Proponuję Wam nieco inne spojrzenie na Maderę. Owszem, trekkingi w środku wyspy są obowiązkowe dla każdego miłośnika gór. Ale w tym miejscu polecam Wam kajaki, kanioning albo tajemniczy coasteering. Adrenalina gwarantowana, niesamowite wrażenia również.
Startujemy na Maderę z Okęcia rejsowym samolotem Wizz Air. Przy odprawie bezpieczeństwa okazuje się, że mój powerbank nie spełnia standardów. Jest za duży. Inne linie nie miały z tym problemów, ale na pokład węgierskiego przewoźnika go nie wniosę. Mogę podrzucić sprzęt panom ze straży granicznej albo raz jeszcze odbyć odprawę, tym razem odpłatną na fast tracku. Tu niedozwolone rzeczy w bagażu lotniczym można odesłać do domu, korzystając z paczkomatu, którego na Okęciu zupełnie się nie spodziewałem.
Cała procedura z ponowną odprawą i wysyłką się przeciągnęła, więc prosto z bramek do wykrywania metali biegnę do innej bramki, czyli gejtu. Mam szczęście, że zdążyłem. W samolocie siadam obok Piotra Dróżdża, redaktora naczelnego „Gór”, który podczas pięciogodzinnego obrabia zdjęcia. Ja korzystam z okazji i pochłaniam połowę książki „Aglo” Zbyszka Rokity. Z podróży zapamiętam jeszcze gorzką czekoladę z Wawelu, która świetnie komponuje się z dobrym koniakiem.
Pokonujemy prawie 4 tysiące kilometrów. Na horyzoncie najpierw pojawia się Porto Santo, a następnie Madera. Pilot obniża maszynę na tyle nisko, że mam wrażenie, iż będziemy wodować. Nic dziwnego, droga startowa i lądowania, zawieszona na filarach, wznosi się raptem 59 metrów nad poziomem morza.
Najbliższe dni będą intensywne. Program obejmuje skoki do wody z klifów, wycieczkę na górskich rowerach elektrycznych, wycieczkę kajakową po oceanie, kanioning i trekking z widokiem na najwyższe szczyty Madery. Czas na tej wyspie można spędzić bardzo aktywnie.
Zastanawiacie się co to takiego? Mówiąc najprościej to rodzaju sportu, polegający na eksploracji skalistego wybrzeża. Łączy pływanie, wspinaczkę po skałach, skoki do wody z klifów oraz wędrówki w tzw. strefie pływów. Nie używa się łodzi czy desek surfingowych. Trzeba się tylko wbić w piankę neoprenową i założyć obuwie z tego samego materiału. Woda jest bowiem dość ciepła i kilku godzin bez pianki nie dalibyśmy rady. Obowiązkowa jest także kamizelka ratunkowa.

Pierwszy mój skok jest trochę niepewny, ale z każdym następnym strach okazuje się mniejszy. Coraz łatwiej oswajam się również z wysokością. Niby to nic nadzwyczajnego – skaczemy z brzegu, płyniemy w oceanie do następnego miejsca, wychodzimy na brzeg i skaczemy ponownie – i tak kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt razy. Jednak to bardzo wyczerpująca aktywność, choć pełna frajdy i dodatkowo z gwarancją gruntownego płukania zatok. Po pokonaniu 700 metrów nasz opiekun wyciąga z puszki batony energetyczne. Nic specjalnego, jednak KitKat nigdy tak mi nie smakował.
Po prawie trzech godzinach kończymy. Niemal skonani z trudem wracamy pod górę na parking i zdejmujemy ciężkie i mokre kombinezony. Chwilę później regeneracja w kameralnej restauracji serwującej dania z ryb i owoców morza przynosi ulgę.
Rodzinnie bardzo lubimy kajaki. Dlatego propozycja spróbowania tego sportu na otwartym oceanie bardzo mnie ucieszyła.
Jest piękny, słoneczny dzień, a temperatura szafirowej wody nawet na chwilę nie odstrasza. Spokojne fale, wiatr we włosach i delikatna bryza - wiosłowanie w tandemie w takich warunkach to naprawdę przyjemność, a nawet mała ekscytacja. Płyniemy wśród strzelistych klifów, a naszym celem jest kamienista plaża (nieliczne piaszczyste mają piasek importowany z Maroka). Dlatego desant wymaga małej ekwilibrystyki, aby bezpiecznie wyjść na suchy ląd.

Odpoczywamy więc na kamieniach, mając widok oceanu tylko dla siebie. Można bez końca wpatrywać się w otchłań i chłonąć szum fal. Trzeba jednak pamiętać, że powrót do cywilizacji wiedzie tą samą drogą. Co zatem idzie, nie możemy siedzieć tu za długo. Sprzyjające prądy muszą nam pomóc bezpiecznie wrócić do mariny. Piszę o tym nie bez kozery. Powrót okazuje się zdecydowanie trudniejszy, bo korzystne warunki diametralnie się zmieniły. Ale gdy trzeba walczyć z wiatrem i falami, to satysfakcja po zakończeniu eskapady jest o wiele większa.
Kanioning to atrakcja, którą warto zaplanować wręcz o świcie. Jakby tego było mało, z poziomu 30 m n.p.m. przenosimy się błyskawicznie na wysokość 1400 m n.p.m. Temperatura odczuwalna spada zatem o prawie 20 stopni Celsjusza. Do tego mgła, wilgoć i znowu kombinezony neoprenowe na ciele. Jak widać, ten sport wymaga poświęceń.
Dwóch sympatycznych przewodników instruuje nas z alpinistycznych podstaw, czyli jak założyć uprząż, zapiąć karabinek oraz dodatkowo - jak poruszać się w strumieniu górskim. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Nie dość, że nie zdążyłem tego ranka wypić espresso, od którego jestem uzależniony, to za chwilę będę mierzył się z siłami natury i lodowatym górskim strumieniem.

O dziwo, obowiązkowy zimny prysznic w naprawdę lodowatej wodzie stymuluje wyrzut endorfin. Może mogłoby być ich więcej, ale nie będę narzekał. Dodatkowych emocji dodaje bowiem kilka mostów linowych, na których są zejścia z pełną asekuracją i zjazd na tyrolce. Finał zazwyczaj w zimnej wodzie. Cała przygoda trwa okoóo dwóch godzin.
Na parkingu z radością zakładam suche ubranie i szukam w plecaku cukru w formie mocno skondensowanej. Teraz można się przenieść w strefę, gdzie rosną banany i można chodzić w krótkich spodenkach.
Celowo nie pisałem w tym miejscu o klasycznych górskich trekkingach. Chciałem Wam bowiem pokazać, że Madera to miejsce, w którym jednego dnia marzniesz w górskim potoku, a kilka godzin później siedzisz nad oceanem i nie chcesz wracać do szarej Polski. Trudno uwierzyć, że na wyspie nieznacznie większej od Tatr, czekają nas na przygody, które pamiętać będziemy na zawsze.
Wszyscy wiedzą, że Madera nazywana jest krainą wiecznej wiosny. Ale warto o tym przypominać, bo temperatura jest tu zawsze optymalna – około 18-20 stopni Celsjusza. Do tego wspomnę wyspiarskie jedzenie: ryby, owoce morza i warzywa, Madera, choć leży na wysokości Sahary, jest bardzo zieloną wyspą bez problemów z dostępnością do wody pitnej. Można tego samego dnia oglądać ośnieżone szczyty i chwilę później opalać się na plaży. Idealne miejsce do ucieczki w okresach przejściowych naszego klimatu.

Tekst ukazał się w wydaniu nr 3/2026
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze