Z Peterem „Peru” Chrzanowskim, narciarzem ekstremalnym i filmowcem, rozmawia Kuba Terakowski.
Jesteś prekursorem freeridu. Andrzeja Bargiela nie było na świecie, gdy zjechałeś z Mount Robson w Kanadzie...
A teraz to Andrzej jest moim idolem. Miło mi, gdy wspomina o mnie w wywiadach i gości na moich spotkaniach.
Urodziłeś się w Krakowie, mieszkasz od pół wieku w Kanadzie. Skąd zatem Twój przydomek "Peru"?
Jako 14-latek pojechałem z tatą na wyprawę kamperem z Kanady na Ziemię Ognistą. Wróciłem zachwycony Ameryką Południową, a szczególnie Peru. I tak dziewczynie, której chciałem wówczas zawrócić w głowie, zamiast o niebieskich migdałach i gwiazdach na niebie, opowiadałem o Peru. I bardziej, niż do niej wzdychałem do Peru... (śmiech).
I tak skończyła się Wasza znajomość?
Z dziewczyną? Owszem. Ale moja znajomość z Peru trwa nadal. Dwa lata później byłem tam znowu. Tata widząc, że wpadłem jak śliwka w kompot, załatwił mi pracę asystenta przy pomiarach geodezyjnych andyjskich płyt tektonicznych. Zajęcie było ciekawe, przyjemne i pożyteczne, bo pozwalało przewidywać trzęsienia ziemi. Olśniewające było też miejsce otoczone lodowcami. W weekendy więc wędrowałem po nich i zjeżdżałem na nartach. Tak zaczęła się moja przygoda ze wspinaczką i freeridem. Wtedy też napisałem swój pierwszy artykuł do "Powder Magazine".

Magazynu narciarskiego, który powstał z pasji do jazdy w puchu...
Tak, jego hasło przewodnie "Powder to the People" promuje jazdę w głębokim, puszystym śniegu i niezależność. Jedno i drugie szybko stało się mi bliskie. Nie rozpaczałem więc specjalnie, gdy w Peru ukradziono mi buty narciarskie, lecz postanowiłem, że zwiedzę Amazonię. Pojechałem do Leticii, na trójstyku granic Peru, Kolumbii oraz Brazylii. Miałem 17 lat, byłem młody i naiwny. Kupiłem od podstawionego tajniaka jakieś zioło, trafiłem do aresztu. Wprawdzie wypuszczono mnie po trzech dniach, lecz z pieczątką "narcotrafficante" w paszporcie, która miała mi uniemożliwić wyjazd. Kupiłem w aptece jakiś preparat na bazie alkoholu, okazało się, że rozmył pieczątkę tak, iż stała się nieczytelna. Na granicy powiedziałem, że paszport wpadł mi do wody. Uwierzono mi i tak wydostałem się z Brazylii.
Wróciłeś czym prędzej do Kanady?
Ależ skąd, pojechałem do Chile i zacząłem wieść życie ski buma.
Czyli narciarza włóczęgi, który żyje z dnia na dzień, nie dba o przyszłość i pracuje dorywczo tylko po to, aby jak najwięcej czasu móc spędzić w górach.
Tak. Mieszkałem byle gdzie i jadłem byle co, lecz byłem szczęśliwy, bo całymi dniami jeździłem na nartach. Zarabiałem na byle czym, nawet zbierałem butelki. A ze wszystkich dorywczych zajęć najlepiej pamiętam... modelkę, którą postanowiła, że nauczy się szusować w puchu. Ona przygarnęła mnie do swojego apartamentu w luksusowym hotelu i służyłem jej za instruktora na stoku. To były jedne z najlepszych dni w moim życiu... (śmiech).
...
Dołącz do grona naszych prenumeratorów aby przeczytać tekst w całości.
Pozostało 74% tekstu do przeczytania.
Wykup dostępChcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze