Z Karoliną Tuszyńską, o przejściu solo 750-kilometrowego szlaku HRP w Pirenejach, rozmawia Magdalena Przysiwek
W 32 dni przeszłaś 750 km Wysokogórskiego Szlaku Pirenejów, czyli Haute Route Pyrénéenne (HRP). To długa i trudna trasa, a szłaś solo. Bałaś się czegoś przed startem?
Najbardziej obawiałam się burzy, ponieważ to szlak wysokogórski trzymający się blisko głównej grani Pirenejów. Brakuje tam miejsc, gdzie można się schować. A Pireneje słyną z tego, że są burzowe. Zawsze sprawdzam prognozę pogody i planuję trasę. Jednak zdarzają się sytuacje, gdy prognoza się nie sprawdzi lub idziesz wolniej niż zakładałaś i burza cię złapie. Na szczęście na HRP to się nie zdarzyło. Miałam jedną sytuację, gdy burza, której nie było w prognozie, postraszyła, ale ostatecznie wszystko skończyło się dobrze. Bałam się też kontuzji. W zeszłym roku przed wyjazdem miałam problem z Achillesem. Kiedyś przydarzyło mi się zmęczeniowe złamanie stopy. Zawsze mam więc obawy, że coś się stanie. Szczególnie na początku szlaku, gdy rezygnacja z wędrówki boli najmocniej.
Szlak nie ma oficjalnego przebiegu. Jak sobie radziłaś z nawigacją?
HRP to połączenie kilku różnych tras, m.in. GR10, GR11, GR12, a także Szlaku Świętego Jakuba. Do tego są odcinki poza szlakami. Kupiłam więc przewodnik i wrzuciłam trasę do aplikacji mapy.com. Miałam jej wersję Premium, ponieważ musiałam korzystać jednocześnie z map kilku krajów – Francji, Hiszpanii i Andory. Na miejscu miałam ściągnięte mapy offline i nawigowałam z telefonu. Najtrudniejsze na HRP jest to, że czasami idziemy znakowanym szlakiem, np. GR10, ale musimy wiedzieć, kiedy z niego zejść, by iść dalej trasą HRP.
Twoja bateria w telefonie dawała radę? Miałaś gdzie ją ładować?
Miałam dwa powerbanki ze względu na loty dronem i tworzenie treści do social mediów. Ale myślę, że osobie nie tworzącej kontentu wystarczyłby jeden plus ładowanie w każdym schronisku, sklepie czy restauracji.
Co oprócz burz i nawigowania w terenie, może przysporzyć trudności na szlaku? Ponoć jest tam sporo psów pasterskich.
Na pewno nie jest to szlak dla początkujących, którzy dopiero zaczynają wędrówkę na długich dystansach. Być może osoba, która przeszła tylko GSB, poradziłaby sobie, bo zawsze znajdą się takie jednostki, jednak myślę, że to trochę za mało. Warto najpierw przejść krótsze zagraniczne szlaki, gdzie spotkamy się z obcym językiem i kulturą, z trudniejszą nawigacją i z większą odległością od cywilizacji. Natomiast słusznie zwróciłaś uwagę, że to właśnie psy pasterskie są na tej trasie bardzo niebezpieczne. Wiedziałam, że na nie trafię, podobnie jak na innych szlakach, ale po raz pierwszy naprawdę się ich bałam. Życie przelatywało mi przed oczami, gdy pies biegł prosto na mnie, a ja czekałam, czy się zatrzyma, czy skoczy do ataku.
Jak się bronić przed psami?
Przede wszystkim trzeba zachować spokój, choć wiadomo, że w takiej sytuacji o to bardzo trudno, szczególnie gdy boimy się psów. A one przecież czują ten nasz strach. Dlatego nie uciekamy i nie patrzymy psu prosto w oczy. Radzono mi, by spokojnym głosem mówić do psa „stop” oraz pokazać wyprostowaną ręką i dłonią znak zatrzymania. Dobrze mieć też gaz, jednak co do jego użycia, mam mieszane uczucia, bo przecież psy wykonują tam swoją pracę. Traktujmy więc jego użycie jako ostateczność. Najlepiej, o ile to możliwe, nie podchodzić do stada owiec. Miałam jednak wiele takich sytuacji, że szlak przebiegał dokładnie tam, gdzie stało stado. Nie było, jak go obejść, bo po obu stronach znajdowały się skarpy. Musiałam więc iść, mimo że już z daleka widziałam stróżujące psy. To było bardzo stresujące. Dwukrotnie pies wystartował do ataku przy pasterzu, zatrzymując się na odległość mojego kija. Za pierwszym razem wcześniej spytałam pasterza, czy mogę przejść. Potwierdził, po czym pies ruszył na mnie.
Pasterz nie zareagował?
Dopiero, gdy zobaczył, że zaczęłam panikować... Oni to bagatelizują, a znam osoby pogryzione przez psy pasterskie w Pirenejach. Inna jest sytuacja, gdy wędrujemy po totalnie dzikich terenach, np. w Gruzji czy Armenii i psy biegają z dala od gospodarstw. Wtedy jest to bardziej zrozumiale, gdy one ruszają do ataku. Natomiast, gdy pasterz jest obok, to powinien mieć kontrolę nad zwierzęciem.
Gdy ruszamy na szlak liczący 750 km, to kwestią zasadniczą jest waga plecaka. Chodzenie na lekko to klucz do sukcesu?
Nie problem zapakować się na chybił trafił i iść z ciężkim plecakiem, ale wtedy nasze kolana, stawy skokowe i plecy mocno obrywają. Jeżeli chcemy robić długie dystanse w komforcie i długoterminowym zdrowiu, to odchudzenie plecaka jest kluczowe.
Najbardziej obawiałam się burzy, ponieważ to szlak wysokogórski trzymający się blisko głównej grani Pirenejów. Brakuje tam miejsc, gdzie można się schować | Fot. Karolina Tuszyńska
By być ultra light, waga bazowa naszego plecaka, czyli bez wody, jedzenia i paliwa, powinna wynosić nie więcej niż 4,5 kg. Jak to zrobić, gdy sam plecak potrafi ważyć ponad 2 kg?
Do 4,5 kg jeszcze nie zeszłam, bo na HRP moja waga bazowa wynosiła 6,5 kg. Ale w Pirenejach spotkałam człowieka z plecakiem lżejszym niż cztery kilo. Spędziłam z nim trochę czasu i podpatrzyłam kilka tipów. Każdy musi sam zadecydować, co jest dla niego ważniejsze – czy niska waga czy dobra luksusowe, rozumiane jako zabranie dodatkowych, dla wielu ultra light’owych świrków zbędnych, rzeczy. Np. ktoś nie ruszy się bez dmuchanej poduszki do spania, a ja wypcham sobie ciuchami worek po śpiworze i to wystarczy. Każdy z nas ma inne potrzeby. Pamiętajmy, taka wędrówka to ma być przyjemność.
...
Dołącz do grona naszych prenumeratorów aby przeczytać tekst w całości.
Pozostało 58% tekstu do przeczytania.
Wykup dostępChcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze