię trochę do siebie, trochę do niego, ciesząc się jak wtedy, gdy miałem 5 lat i dostałem swój pierwszy zestaw Lego.
Przecinamy grań na Czerwonej Ławce
Via ferrata jest znakomicie poprowadzona. Technicznie jej trudność określana jest na A/B, czyli średnio/łatwa, ale dziś swoje robią kiepska pogoda oraz śliskie stopnie, klamry i skały. W tego typu terenie uważać trzeba zawsze, w takich warunkach do potęgi trzeciej.
Wznosimy się coraz wyżej. Jerz zmienia mnie na prowadzeniu. Idziemy wolno, ale tylko dlatego, aby chłonąć do maksimum wrażenia i emocje.
Po około 50 minutach dochodzimy do kulminacyjnego momentu (2352 m n.p.m.), przecinamy grań, schodzimy kilkanaście metrów i robimy postój. Poniżej nas widzimy spore połacie zalegającego śniegu, decydujemy się więc na założenie raków. Choć pewnie nie będą potrzebne zbyt długo, to nie widzimy powodu, dla którego mamy ryzykować i zabierać sobie przyjemność przejścia w nich kilkudziesięciu metrów.
- Ale to jeszcze daleko - mówię do Jerza, patrząc w dół na wijący się szlak.
- Rzeczywiście! A szlak idzie przecież trawersem i nieco naokoło - odpowiada.
Co jednak niesamowite, znów jesteśmy sami. Minął nas jeden biegacz, wcześniej wyprzedził nas jeszcze jeden Polak. A przecież jesteśmy w sercu Tatr Wysokich. Przed nami około półtorej godziny wędrówki górnymi partiami Doliny Staroleśnej (słow. Veľká Studená dolina).
Otoczenie w niczym nie ustępuje temu, które widzieliśmy po drugiej stronie grani. Przed nami dumnie prężą się potężne tatrzańskie kolosy – Sławkowski Szczyt (słow. Slavkovský štít, 2452 m n.p.m.) i Staroleśny (słow. Bradavica, 2489 m n.p.m.). Do tego dochodzi niezwykła perspektywa samej doliny ze Zbójnickimi Stawami (słow. Zbojnícke plesá) w jej górnych partiach.
- “Ogarnia mnie spokój. Ruchy spajają poczucie lekkości i równowagi. Rodzi się poczucie dumy, że jednak się wznoszę” - pisze w książce “Chiński maharadża”, Wojciech Kurtyka. Postać, której podejście i sposób odczuwania gór są mi bardzo bliskie, choć oczywiście forma ich zdobywania to dwa różne bieguny. Ale przecież czy to nie “każdemu jego Everest”...?
Schodzimy, cały czas spoglądając w niebo. Mimo że na dole momentami widać nawet słońce, tu na 2000 metrów, wciąż do poprawy pogody daleko, choć narzekać nie możemy. Zmęczenie nie istnieje, choć jesteśmy od piątej na nogach i mamy za sobą już ponad 12 km, w tym godzinę wspinaczki. Zbyt długo czekałem na ponowny przyjazd w słowackie Tatry. Góry jednak są cierpliwe, stoją, nic się tu nie zmienia.
Po niecałych dwóch godzinach wchodzimy do Zbójnickiej Chaty (słow. Zbojnícka chata, 1960 m n.p.m.), równie pięknie położonego, choć chyba nie tak uroczego jak Terinka schroniska. W środku znów świetna atmosfera, uprzejmi, uśmiechnięci i pomocni Słowacy, stoi nawet pianino - czuć tu górskiego ducha. Jerz zamawia zupę, ja do kanapek biorę piwo bezalkoholowe. Do samochodu mamy jeszcze jakieś dwie godziny, więc celebrujemy na wysokościach każdą sekundę.
Pół godziny później ruszamy do Starego Smokowca. Im niżej, tym śmielej przez chmury zaczyna przebijać się słońce. Podczas spokojnego marszu snujemy plany na kolejne wyprawy. Rohacze wydają się kolejnym celem. Tylko pytanie “kiedy” pozostaje na razie bez odpowiedzi…
Samochodem do Starego Smokowca najlepiej dojechać z ominięciem Zakopanego. W Nowym Targu kierujemy się na Białkę. Na rondzie przed Bukowiną Tatrzańską skręcamy na Jurgów i drogą krajową nr 49 wjeżdżamy na Słowację.
Niestety, od pandemii wciąż zawieszona jest linia z Zakopanego do Popradu (Strama). Komunikacją zbiorową trzeba najpierw dojechać busem do Łysej Polany, a stamtąd kursują słowackie autobusy (rozkład jazdy na www.sadpp.sk).
Schronisko Zamkovskiego (Zamkovského chata)
Schronisko Téryego (Téryho chata)
Schronisko Zbójnickie (Zbojnícka chata)
zielony: Starý Smokovec – Hrebienok 45 min ↑ 30 min ↓
czerwony: Hrebienok - Zamkovského chata 1 h 10 min ↑ 50 min ↓
zielony: Zamkovského chata - Téryho chata 1 h 45 min ↑ 1 h 15 min ↓
żółty: Téryho chata - Priečne sedlo (Czerwona Ławka) - Zbojnícka chata 3 h ↑↓
niebieski, czerwony: Zbojnícka chata – Hrebienok 2 h 10 min ↓ 2 h 50 min ↑
Tekst ukazał się w wydaniu nr 5 (25)/2022 (wrzesień).
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze