Reklama

Alex Honnold na Taipei 101 – gdy wspinaczka staje się reality show


Zdarzyło mi się zarywać noce dla wielu dyscyplin – od koszykówki, przez piłkę nożną i hokej, po niszowe konkurencje w czasie igrzysk olimpijskich. Za sprawą Alexa Honnolda do tej listy dołączyła wspinaczka. Zapewne nie jest w tym odosobniony, gdyż – jeśli czytacie te słowa – to zapewne także śledziliście zmagania Alexa z Taipei 101 na Tajwanie.


 

Nie umawialiśmy się na Big Brothera: Alex Honnold na Taipei 101 | Pieprz i Bazylia

 

Tekst Andrzej Bazylczuk

 

Wspinaczki bez zabezpieczenia na drapacze chmur nie są czymś specjalnie nowym. Osiągnięcia na tym polu mają przecież także Polacy, w tym Dawid Kaszlikowski czy Marcin Banot. Natomiast niekwestionowaną legendą urban climbingu jest Alain Robert, który „szklane góry” zdobywał już w połowie lat 90. ubiegłego wieku. W przeciwieństwie do Honnolda Francuz znany jako Człowiek Pająk działał w partyzanckim stylu. Jego wejścia obserwowali przypadkowi przechodnie, a na szczycie zamiast kochającej żony czekała policja. Uciekał się też do akcji dywersyjnych. Gdy w czerwcu 1999 roku mierzył się z warszawskim Marriottem, grupa osób miała zrobić zamieszanie i odwrócić uwagę funkcjonariuszy oraz ochroniarzy. Niezbyt się to udało, ponieważ Francuza zatrzymano. Atak ponowił dzień później – tym razem już skutecznie.

Reklama

Wraz z rosnącą popularnością Roberta rekiny marketingu zwęszyły pieniądze i obok działań konspiracyjnych pojawiły się także pozwolenia oraz umowy sponsorskie. Co ciekawe, na liście wyczynów Francuza było także wejście na Taipei 101 w 2004 roku. Między godziną 2 a 4 w nocy moje zdolności poznawcze nie są na najwyższym poziomie, więc coś mogło mi umknąć. Wydaje mi się jednak, że podczas transmisji z wejścia Honnolda nie wspomniano ani razu o tym, że 22 lata wcześniej podobnego wyczynu dokonał Spider-Man znad Sekwany.

Reklama

Wróćmy jednak do stycznia 2026 roku, gdyż pod wieloma względami było to coś zupełnie nowego. Wprawdzie świetny dokument „Free Solo” z 2018 roku o zmaganiach Alexa Honnolda ze słynną drogą The Nose na El Capitan w dolinie Yosemite był nagrywany, to jednak nie miał transmisji na żywo na najpopularniejszej platformie streamingowej. To wciąż był też pojedynek człowieka ze skałą, a Alex mógł ruszyć wtedy, gdy poczuje, że to właściwy moment. Na Tajwanie atmosfera przypomniała sportowe wydarzenie z setkami kibiców na miejscu i milionami przed ekranami oraz ekspertami komentującymi każdy ruch. Honnold nie mógł sobie pozwolić na czekanie na natchnienie, gdyż dzień i godzina były ściśle wyznaczone. Wprawdzie wydarzenie przesunięto o dobę z powodu deszczu, ale tak czy siak musiał wbić się w bardzo sztywne ramy.

Reklama

Powstało więc dość egzotyczne połączenie, ponieważ z jednej strony mieliśmy oprawę rodem z wydarzeń sportowych, a z drugiej wspinaczkę w stylu free solo, gdzie nie ma miejsca na błąd. Swoją drogą ciekawe, jaki scenariusz miał przygotowany Netflix, gdyby coś poszło bardzo źle. Natychmiast zakończono by transmisję, czy może dostalibyśmy dziesiątki powtórek feralnego momentu i wywiad ze szlochającą żoną i przyjaciółmi. Mam nadzieję, że żaden chory umysł nie wpadł na tę drugą opcję.

Zresztą dość szybko okazało się, że tylko jakiś wyjątkowo fatalny przypadek może sprawić, że Alex nie dotrze szczęśliwie na szczyt. Sam złapałem się na tym, że początkowe nerwy i ekscytację zastąpiła... nuda. Kolejne powtarzalne momenty zdominowały 2-godzinną transmisję i głównie kronikarski obowiązek powstrzymywał mnie przed przełączeniem na mecz moich ulubionych Detroit Red Wings. W zasadzie między pierwszymi 10 minutami i końcowymi fragmentami wspinaczki najciekawsze były reakcje Sanni – żony Alexa. To ona najbardziej przeżywała to, co działo się na ścianie wieżowca. Tyle że moim zdaniem nie powinniśmy tego w ogóle oglądać.

Reklama

Nie chcę moralizować i oceniać Alexa Honnolda za to, że mając rodzinę ryzykuje życiem. Nie będę też krytykował Netflixa za pokazywanie czegoś, co może skończyć się tragedią i popularyzowanie najbardziej ryzykownego sposobu walki z grawitacją. Powstrzymam się też od lamentowania nad komercjalizacją i obdzieraniem wspinania z romantyzmu. Ale jednak udział Sanni to coś, co mi się zdecydowanie nie podobało. Obok zmagań zawodowego sportowca mieliśmy bowiem zwykłą dziewczynę z jej emocjami transmitowanymi na żywo do tysięcy domów. Panie Netflix, umawialiśmy się na wspinaczkę, a nie Big Brothera...

Reklama

 

Aplikacja magazynnaszczycie.pl

Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś koniecznie zainstaluj naszą aplikację, która dostępna jest na telefony z systemem Android i iOS.


Aplikacja na Androida Aplikacja na IOS

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 26/01/2026 18:28
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo magazynnaszczycie.pl




Reklama