Trzech moich znajomych zginęło w Tatrach w trakcie zejścia. To są te momenty, kiedy człowiek jest już zmęczony, szczęśliwy po zdobyciu szczytu i traci koncentrację - mówi Przemek Sobczyk, biegacz górski i przewodnik tatrzański. Mam te słowa w głowie, gdy we mgle i silnym wietrze podchodzę z Piątki na Kozi Wierch.
Każdy wypad w Tatry to dla mnie spełnienie marzeń. Zawsze cieszę się z tego, co na mnie tam czeka. Tym razem prognozy pogody wskazywały, że sypnie, i to całkiem mocno. Dlatego ten wyjazd po raz kolejny uświadomił mi, jak ważna jest decyzja o odwrocie.
Niedzielny wieczór. Od Wrocławia trasa przebiega w bardzo przyjemnej aurze, jak na jesień 2025 roku jest nawet dość ciepło. Ciężko uwierzyć, że jutro w Tatrach ma padać śnieg. Wiedziałem jednak, że taki scenariusz jest możliwy, bo prognozy pogody już od kilku dni wskazują na załamanie. Ale wyjazd zaplanowałem już dawno. Zgodnie więc z zasadą - jadę, choćby nie wiem, co – nie odwołuję wyprawy, bo Tatry raz w roku to zdecydowanie za mało. Scenariusz zakłada nocleg w Roztoce i wczesne wyjście do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Co dalej, zobaczymy.
Zostawiam auto na zarezerwowanym wcześniej parkingu na Palenicy Białczańskiej (ok. 990 m n.p.m.). Jest wieczór, gdy ruszam w stronę Starej Roztoki. Piękne to uczucie, gdy wszyscy z gór schodzą, a ja się w nie dopiero pakuję. W schronisku (1030 m n.p.m.), którym od kilkunastu lat kieruje Ania Krupa, jak zawsze, cud atmosfera. Rzadkiej to urody miejscówka, w której ginący powoli iście górski, rodzinny klimat wciąż ma się nieźle. Nie marnuję jednak czasu. Szybko się kładę. bo godzina 4.30 blisko.
Przeczytaj nowe e-wydanie Magazynu Na Szczycie
Tuż przed świtem idę na szlak. Jest zupełnie cicho. Malownicza, już coraz bardziej surowa jesień wyłania się z wolna z nocnej otchłani. Dolina Roztoki jest pusta. Ciszę mąci jedynie płynący potok o tej samej nazwie. Choć czas bardzo mnie nie goni, wyręcza go w tym ciekawość, tęsknota i adrenalina. Niewidzialna siła pcha mnie w stronę Siklawy, której nie widziałem długie lata. Zapomniałem przy tym, jak zjawiskowy jest to pomnik przyrody.
Przekraczam magiczny próg Doliny Pięciu Stawów Polskich (ok. 1670 m n.p.m.). Miejsca jedynego w swoim rodzaju, obiektu kultu, sentymentalnych westchnień i górskich tęsknot. Pogodowy marazm sprawia, że jestem tu sam, co w szczycie sezonu uznać należałoby za aberrację rzeczywistości.
Prognozy nie dają o sobie zapomnieć. Sypie śniegiem już od jakiegoś czasu, okolica przybiera zimowe barwy. Pozostaje podjąć decyzję - Krzyżne i długa droga przez Rówień Waksmundzką na Palenicę, czy atak na Kozi Wierch i powrót niemal tą samą trasą.

Od Wielkiego Stawu Polskiego (1710 m n.p.m.) odbijam w prawo i ruszam mozolnie pod górę czarnym szlakiem, potocznie nazywanym diretissimą. Śniegu coraz więcej, ślisko niesamowicie. Ponieważ jest to jednak pierwszy opad, raki dalej tylko dzwonią w plecaku o… raczki. Na nic się one zdadzą, bo pod 10-15 centymetrową warstwą świeżego puchu są tylko wyślizgane (a nie oblodzone) kamienie.
W letnich warunkach ta trasa jest po prostu podejściową wyrypą, bez praktycznie żadnych technicznych trudności. Dziś jest zupełnie inaczej. Dlatego zachowuję czujność orientacyjną, bo widoczność spadła do 2-3 metrów, ale i techniczną. Z każdym kolejnym metrem droga staje się piekielnie śliska, a wraz z wysokością robi się coraz trudniej i niebezpieczniej.
Kilka razy staję w poszukiwaniu szlaku. Zastanawiam się coraz częściej, czy warto dalej pchać się na górę. W końcu wejście to czasem nawet nie połowa drogi. W takich warunkach pewnie z 40 proc. sukcesu. Na razie jednak nie odpuszczam.
Z biegiem czasu do coraz silniejszego opadu dochodzi wiatr, robi się naprawdę przyjemnie. I choć w praktyce (w co wielu nie wierzy), jestem fanem takich warunków, na 70 metrów w pionie od szczytu Koziego Wierchu (ok. 2200 m n.p.m.) staję i naprawdę nie wiem, co dalej. Szlaku nie widać, wcześniejsze ślady zasypane. Próbuję kilka razy przejść skalny próg wiszący ponad niewielkim żlebem, ale bez powodzenia. Po trzeciej próbie odpuszczam.
- Nie dziś, panie Szymonie – mówię sam do siebie. Nie muszę specjalnie się przekonywać, że to w tym momencie jedyna słuszna decyzja.
[paywall]
Ruszam powoli dół. Festiwal ślizgania trwa. Kijki pracują na pełnych obrotach, wiatr górskiej ekwilibrystyki zadania wcale nie ułatwia. Ale znów myślę sobie, jak pięknie jest tu, gdzie jestem. Tylko Tatry, żywioł i ja. Nikogo wokół. Carpe, cholera, diem!
Mocno zmęczony dochodzę do schroniska, gdzie mimo braku wejścia na szczyt, nie celebruję porażki, a piękną, choć krótką przygodę. Czy warto przejechać ponad 400 km, zarwać noc, wydać kasę na benzynę i parking, żeby nie wejść na Kozi? Nie ma żadnych wątpliwości: powtórzę ten scenariusz w każdym podobnym przypadku.
Wszak sztuką nie jest jedynie pojechać i za wszelką cenę wejść na jakiś szczyt. Czasem wyzwaniem jest podjęcie tej jednej, piekielnie ważnej i niełatwej decyzji – o odwrocie. Wielu ludzi na to nie stać. Uświadamiam to sobie po raz kolejny, pijąc w schronisku gorącą herbatę. I szukam potwierdzenia, że to była dobra decyzja.
– W górach zasada jest prosta: one się nie przewracają. Zawsze można wrócić – mówi Krzysztof Wielicki, zdobywca wszystkich 14 ośmiotysięczników Himalajów i Karakorum i dodaje, że jadąc w góry, naprawdę trzeba się przygotować. Sprawdzić wszystkie prognozy, mieć odpowiedni sprzęt i ubranie.
Do tego dochodzi plan B. Zdaniem jednego z najwybitniejszych polskich himalaistów, wielu ludzi jadąc w góry, przygotowuje się na najlepszy scenariusz, a nie na najgorszy. To podstawowy błąd, bo w górach zawsze trzeba być gotowym na najgorsze warunki. W praktyce oznacza to, że trzeba również wiedzieć, kiedy zawrócić.
– Z Wojtkiem Kurtyką byliśmy kiedyś na południowej ścianie K2. Kamienie leciały jak cholera. Nie mieliśmy wyjścia, trzeba było się cofnąć. Podobnie kiedyś zimą na Gaszerbrumie, kiedy musiałem zejść, żeby wesprzeć członka zespołu – wspomina Wielicki.
Zresztą problem spadających kamieni to nie jest tylko kwestia gór najwyższych. Również w Tatrach, szczególnie w szczycie sezonu, stają się one gigantycznym zagrożeniem.
– To jest też kwestia edukacji. Trzeba umieć ocenić, czy dany kamień jest stabilny, czy się rusza. A drugiej strony musimy zdawać sobie sprawę, że nie wszystko da się przewidzieć. Czasem ludzie mówią, że lepiej iść w grupie, bo ktoś może coś doradzić, a bardziej doświadczony coś zauważy. Ale z kolei w dużej grupie też łatwo o nieuwagę i dekoncentrację – zauważa pierwszy zdobywca zimowego Everestu.
Zdarza się jednak i tak, że wobec zmieniających się warunków jesteśmy bezradni. Np. dynamika pogodowych zmian przybiera na sile.
– Czasem to nie sam atak szczytowy, ale załamanie pogody zmusza do odwrotu. Pamiętam, jak szedłem na Broad Peak – pogoda nagle się popsuła, przyszła mgła. Robiłem wtedy jednodniowe wejście i czułem się pewnie. Doszedłem mniej więcej na wysokość obozu trzeciego i nagle nic nie widzę – kompletna biel. Chmury, mleko, zero punktów odniesienia. Pomyślałem: „Koniec, zgubiłem się”. W takiej mgle nie wiesz, gdzie jest góra, gdzie dół. Żadnych traserów, żadnych skał – opowiada Wielicki.
W takich sytuacjach trudno nawet znaleźć bezpieczną drogę do odwrotu.
– Próbowałem iść w jedną stronę, potem w drugą, trzecią, piątą – błądziłem. Chciałem się wycofać, ale nie wiedziałem dokąd. W końcu jakimś cudem trafiłem na stary ślad i udało się zejść. Ale to była naprawdę trudna sytuacja. W takiej mgle, zwłaszcza przy dużych połaciach śniegu, tracisz całkowicie orientację. Zostawiałem wtedy różne ślady, żeby wiedzieć, gdzie już byłem, bo w kółko trafiałem w te same miejsca. To była walka z samym sobą. Dlatego zawsze powtarzam: trzeba mieć naładowany telefon, kontakt ze światem, cokolwiek, co może pomóc się odnaleźć. W górach takie drobiazgi mogą uratować życie – apeluje himalaista.
Owszem, w górach mnóstwo jest zmiennych i czynników, które trzeba brać pod uwagę. Podstawy jednak zawsze są takie same.
– Edukacja i raz jeszcze edukacja od podstaw zaczynając. Wczesne wyjście, odpowiedni sprzęt, ubiór, ponad wszystko buty. Rzecz, wydawałoby się oczywista, a jednak nie wszyscy mają na nogach dobre obuwie. I powtarzam: bierzcie pod uwagę najgorsze możliwe scenariusze – podsumowuje Krzysztof Wielicki.
W podobnym tonie, choć z zupełnie innej perspektywy, wypowiada się Przemysław Sobczyk, doświadczony przewodnik tatrzański, górski biegacz i wysokogórski narciarz.
– Powiem jasno: jako Przemek i jako przewodnik - ja odpuszczam. I każdemu, kto potrafi odpuścić, gratuluję. Bo odpuszczenie, przełożenie wyjścia na inny dzień, kiedy warunki są złe, to nie jest słabość. To jest wielkość – zaznacza Przemek Sobczyk.
Często nie jest sztuką zdobyć szczyt, tylko z niego zejść. To właśnie wtedy ginie najwięcej ludzi.

- Trzech moich znajomych zginęło w Tatrach właśnie w trakcie zejścia. W terenie, który teoretycznie był już łatwy. Jeden zahaczył rakami o spodnie i spadł. Drugi stanął na trawkę podczas trawersu Czarnego Mięgusza – trawka puściła razem z kamieniem, poleciał 120 metrów i zginął na miejscu. To są te momenty, kiedy człowiek jest już zmęczony, szczęśliwy po zdobyciu szczytu i traci koncentrację. A właśnie wtedy potrzeba jej najwięcej – podkreśla przewodnik tatrzański.
Kluczowe jest planowanie – to podstawa wszystkiego. W górach nie chodzi o to, by zawsze iść do przodu, ale by wiedzieć, kiedy powiedzieć sobie „dość”.
– Czasem trzeba zawrócić dwa razy, żeby za trzecim razem się udało. To nie jest słabość, tylko rozsądek. Zawodowiec potrafi odpuścić, gdy nie ma warunków lub zespół się rozsypuje. Turysta też powinien umieć to zrobić. Góry się nie przewrócą, nie uciekną, a życie mamy tylko jedno – dodaje Przemek Sobczyk.
Zdaniem przewodnika tatrzańskiego nie chodzi o to, żeby się bać, ale by umieć ocenić ryzyko. Na Zachodzie wiele via ferrat zaczyna się trudnym fragmentem – jeśli nie dasz rady, możesz bezpiecznie się wycofać. U nas bywa odwrotnie: trasa zaczyna się łatwo, więc ludzie wchodzą zbyt wysoko i potem nie wiedzą, jak wrócić.
– Sam spędziłem kiedyś dobę w jamie śnieżnej, gdy złapała nas zamieć. Byliśmy przygotowani, mieliśmy sprzęt i plan. Dzięki temu przetrwaliśmy. Ale nie zdobyliśmy szczytu – i bardzo dobrze. W górach trzeba wiedzieć, kiedy się zatrzymać. Bo pogoda może zmienić się w pięć minut. I wtedy tylko jedno ma znaczenie – by zdążyć wrócić – podsumowuje Przemek Sobczyk.
W górach – tak jak w życiu – nie zawsze trzeba zdobywać szczyty, by coś osiągnąć. Czasem największym zwycięstwem jest świadomość własnych granic i gotowość, by się wycofać. To, co dla jednych może wyglądać jak porażka, dla innych jest dowodem mądrości i doświadczenia. Bo decyzja o odwrocie nie rodzi się z lęku, lecz z pokory wobec natury i zrozumienia, że nie my wyznaczamy jej rytm.
Każdy, kto wyrusza w góry, niesie w plecaku nie tylko sprzęt, ale też swoje ego, oczekiwania i marzenia. I choć to one popychają nas ku wierzchołkom, to dopiero rozsądek pozwala wrócić. Góry uczą cierpliwości i planowania, ale przede wszystkim – szacunku do życia. Bo w ostatecznym rozrachunku nie liczy się to, ile szczytów dotknęliśmy, lecz ile razy potrafiliśmy się zatrzymać, zanim zrobiło to za nas samo życie.
Ile i jakie wypadki zdarzają się w Tatrach? Weźmy przykładowo cały 2024 rok.
Dojazd w Tatry zwłaszcza w weekendy - albo w sezonie letnim lub zimowym - wiąże się z korkami. Dlatego lepiej jechać wieczorem albo bardzo wcześnie rano. Alternatywą są autobusy, które w ok. dwie godziny dowiozą nas do stolicy Tatr (gdy nie ma korków). Szczegółowe godziny odjazdów na www.mda.malopolska.pl.
Pamiętajcie, że parking na Palenicy trzeba rezerwować ma www.tpn.pl. Cena za dobę zaczyna się od 35 zł, ale gdy w sezonie popyt duży, jest drożej.
tel. 609 001 760
www.schroniskoroztoka.pl
cena: od 95 zł
tel. 781 055 555
www.piecstawow.pl
cena noclegu od 120 zł
Uwaga! W zimowych warunkach letnie czasy ulegają znacznemu wydłużeniu!
Tekst ukazał się w wydaniu nr 07/2025.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze