Z Edwardem Pawlusem, popularyzatorem górskiej turystyki konnej, rozmawia Kuba Terakowski.

 

Ile mamy szlaków konnych w polskich górach?

Kilkanaście. Najdłuższy – TSK, czyli Transbeskidzki Szlak Konny ma 600 km i prowadzi z Brennej do Wołosatego. Podzielony jest na 14 etapów, a na pokonanie całej trasy potrzeba około 110 godzin jazdy stępem. Krótsze wytyczone zostały w Beskidzie Żywieckim, to: Szlak Babiogórski, Szlak Tysięczników (wiodący przez Worek Raczański) oraz szlak do źródeł Cięcinki. Kilka innych funkcjonuje tylko na papierze. Wytyczono je, uroczyście otwarto i... tyle. Nikt nie dba o nie, nikt nie odnawia. Ale nasze, w Beskidzie Żywieckim, są w doskonałym stanie. TSK również jest zadbany.

 

Co to znaczy, że szlak konny został wytyczony?

To znaczy, że trafił na ogólnodostępne mapy turystyczne, a w terenie jest oznakowany białymi kwadratami z kolorową kropką na środku. Ponadto, na metach poszczególnych etapów TSK znajdują się Górskie Ośrodki Turystyki Jeździeckiej (GOTJ), w których jeźdźcy oraz ich konie mogą odpocząć lub przenocować. Są to różne gospodarstwa agroturystyczne, schroniska, leśniczówki i stadniny.

 

Jakie warunki musi spełnić Górski Ośrodek Turystyki Jeździeckiej?

Wystarczy, że wydzielone jest w nim miejsce dla koni, w którym można zostawić je na noc lub - optymalnie - pastwisko. Nic więcej nie trzeba. Hucuły, na których najczęściej jeździmy po górach, są mało wymagające. Nie potrzebują stajni czy wiat. Jeźdźcom też dużo nie trzeba - izba do spania i kuchnia wystarczą.

 

Edward Pawlus z Cevinem, fot. Kajetan Domagała

 

Schroniska dbają o wyżywienie turystów, a GOTJ? Czy oferują paszę dla konia?

Tak, w większości można kupić owies lub siano.

 

Zauważyłem u Pana odznakę Beskidzkiego Szlaku Konnego...

Odznak górskiej turystyki jeździeckiej jest kilka, analogicznie do GOT (Górskiej Odznaki Turystycznej). Akurat ta przyznawana jest za pokonanie całego TSK, dotychczas zdobyło ją około 30 osób.

 

Na koniu więcej niż w aucie

Jak duże jest środowisko górskich koniarzy?

Nieduże. Uprawnienia Przewodnika Górskiej Turystyki Jeździeckiej ma kilkanaście osób, w tym ja. Wycieczki konne po górach organizuje kilka osób, a doświadczonych uczestników jest garstka.

 

A jakie Pan ma doświadczenie?

Jeżdżę konno po górach od kilkudziesięciu lat. Przed pandemią przejeżdżałem po 2,5-3 tys. km rocznie, czyli więcej niż samochodem... (śmiech). Wytyczam i znakuję szlaki konne. Prowadzę Górski Ośrodek Turystyki Jeździeckiej w Cięcinie (agroturystyka "Nad Potokiem"), mam sześć hucułów. Zorganizowałem setki jedno- lub kilkudniowych wycieczek konnych po górach. Poprowadziłem też dwie długodystansowe wyprawy: Transbeskidzkim Szlakiem Konnym oraz z Bogatyni do Cięciny. Na jednym z moich ulubionych siodeł przejechałem ponad 14 tys. km. Ma typ kowbojski, czyli jest bardzo wygodne zarówno dla jeźdźca, jak i konia, bo ciężar rozkłada się równomiernie od zadu, aż praktycznie po łęg. A siedzi się w nim jak w harley'u... (śmiech). Jestem też prezesem Beskidzkiego Stowarzyszenia Turystyki Aktywnej "Strażnicy Beskidów". A ściślej byłem, gdyż pandemia rozłożyła nas na łopatki.

 

"Strażnicy Beskidów"? Skąd ta nazwa?

Bo we współpracy z kilkoma beskidzkimi nadleśnictwami zgłaszaliśmy im dzikie wysypiska śmieci oraz nielegalne przejazdy samochodami terenowymi, quadami oraz na motorach.

 

106 godzin w siodle

Jak wyglądała długodystansowa wyprawa z Bogatyni do Cięciny?

W 2016 roku przejechaliśmy 800 km w dwa i pół tygodnia - Szlakiem Orłowicza. Nasza grupa jako pierwsza połączyła Transbeskidzki Szlak Konny z Sudetami. A rok wcześniej przejechaliśmy cały TSK. Jako pierwsi i bodaj jedyni przejechaliśmy cały TSK bez zmiany koni i podczas jednej wyprawy. Reszta zmieniała konie lub przejechała trasę na raty.

 

Kto uczestniczył w tej wyprawie?

Benia (kwatermistrz rajdu) na wałachu małopolskim (Florek, 8 lat), Ilona (prowadząca kronikę) na siwym wałachu (Armazon, 12 lat), Marianka (drugi kwatermistrz) na gniadej klaczy huculskiej (Mandaryna, 8 lat), Józek (odpowiedzialny z postoje i popasy) na wałachu (Fiord, 5 lat), Grzegorz (odpowiedzialny za finanse i zaopatrzenie) na koniku polskim (Wirek, 7 lat), mój syn Darek (rzecznik medialny rajdu) na huculskim wałachu (Pasat, 5 lat) oraz ja (komandor rajdu) na gniadym wałachu huculskim (Nefryt, 6 lat). Uczestników było więc siedmiu, a koni osiem, bo jeden był juczny. Wszyscy uczestnicy należą do naszego stowarzyszenia, więc są to osoby nieprzeciętnie doświadczone, podobnie jak konie. Część z nich należała do uczestników, a część wypożyczyliśmy od Piotra Madejskiego, który również prowadzi ośrodek. Wyruszyliśmy z Wołosatego 8 czerwca, aby 21 dotrzeć do Brennej. W siodle spędziliśmy 106 godzin.

 

Jazdy stępem?

Tak, w górach zasadniczo jeździ się stępem. Konia trzeba oszczędzać, bo musi i pokonać dystans i dźwigać jeźdźca.

 

Jaką długość miały etapy?

Od czterech do 14 godzin, ale przeciętnie osiem.

 

A jaki ciężar musiały dźwigać konie?

Jeźdźca oraz jego bagażu podręcznego, czyli mniej więcej połowę udźwigu hucuła, który wynosi 150 kg. Natomiast klacz juczna niosła jeszcze mniej, bo około 50 kg.

 

Cała trasa prowadziła po górskich szlakach, leśnych duktach i drogach gruntowych?

Nie, bo od czasu, gdy wytyczony został TSK, w wielu miejscach pojawiły się zabudowania, a wraz z nimi asfalt. Mniej przyjazny dla konia niż grunt, lecz wyboru nie było.

 

Dużo było odcinków asfaltowych?

Kilka. Musieliśmy skorzystać z dróg, aby ominąć Magurski i Pieniński Park Narodowy, po których nie można poruszać się konno. Z podobnych przyczyn, zamiast wsiąść na konie w Wołosatem, przeprowadziliśmy je po asfalcie do Nasicznego i dopiero tam wskoczyliśmy na siodła. W Bieszczadzkim Parku Narodowym korzystać można bowiem tylko z lokalnych koni, lub - w przypadku własnych - trzeba je poddać kwarantannie.

 

Prawdziwa magia na biwaku

Pokonaliście konno wszystkie odcinki, czy na niektórych trzeba było konie prowadzić?

Na wielu odcinkach musieliśmy konie prowadzić, w tym zawsze na ostrych zejściach. Kodeks GTJ mówi wyraźnie: „do góry siedź, z góry schodź”. Koniowi jest łatwiej, a jeździec sobie nogi wyprostuje. I obie strony są zadowolone...

 

Jaką prędkość ma koń na szlaku?

Średnio około siedmiu kilometrów na godzinę.

 

Nocowaliście w GOTJ?

Tak, ale nie wszędzie, bo w kilku nie było wolnych miejsc, a w jednym nas nie przyjęto. Poza tym harmonogram zaproponowany przez autorów TSK, na kilku odcinkach wyznaczał tak krótkie etapy, że szkoda nam było czasu na zatrzymywanie się w wyznaczonym punkcie po zaledwie kilku godzinach jazdy. W takich przypadkach biwakowaliśmy w optymalnych dla nas punktach.

 

Mieliście ze sobą namioty?

Mieliśmy duży tropik, pod którym mieściliśmy się wszyscy wraz z naszym dobytkiem. Obok płonęło ognisko, konie pasły się spokojnie, a nocny las tętnił życiem dookoła. Prawdziwa magia... W żadnym schronisku nie można tego doświadczyć.

 

Entuzjastki konnej turystyki górskiej, fot. Kajetan Domagała

 

Konie były spętane?

Nie, chodziły swobodnie na 10-metrowych sznurach.

 

Mieliście dla nich zapas jedzenia?

Dla hucułów nie, gdyż im w zupełności wystarcza trawa na popasie, są mało wymagające. Zjedzą nawet przysłowiową miotłę i pójdą dalej... (śmiech). Owies, chleb i marchew dokupowaliśmy tylko dla pozostałych koni.

 

A woda?

Zabraliśmy składane wiadra jutowe i co rzeczka lub potoczek, to zatrzymywaliśmy się, aby przynieść koniom wody lub sprowadzaliśmy je na brzeg, jeżeli był dostępny.

 

Ile wody wypija hucuł na trasie?

Przy intensywnym wysiłku i podczas upałów - nawet 50 litrów dziennie.

 

Hucułów czesać nie trzeba

Dokuczały Wam wysokie temperatury?

Pogoda była nam przychylna, chociaż doświadczyliśmy upałów, ulew oraz gwałtownych zmian temperatury. Przed burzą z gradem, która dopadła nas w Uhryniu słupek rtęci wskazywał 30 stopni Celsjusza, a po niej tylko sześć. Coś nieprawdopodobnego! A lało tak, że gospodyni kwatery, w której planowaliśmy nocleg, powiedziała, że nas nie przyjmie, bo jesteśmy zbyt mokrzy... „Szukajcie gdzieś indziej, nie będę po Was sprzątać” - usłyszeliśmy na pożegnanie. No, to szukaliśmy. I dopiero w ostatnim domu, sołtys ulitował się nad nami, zapalił w piecu, przygotował posiłek, poczęstował samogonem.

 

No właśnie: deszcz - turysta może ubrać pelerynę lub schować się pod wiatą, a koń? Stoi i moknie?

Tak. Stoi, moknie i zupełnie mu to nie szkodzi i nie przeszkadza, bo tak go stworzyła natura.

 

Rytm marszu turysty wyznaczają odpoczynki i posiłki... A koni?

Podobnie. Wyruszaliśmy wcześnie rano, bo było przyjemnie, chłodno i robactwo nie dokuczało. Około południa robiliśmy dwie, trzy godziny przerwy, aby konie mogły odpocząć w cieniu i poskubać trawy. A po południu wyruszaliśmy w dalszą drogę, jadąc jeszcze przez cztery, pięć godzin. Na nocleg, jeżeli nie zatrzymywaliśmy się w GOTJ, wybieraliśmy miejsce osłonięte drzewami, gdzie konie mogły dobrze się najeść.

 

Nocleg... Przychodzi turysta do schroniska, coś zje, umyje się i pójdzie spać, nic go już nie obchodzi. A jeździec? Jakie ma dodatkowe obowiązki?

Konie huculskie nie wymagają szczególnej pielęgnacji. Wystarczy je rozsiodłać i starannie sprawdzić podkowy. Czesać ich nie musimy, bo hucuły tak się potrafią wytarzać, że żadna szczotka im już nie jest potrzebna. Karmić też nie trzeba, wiążemy konie na długich linach i pasą się same przez całą noc.

 

Byk potrafi szybko biec

Wspomniał Pan o sprawdzeniu podków. Czy konie je gubiły?

Nie, ale szlaki w wielu miejscach, szczególnie w Beskidzie Żywieckim oraz Sądeckim, są tak kamieniste, że podkowy poluzowują się. Trzeba je dobić. Zestaw kowalski w ekwipunku to podstawa. Każdy koń miał po dwie zapasowe podkowy - tylną i przednią.

 

Obyło się bez groźniejszych wypadków niż luźne podkowy?

Tak, lecz dwa incydenty były nieprzyjemne. Najpierw, trzeciego dnia, gdy podczas popasu jeden z koni wszedł na dzikie pszczoły, które go obsiadły. Spłoszył się, a za nim poszły wszystkie. Pobiegły do lasu, zgubiły część juków, musieliśmy uzupełnić ekwipunek. A potem, w Beskidzie Niskim, gdy przejeżdżaliśmy przez pole, na którym pasły się krowy. Nie zauważyliśmy, że jest wśród nich byk. Zaatakował nas, musieliśmy przejść do galopu, a nawet cwału. Nie przypuszczałem, że byk potrafi tak pędzić! Tam też straciliśmy część dobytku, po który nie dało się wrócić.

 

A nie spotkaliście wilków?

Spotkaliśmy, całą watahę, popatrzyły i poszły w las.

 

Konie się nie spłoszyły?

Nie, nasze konie są przyzwyczajone do spotkań ze zwierzętami.
 

Siodło nam nie dokuczało

Wiem, co turysta pieszy pakuje do plecaka, a jeździec?

Jeździmy w stylu west, czyli w kapeluszach i płaszczach olejowych, które sięgają prawie do kostek. Okrywają też siodło, więc doskonale chronią przed zimnem i deszczem. Spodnie nosimy skórzane lub moro, a buty jeździeckie - sztyblety – są świetne na każdą pogodę.

 

Kapelusz wystarczająco chroni głowę przed gałęziami?

Tak, bo jest sztywny i ma drut wokół ronda.

 

Turystę pieszego na takim szlaku mogą boleć nogi, a jeźdźca? Siedzenie?

Owszem, mogłoby boleć, gdyby przez osiem czy 10 godzin nie zsiadał. Ale my na tyle często prowadziliśmy konie, że siodło nam nie dokuczało.

 

Jakie warunki musi spełnić koń, aby otrzymać górską licencję?

Przede wszystkim koń musi być odważny. Nie może bać się byle czego, łatwy w oporządzeniu, czyli dostępny z każdej strony. Do tego posłuszny, musi podawać nogi. Dobrze, gdy potrafi iść zarówno z przodu kolumny, w środku, jak i na tyle. Potrafi paść się na linie i respektować pastucha.

 

Najlepszy koń? Do 140 cm

Czy każdego konia można tego nauczyć, czy to kwestia predyspozycji?

To kwestia zarówno predyspozycji, jak i selekcji, ale przede wszystkim nauki. Najlepsze są hucuły, lecz też nie wszystkie, bo w górskiej turystyce jeździeckiej najlepiej sprawdza się najpierwotniejsza z kilku wyróżnianych obecnie linii - pozostałe służą do sportu, rekreacji, powożenia i hipoterapii. Konia trzeba nauczyć pokonywania przeszkód, stromych podejść i zejść, kłód, potoków, kałuż, błota i bagien. Dobry górski hucuł powinien mieć szeroką klatkę, niedużą, mocną głowę osadzoną na krótkiej szyi, zad ścięty, szpakowaty z tyłu. Ścięgna luźne, bo koń z naciągniętymi ścięgnami, wprawdzie ładnie wygląda, lecz już na starcie jest zmęczony. Ważna jest też wysokość - do 140 cm, nie więcej, aby koń nie miał problemów przy schodzeniu.

 

A płeć i wiek?

Najlepsze są wałachy, bo nic ich nie rozprasza... Natomiast optymalny wiek to 5 do 18 lat. Hucuły żyją długo, często osiągają trzydziestkę.

 

Co koń ułatwia na szlaku, a co utrudnia?

Na koniu można rozwinąć większą prędkość i zabrać więcej prowiantu. Bez wysiłku pokonamy wzniesienie, czy wezbraną rzekę. Często na szlakach spotykamy zmęczonych turystów, którzy zazdroszczą nam koni. Z drugiej jednak strony, koń wymaga opieki oraz dodatkowych funduszy. Coś za coś.

 

Chodzi Pan pieszo po górach?

Chodzę. I to sporo.

 

Przeszedłby Pan Transbeskidzki Szlak Konny?

Czy przeszedłbym? Ależ ja przeszedłem ten szlak! Przeprowadziłem rekonesans pieszy tej trasy, zanim zdecydowałem się przejechać ją konno. Jeżeli jeździ się na koniu po górach, to trzeba mieć kondycję nie gorszą, niż koń.

 

Edward Pawlus

Mieszka w Cięcinie. Organizuje rajdy, prowadzi Górski Ośrodek Turystyki Konnej w agroturystyce "Nad Potokiem", jest przewodnikiem Górskiej Turystyki Jeździeckiej, wytycza i znakuje górskie szlaki.