Pisząc felietony do drukowanego miesięcznika zawsze jestem spóźniony na imprezę. W dobie internetu wydarzenia żyją krócej niż jętki i kiedy trafia do Was nowe „Na Szczycie”, to temat będący niedawno na topie, zostaje dawno zapomniany. Są jednak wydarzenia ponadczasowe jak to, że zejście z Morskiego Oka pokonało turystów. ZNOWU!
Tekst Andrzej Bazylczuk
Przeczytaj nowe e-wydanie Magazynu Na Szczycie
Kiedy jakąś dekadę temu pisałem o turystach wzywających policję, ratowników i Batmana, żeby zwieźli ich z Morskiego Oka, wydawało się to wydarzeniem bez precedensu. Tymczasem chyba działa jakiś spisek, gdyż to, że po zmianie czasu szybciej zapada zmrok, a zimą bywa zimno okazuje się szokiem dla coraz liczniejszych mas turystów. Czasem mamy nawet kilka takich sytuacji jednej zimy. Może więc za rok już we wrześniu w ciemno napiszę tekst o kolejnym takim przypadku. Gdy faktycznie do niego dojdzie, to nie tylko nie będę spóźniony, ale wręcz wydam się jasnowidzem!
A nie mam żadnych wątpliwości, że do niego dojdzie. Rozumiem, że akurat najpopularniejsze górskie jezioro w Polsce to miejsce, gdzie można trafić przez przypadek. Tylko jakim cudem przypadkiem trafiają tam jednocześnie całe chmary ludzi? Tym razem – w połowie listopada - było to około 30 dusz uznających, że nie dadzą rady zejść o własnych siłach, bo jest ciemno, zimno i daleko.
Szczerze mówiąc, gdybym do złażenia tym szlakiem miał dobrać jeden przysłówek, to stawiałbym na „nudno”. Pewnie adidasy na nogach to całkiem niezła recepta na ową nudę, ale wciąż wydaje się, że nie czynią z Morskiego Oka Orlej Perci. Ciemność też nie jest wielkim problemem w czasach, gdy wszyscy noszą w kieszeni ustrojstwo, które po jednym kliknięciu potrafi czarodziejsko rozpędzać mrok.
Najbardziej dziwi mnie to, że ludzie nie tylko nie uczą się na błędach innych, ale wręcz dążą do ich powielania. Gdy kolejna grupa asów dzwoniła znad Morskiego Oka po służby, media znów chętnie podłapały temat. Bohaterowie tych sytuacji trafiali więc na nagłówki największych portali, do głównych wydań programów informacyjnych oraz do memów, które dla przerażająco licznej grupy ludzi są dziś podstawowym źródłem wiedzy.

Nie mam wątpliwości, że turyści jadący w Tatry często mają w głębokim poważaniu komunikaty TOPR-u i nie docierają do nich apele, by nawet na łatwe wycieczki zabrać ciepłą kurtkę, czapkę, latarkę i mózg. Jednak memy czy uszczypliwe reportaże musiały do nich trafić. Wydawać by się więc mogło, że medialne wyśmiewanie sytuacji, gdy turyści wzywają pomoc, bo nie chce im się drałować asfaltem po ciemku, wbiło się do zbiorowej świadomości jako straszny obciach. Najwyraźniej tak nie jest i może się okazać, że podobne sytuacje niebawem spowszednieją do tego stopnia, że dziennikarze przestaną je opisywać. Ja też nie będę już miał ochoty poświęcać miejsce na kolejny tekst o heroicznych wyczynach lodowych wojowników z Włosienicy.
Może więc nie ma co walczyć i biorąc pod uwagę regularność takich sytuacji, wypada uznać, że jest konkretna potrzeba społeczna do zaspokojenia? Może trzeba uruchomić jakąś linię nocną albo autobus do zwożenia po zmroku turystów, których przerósł jeden z najłatwiejszych szlaków w polskich Tatrach? Oczywiście nie powinna to być tania przyjemność. Zakładam, że skoro kogoś stać na ignorowanie logiki i wszelkich zasad, to i na taki luksus będzie mógł sobie pozwolić. A jak tylko nad Morskim Okiem pojawi się nocny fasiąg, to pamiętajcie, kto pierwszy wpadł na ten pomysł!
Tekst ukazał się w wydaniu nr 08/2025
Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś koniecznie zainstaluj naszą aplikację, która dostępna jest na telefony z systemem Android i iOS.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze