Wolf Trail Baltic – 90 km trekkingu wzdłuż polskiego wybrzeża


Silny wiatr, słony osad na twarzy i piasek, który będzie jedynym namacalnym dowodem tej wędrówki - to wszystko przede mną. Stoję na starcie Wolf Trail Baltic w okolicach Orzechowa koło Ustki. Przed nami niemal 90-kilometrowy marsz wzdłuż polskiego wybrzeża, aż do latarni morskiej Stilo w Osetniku.


 

Wolf Trail Baltic. Przygoda nie pyta o wysokość 

 

Silny wiatr, słony osad na twarzy i piasek, który będzie jedynym namacalnym dowodem tej wędrówki - to wszystko przede mną. Stoję na starcie Wolf Trail Baltic w okolicach Orzechowa koło Ustki. Przed nami niemal 90-kilometrowy marsz wzdłuż polskiego wybrzeża, aż do latarni morskiej Stilo w Osetniku.

 

Zdjęcia Rafał Kotylak

 

Nie ma tu numerów startowych, pistoletu sygnalizującego rozpoczęcie marszu ani nerwowego zerkania na zegarek w pogoni za wynikiem. Jest za to coś, co w dzisiejszym świecie staje się towarem deficytowym - droga sama w sobie. Poprawiam więc paski przy plecaku i łapię głębszy oddech. Wraz z pięćdziesiątką uczestników oficjalnie inaugurujemy polski odcinek Wolf Trail, autorski projekt stworzony przez markę Jack Wolfskin. 

 

Prawie 3,5 tysiąca kilometrów na liczniku

 

To 3493 km trasy łączącej Bałtyk z Adriatykiem, zszytej z legendarnych szlaków jak E1, E9 czy Via Alpina w jedną, ciągłą drogę dla thru-hikerów. Szlak, który przebiega przez sześć krajów - Polskę, Niemcy, Austrię, Szwajcarię, Włochy i Słowenię - nie tyle się „zalicza”, co „doświadcza”: własnych granic, zmieniających się krajobrazów i warunków pogodowych. Można wejść na niego „na chwilę” wybierając jeden etap albo podążać nim dalej, przez kolejne kraje w formie wielomiesięcznej wędrówki. 

Nikt w naszym gronie nie ma żadnej taryfy ulgowej. Na Wolf Trail Baltic nie jesteśmy grupą turystów - jesteśmy watahą. I choć idziemy ramię w ramię, to każdy z nas ma swój powód, dla którego się tu znalazł. Jedni szukają wyzwania, inni ciszy, jeszcze inni po prostu chcą sprawdzić, co się stanie, kiedy ich jedynym zadaniem będzie po prostu iść. Przez cztery dni nasze życie będzie sprowadzone do najprostszych instynktów: maszerować, oddychać, jeść i regenerować siły. I choć logistyka na Wolf Trail Baltic jest dopracowana w najdrobniejszym szczególe, od gotowych baz noclegowych po ciepłe posiłki i wsparcie techniczne, to wciąż to my sami musimy postawić każdy z wielu tysięcy kroków przez piaszczyste wydmy i leśne ścieżki. 

To nie jest wyścig o podium. To próba sprawdzenia siebie na tak długim szlaku. To pierwszy kontakt z formułą, która zamiast wyniku proponuje coś znacznie trudniejszego do zmierzenia: cztery dni ruchu, zmieniającego się krajobrazu i konfrontacji z własnym ciałem. Bo na Wolf Trail Baltic dystans jest tylko tłem. 

 

Dzień zero. Sopot

 

Zanim poczujemy pierwsze kilometry w nogach, kemping w Sopocie staje się dla nas bazą operacyjną, w której chaos towarzyszący rejestracji miesza się z ekscytacją. Przyjeżdżam do Sopotu dość wcześnie. Wydawanie pakietów zaczyna się dopiero o godzinie 15. Na miejscu witają mnie Karolina i Adam, przedstawiciele marki Jack Wolfskin, którzy trzymają stery tej logistycznej machiny. Mojego redakcyjnego partnera Rafała Kotylaka, który przez najbliższe dni będzie pełnić funkcję fotografa tego wydarzenia, jeszcze nie ma. Zamiast więc bezczynnie czekać, rzucam plecak w kąt i zabieram się do czegoś pożytecznego.

- Mamy lekką obsuwę, ale damy radę - rzuca Karolina, uśmiechając się znad kartonu z gadżetami. 

Wchodzę w to. Przez następną godzinę pomagam pakować pakiety powitalne. To dobra okazja, by poczuć atmosferę wydarzenia od kuchni. 

Chwilę później na kempingu pojawiają się pierwsi uczestnicy. Reprezentują niemal każdy zakątek Polski, ale szybko okazuje się, że Wolf Trail Baltic przyciągnął chętnych również z Niemiec, a nawet dalekiej Kanady. Pierwsze uśmiechy i uściski dłoni. Każdy zostaje zaobrączkowany specjalną opaską, co ostatecznie przypieczętowuje przynależność do wilczej watahy. Zasady są proste: organizator zapewnia namioty, ale ich rozstawienie i codzienne składanie leży już całkowicie po stronie piechurów. Taki pierwszy przedsmak obozowej dyscypliny. 

W końcu dociera Rafał. Siadamy na chwilę, by przy kawie ustalić nasz plan pracy na najbliższe dni. Jako redakcyjny duet musimy być tam, gdzie dzieje się najwięcej, a jednocześnie nie zgubić ducha samej wędrówki. O 19 siadamy wszyscy do wspólnej kolacji. To pierwszy moment, kiedy wataha jest w komplecie. Gwar rozmów cichnie dopiero wtedy, gdy zaczyna się oficjalna odprawa. Adam przedstawia plan na nadchodzące dni, konkretne dystanse i punkty trasy. 

Potem głos zabiera nasz lider Tomek, dorzucając kilka uwag o tym, czego możemy się spodziewać na szlakach. Po oficjalnej części część uczestników zostaje przy stole by nacieszyć się integracją, ale spora grupa, w tym i ja, kładzie się spać szybciej niż zwykle. Jutro ruszamy to raz, a dwa - perspektywa bałtyckiego wschodu słońca kusi na tyle mocno, by wstać przed oficjalną pobudką.

 

Dzień 1. Okolice Orzechowa koło Ustki - Smołdziński Las - 23 km

 

Pobudka o piątej rano nie przeraża tak bardzo, kiedy w oddali słychać szum morza. Całkiem spora grupa zaspanych, ale uzbrojonych w aparaty i telefony członków wilczej watahy gromadzi się na plaży. Wspólnie stwierdzamy, że spektakularny wschód słońca jest wart wcześniejszego wstania i staje się najlepszym możliwym wstępem do tego, co czeka nas na szlaku. 

O godzinie 6.30 już spakowani i ze zdanymi namiotami, meldujemy się w recepcji. Po szybkim śniadaniu, wsiadamy do autokaru, który przewiezie nas na miejsce startu - w okolice Orzechowa koło Ustki. W pojeździe panuje atmosfera rodem z kolonii dla dorosłych, tyle że w wydaniu outdoorowym. 

- Słuchajcie, ma ktoś zapasową szczoteczkę do zębów? Tylko nową! Moja została w domu - pada pytanie z tyłu autobusu, wywołując salwy śmiechu. 

- Ja mam zapas leków na przeziębienie i krople do oczu. Szczoteczki nie zastąpią, ale mogą pomóc w innych dolegliwościach - odpowiada ktoś inny. 

Około dziesiątej docieramy na start Wolf Trail Baltic. Gdy wysiadamy, poznajemy Michała, lokalnego przewodnika, który będzie nam towarzyszył przez najbliższe dwa dni. Krótka odprawa, plecaki na plecy i ruszamy przed siebie, by eksplorować najciekawsze zakamarki wybrzeża. 

Największe wrażenie robią na nas tutejsze klify, aktywne urwiska, które potrafią cofać się w głąb lądu nawet o kilkadziesiąt centymetrów rocznie na skutek niszczycielskiej siły fal. Widok na ściany opadające pionowo w dół z wysokości blisko 30 metrów robi wrażenie. Dalej ścieżka biegnie głównie lasem, pozwalając nam co chwilę spoglądać na błękitną otchłań Bałtyku. Szlak doprowadza nas w końcu do Rowów. Latem to miasteczko tętni życiem, ale teraz poza sezonem, sprawia wrażenie niemal wymarłego. W tym sennym krajobrazie, w umówionym miejscu, czeka na nas Adam. Jego oznakowany logo Wolf Trail samochód to dla nas najlepsza nagroda po pierwszych kilometrach marszu. Jest wypełniony po brzegi napojami, owocami i słodkimi przekąskami, co pozwala nam błyskawicznie uzupełnić kalorie. 

Wchodzimy na teren Słowińskiego Parku Narodowego. Trasa prowadzi teraz przez tereny wokół potężnych akwenów. Mijamy Jezioro Gardno, a następnie Dołgie Małe i Dołgie Wielkie. To pierwsze to prawdziwa perełka: bezodpływowe, niezwykle czyste i otoczone gęstym lasem. Wygląda jak lustro zagubione w dziczy. W końcu docieramy na kemping w Smołdzińskim Lesie i choć w nogach czuć już pierwsze kilometry, to zmęczenie przegrywa z satysfakcją. Pokonany dziś dystans - 23 km - jest dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy na otwarcie.

Do kolacji mamy czas wolny, który każdy wykorzystuje na regenerację. Kemping zamienia się w strefę zasłużonego relaksu. Część ekipy z błogimi minami rozgrzewa się w saunie, część moczy się w gorącej balii, podczas gdy inni trafiają pod cudowne ręce masażystki Patrycji. 

- To jest ten moment, w którym przestajesz czuć zmęczenie, a zaczynasz czuć, że żyjesz – mówi do mnie jeden z uczestników wychodząc z masażu.

Dzień kończymy mocnym akcentem. Nasz lider Tomek opowiada o swojej wyprawie w wysokie góry Pakistanu. Potężna dawka wiedzy, inspiracji i wspaniałych wysokogórskich widoków sprawia, że dzisiejsze zmęczenie staje się już tylko wspomnieniem. Spotkanie domykamy przy wspólnym ognisku.

 

Dzień 2. Pętla wokół Smołdzińskiego Lasu - 20 km

 

Noc jest wyjątkowo chłodna. Poranna rosa gęsto osiada na namiotach, a lodowate powietrze, które wdarło się do środka zaraz po rozsunięciu suwaka, nie pozostawiło żadnych złudzeń… To będzie rześki start! Wizja gorącej herbaty działa na nas niemal magnetycznie. Przy śniadaniowych stołach szybko wracają uśmiechy i energia. Punkt dziewiąta wataha wyrusza na szlak. Dzisiejszy etap ma nieco inny charakter: zamiast pakowania całego obozowiska i marszu do kolejnej bazy, czeka na nas pętla wokół najciekawszych atrakcji okolicy z obowiązkową wizytą na plaży. Fakt, że wieczorem wracamy na ten sam kemping, jest ogromną ulgą. Namioty zostają na miejscu, a uczestnicy ruszają na szlak bez zbędnego balastu. 

Zanim jednak piach wsypie się nam do butów, zatrzymujemy się w Muzeum Słowińskiego Parku Narodowego w Czołpinie. Mieści się ono w odrestaurowanej Osadzie Latarników, a znajdująca się w nim ekspozycja w ciekawy sposób łączy historię z nowoczesnością. Dzięki multimedialnym stanowiskom poznajemy sekrety tutejszej fauny i flory oraz historię powstania parku. Z kolei poddasze w całości poświęcono historii latarnictwa, prezentując dawne przyrządy nawigacyjne i optyczne. Z bagażem nowych informacji ruszamy w kierunku plaży, by skonfrontować teorię z naturą. Po krótkim marszu brzegiem morza docieramy do zatopionego lasu, czyli miejsca, gdzie z piasku „wyrastają” poczerniałe pnie drzew.

- To nie są zwykłe pniaki i korzenie. To szczątki prastarej puszczy bukowo-dębowej sprzed 3000 lat – tłumaczy Michał. Las najprawdopodobniej uległ pożarowi, a jego pozostałości zostały pochłonięte przez morze i przykryte piaskiem. Dzisiejsza abrazja paradoksalnie odsłania to co ukryte, pozwalając nam maszerować między tymi antycznymi kolumnami natury. 

Rafał natychmiast wyciąga aparat, martwe pnie w kontraście z wodami Bałtyku tworzą kadry, które nie wymagają filtrów. Kiedy w końcu schodzimy z plaży, kierujemy się w stronę wyznaczonego pit-stopu. To tam czeka na nas Adam w swoim wilczym wozie. Dbając o to, by nikomu nie zabrakło wody, jedzenia czy po prostu dobrego słowa. Zostaje oficjalnie i jednogłośnie mianowany obozowym tatą. Do bazy w Smołdzińskim Lesie docieramy przed 17. Pokonany dziś dystans nie jest ekstremalny, ale i tak wysysa z nas trochę energii. 

Gdy słońce zaczyna chować się za linią lasu, w naszej bazie pojawia się gość specjalny - Michał Figura, członek Stowarzyszenia dla Natury Wilk i jeden z czołowych ekspertów od tych drapieżników w Polsce. Słuchając opowieści o niesamowitej wytrwałości wilków, mimowolnie zaczynamy szukać analogii do naszej watahy Wolf Trail Baltic. Dzień zamykamy przy wspólnym ognisku planując kolejny etap i tym samym potwierdzając gotowość na kolejne kilometry wspólnego marszu.

 

Dzień 3. Smołdziński Las – Łeba - 28 km

 

Z błogiego snu wyrywa nas dźwięk zbiorowych powiadomień. To nie budziki, a alert RCB: „Uwaga! Dziś bardzo silny wiatr. Unikaj otwartych przestrzeni”. Chwilę później na grupie założonej na komunikatorze pada krótkie pytanie: czy ktoś ma pożyczyć czapkę? To jasny sygnał, że mimo ostrzeżeń nikt nie zamierza zostawać w namiocie. I rzeczywiście, poranek jest lodowaty. Sytuację ratuje Karolina, która zapobiegawczo rozdała wieczorem dodatkowe śpiwory. Mimo zimna harmonogram jest żołnierski: o siódmej śniadanie, trzy kwadranse później zdanie namiotów, a o ósmej wyjście na szlak. Przed nami 28 km do Łeby.

Warunki są wymagające. Porywy wiatru, które osiągają prędkość do 70 km/h, zamieniają naszą trasę w poligon. Najpierw mierzymy się z Wydmą Czołpińską. To najwyżej położony punkt na naszej trasie, wznoszący się ponad 50 m n.p.m. Piasek ucieka spod nóg przy każdym kroku, a wiatr spycha nas z krawędzi. To właśnie tutaj widać potęgę ruchomych piasków, które pod wpływem wiatru potrafią się przemieszczać o kilka metrów rocznie, zasypując okoliczne lasy. Przy takim wietrze wdrapanie się na grzbiet wydmy przypomina nierówną walkę, ale panorama Bałtyku, którą dostajemy w nagrodę, jest tego warta. 

Po zejściu z Czołpińskiej czeka nas długi, kilkunastokilometrowy odcinek marszu brzegiem morza. Wiatr wciąż nie odpuszcza, a huk fal niemal zagłusza rozmowy. Ślady na piasku są rozwiewane niemal natychmiast, jakby wiatr chciał zetrzeć dowody naszej obecności. Przed samą Łebą nawigacja kieruje nas na Wydmę Łącką. To prawdziwy finał dzisiejszych zmagań. Choć geograficznie wierzchołek jest niższy niż Wydmy Czołpińskiej, to właśnie Łącka robi na każdym z nas najbardziej spektakularne wrażenie. 

Ta potężna góra piachu jest najwyższą, ruchomą wydmą w Słowińskim Parku Narodowym. Jej wysokość jest zmienna, w zależności od kaprysów wiatru waha się od 30 do ponad 40 metrów, a cała ta masa piasku przesuwa się w stronę Łeby, bezlitośnie zasypując wszystko, co stanie jej na drodze. Wdrapujemy się na jej grzbiet, a wiatr zgodnie z ostrzeżeniami RCB, tnie nasze twarze z bezlitosną precyzją. Tym samym stajemy się częścią krajobrazu, który za rok przy podobnym wietrze będzie wyglądał już zupełnie inaczej. Chwila zadumy i ruszamy dalej w kierunku dzisiejszej bazy. Marsz przy takim naporze powietrza, gdzie każdy krok na piaszczystym wzniesieniu wymaga ogromnego wysiłku, to prawdziwy test charakteru. Niestety, trasa zbiera żniwo. Po zejściu z wydm jedna z uczestniczek naciąga ścięgno. Wataha jednak trzyma się razem i wspólnymi silami wszyscy docieramy do celu. 

Na kempingu trwa już Wolf Trail Base Camp - otwarte wydarzenie, które przyciągnęło nie tylko uczestników, ale i mieszkańców oraz turystów. Adrenalina powoli opada, a jej miejsce zajmuje wilczy głód. Baza tętni życiem. Zapachy z foodtrucków mieszają się z dymem z ogniska. Muzyka na żywo i DJ nadają wieczorowi rytm, przy którym nawet zmęczone nogi wydają się lżejsze. 

Zagaduję Yegora, Białorusina mieszkającego w Polsce. Kiedy opowiada, że pierwszym czasopismem, jakie kupił po przyjeździe, by szlifować język, był magazyn „Na Szczycie”, serce rośnie. To najlepszy dowód na to, że pasja do gór nie zna barier językowych, a nasza praca staje się dla kogoś pierwszym kontaktem z polskimi szlakami. Dzień kończymy tańcami i zasłużonym chillem. Alert RCB swoje, a wataha swoje. Przed nami ostatnia noc w namiotach.

 

Dzień 4. Łeba – Latarnia Morska Stilo - 17 km

 

Codzienna rutyna wchodzi nam w krew. Rankiem wszystko idzie jak w szwajcarskim zegarku. Zanim jednak pożegnamy Łebę na dobre, kierujemy się do centrum na śniadanie – zapach świeżego pieczywa z lokalnej piekarni przyciąga jak magnes. Po chwilowym rozleniwieniu ruszamy w stronę Latarni Morskiej Stilo.  Przed nami finałowe 17 km marszu. 

Trasa prowadzi dziś przez malownicze bory nadmorskie Rezerwatu Mierzeja Sarbska. Po wczorajszych zmaganiach z wiatrem i otwartą przestrzenią, dzisiejsza wędrówka wśród sosen wydaje się kojącym spacerem. Po kilku godzinach spokojnej wędrówki zza drzew wyłania się charakterystyczna stalowa sylwetka latarni. To unikat, bowiem jej konstrukcja składa się z gotowych, żeliwnych płyt skręconych śrubami, co nadaje nieco industrialnego charakteru. 

To właśnie tutaj nasza przygoda oficjalnie dobiega końca. Chwila pożegnania ma w sobie coś podniosłego. Jesteśmy zmęczeni, niektórzy walczą z kontuzjami, ale w oczach każdego widać tę samą dumę. Wracając autobusem do Sopotu wciąż myślami jesteśmy na szlaku. Wolf Trail Baltic 2026 zostanie w nas długo w formie wspomnień, nowych przyjaźni i piasku, który przez najbliższe dni będziemy wytrzepywać z ubrań. Wataha wraca do domów, ale nie powiedziała ostatniego słowa.

 

To jest wyzwanie

 

Za mną blisko 90 km marszu i niezliczona liczba spalonych kalorii. Udział w Wolf Trail Baltic pokazał mi, że polski rynek outdoorowy ma też inne oblicze, które wcale nie musi mieć górskich szczytów w tle. Choć zwykle szukam wyzwań na wysokościach i skalnych graniach, to ta nadmorska wyprawa udowodniła mi, że poziom morza może być równie ekscytujący i wymagający, co tatrzańskie podejścia. Walka z żywiołem na otwartych przestrzeniach Słowińskiego Parku Narodowego to test charakteru, którego nie powstydziłby się żaden górski wędrowiec.

 

Wracam z przekonaniem, że przygoda nie pyta o wysokość nad poziomem morza, tylko o gotowość do wyjścia ze strefy komfortu. Nadmorskie szlaki mnie zachwyciły i udowodniły, że nizinna wyprawa może dostarczyć równie mocnych wrażeń. Wataha pokazała siłę i charakter, stając się najlepszym dowodem na to, że Wolf Trail to coś znacznie więcej niż kreska na mapie łącząca kraje. To przestrzeń, w której zamiast z czasem, mierzysz się z samym sobą i surowym pięknem natury. Prawdziwa wędrówka zaczyna się tam, gdzie kończą się oczekiwania, a zaczyna czysta radość z każdego postawionego kroku.

 

Wolf Trail Batlic oczami uczestników

 

  • Marek, 33 lata: To jedna z ciekawszych przygód, jakich doświadczyłem w życiu. Dziesiątki kilometrów wzdłuż Bałtyku, wydmy, które zrobiły na mnie piorunujące wrażenie i jedne z piękniejszych lasów, jakie widziałem. To coś, czego długo nie zapomnę. 
  • Zuzanna, 37 lat: Do tej pory na długie wyprawy wybierałam góry, jednak w ostatnich dniach zakochałam się w nadmorskich szlakach. Dzięki Wolf Trail Baltic poznałam wielu wspaniałych ludzi, którzy stworzyli niezwykłą atmosferę podczas wędrówki. 
  • Łukasz, 37 lat: Na co dzień pochłania mnie praca i rodzina, więc Wolf Trail Baltic był dla mnie genialną odskocznią w naturze, którą kocham. Dzięki fantastycznym ludziom i świetnej atmosferze na trasie, mogłem całkowicie odciąć się od spraw bieżących i naładować baterie. Całość dopełniła wzorowa organizacja, która w połączeniu z tak zgraną ekipą sprawiła, że to była przygoda na najwyższym poziomie.
  • Karolina, 33 lata: Wolf Trail Baltic to była przestrzeń, w której mogłam wyrwać się z codzienności i naprawdę postawić na siebie. Poznałam wielu ludzi, którzy stworzyli zgraną, pełną dobrej energii grupę. Kilometry wspólnej drogi i rozmów pokazały mi, jak wiele daje otwartość i spotkanie z drugim człowiekiem. 
  • Yegor, 36 lat: Od dawna chciałem spróbować przejść długodystansowy szlak, ale ciągle brakowało czasu. Na Wolf Trail Baltic poznałem ludzi o podobnym podejściu do życia i spojrzeniu na świat. To wydarzenie to nie tylko przejście z punktu A do punktu B, ale przede wszystkim poszukiwanie siebie i inspiracja do kolejnych przygód. 
  • Agnieszka, 39 lat: Wyjazd na Wolf Trai Baltic był dla mnie wyjątkowym doświadczeniem. To był mój pierwszy w życiu czterodniowy trekking z plecakiem oraz pierwsze nocowanie w namiocie w takich warunkach. Odkryłam zupełnie nowy, piękny fragment wybrzeża, który wcześniej nie był mi znany. Jestem zachwycona zarówno organizacją, jak i ciekawymi prelekcjami. Ten wyjazd zainspirował mnie do kolejnych podróży, dodał pewności siebie i pozwolił poznać wiele ciekawych osób. 
  • Łukasz, 43 lata: Organizatorzy zaprosili na szlak przeróżnych ludzi. Od takich co w namiocie ostatnio spali 10 lat temu, po takich co przeszli Camino de Santiago z Polski do Hiszpanii oraz instagramowych wyjadaczy. Dzięki wspaniałej organizacji i cudownej atmosferze, udało się stworzyć prawdziwą wilczą watahę. 
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 23/05/2026 10:00

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się