Z Marią Gowin, gospodynią Schroniska PTTK na Hali Lipowskiej, rozmawia Kuba Terakowski.

 

Już 50 lat prowadzi Pani schronisko na Hali Lipowskiej, to chyba absolutny rekord wśród gospodarzy, prawda?

Rekord? Zapewne tak, ale z nikim się nie ścigam. Natomiast na 50-lecie spóźnił się Pan o dwa lata, bo minęły już 52... (śmiech).

 

Ostatnio rozmawialiśmy w 2011 roku, gdy Schronisko PTTK na Hali Lipowskiej wygrało ranking "n.p.m."

Wiele się przez ten czas w schronisku zmieniło - na jeszcze lepsze. Natomiast u mnie zmieniło się mało i trudno powiedzieć, że na lepsze. Jestem starsza, słabsza, bardziej schorowana i tyle. Mam 82 lata, siedzę na Lipowskiej i nic nie robię. Nie ma już o czym ze mną rozmawiać. Jestem jak ta kłódka przy drzwiach, pilnuję schroniska, gdy nie ma nikogo... (śmiech).

 

Ależ skąd! Jest Pani filarem i fundamentem Lipowskiej.

Nie, ja tu już nic, a nic nie rządzę. Wszystkim zajmuje się mój wnuk. Z nim Lipowska jest lepsza, niż ze mną. I z nim byłoby lepiej porozmawiać.

 

Otwarcie Bacówki Pttk Na Krawcowym Wierchu w 1976 r. Maria Gowin siódma od lewej, Zbigniew Gowin drugi od lewej. Z tarasu Bacówki spogląda Edward Moskała. 

fotografia pochodzi z prywatnych zbiorów Wojciecha Domagały

 

Na Lipowską przyszłam za mężem

 

A jak Pani tu trafiła?

Przyszłam za mężem i zostałam tu po jego śmierci, bo do wyuczonego zawodu nie mogłabym wrócić. Kto zatrudniłby nauczycielkę przed sześćdziesiątką, z zaledwie kilkuletnim stażem? Zostałam więc na górze. Na szczęście mam dobre dzieci i wnuki, które przejęły schronisko.

 

Jest Pani pedagogiem z wykształcenia?

Tak, skończyłam liceum pedagogiczne, a potem studia – nauczanie początkowe - i przez kilka lat uczyłam w szkole, ale zostawiłam ją dla męża. Zbyszek był sportowcem, ratownikiem i przewodnikiem. Chodził na setki rajdów, prowadził je albo zabezpieczał. Nie znam nikogo tak zakochanego w górach jak on. Kochał góry, a ja kochałam Zbyszka, więc co miałam zrobić - przyszłam tu za nim. I razem z nim pokochałam góry. Zmarł ponad 20 lat temu, poszedł dołożyć do pieca, poślizgnął się na schodach, dopiero rano ktoś go znalazł... 

 

Poznaliście się Państwo w górach?

Nie, w szkole – na komersie [bal maturalny – red.]. Przyszedł do nas, bo mu knajpkę zamknięto. Poznaliśmy się, tańcząc polkę „siuśtaną”. To taka lokalna góralska, bardzo energiczna odmiana polki, w której prowadzący „wywija” partnerką na prawo i lewo. Do dzisiaj ją pamiętam. Nie miałam wówczas pojęcia, że Zbyszek chodzi po górach.

 

A Pani jeszcze wtedy po nich nie chodziła?

Chodziłam jak każdy, kto w nich mieszkał, a ja urodziłam się w Rychwałdku [powiat żywiecki]. Chodziłam więc po górach, bo nie miałam wyboru, a nie dla przyjemności.

 

Miśka nie widziałam

 

Po raz pierwszy więc przyszła Pani na Lipowską z mężem?

Tak, przyjaciel męża był gospodarzem na Wielkiej Raczy. Zbyszek pomagał mu prowadzić schronisko, razem nosili w plecakach zaopatrzenie, bo nie było tam wtedy żadnej drogi dojazdowej. Wiele razy byłam z mężem na Wielkiej Raczy, tam zaczęła się nasza wspólna przygoda z górami. A drugi z przyjaciół Zbyszka prowadził Halę Lipowską, przyjeżdżaliśmy tu na sylwestra. Polubiliśmy to schronisko, więc nie zastanawialiśmy się długo, gdy okazało się, że jest do wzięcia. Przez pierwszy miesiąc, chodziłam krok w krok za ówczesną kierowniczką – panią Mocową – i zapisywałam w zeszycie wszystko. Na przykład ile marchewek potrzeba do 30 zup, jak co ugotować, jak kupić, wyprać i posprzątać. Nie miałam przecież prawie żadnego doświadczenia. Trudno porównać prowadzenie domu w Żywcu do karmienia wycieczek, którym musiałam tu sprostać. Gotowałam więc, prałam, sprzątałam, a mąż robił zakupy i dbał o schronisko. 

 

Podobno dbał też o misie...

Słyszałam o tym mnóstwo legend...

 

Na przykład, że siadywał z niedźwiedziem przy wspólnym stole obok schroniska i ostrzegał turystów przed biwakowaniem w lesie, bo zdarzało się, że misiek rozpruwał nocą namioty...

Czego to ludzie nie wymyślą. Ale niech mówią co chcą, nie będę dementować plotek. Ja na Lipowskiej miśka nie widziałam, chociaż wiem, że wiele lat temu przychodziła tutaj niedźwiedzica z młodym i przeszukiwała śmietnik, który wtedy jeszcze nie był zamykany. Zniknęła równie niespodziewanie, jak się pojawiła, lecz legendy o niej - jak słyszę - wciąż krążą po górach.

 

Nie atakowała turystów, nie włamywała się do spiżarni?

Nigdy w życiu! Raz miałam jej łapę odbitą na szybie, to wszystko. A z turystami najczęściej rozmijała się, bo przychodziła na Lipowską albo o świcie albo o zmroku. Poza tym bała się ludzi, niedźwiedź niesprowokowany nigdy nie zaatakuje człowieka. 

 

Z Rysianką nie rywalizujemy

 

Czy to prawda, że prowadziła Pani bacówkę na Krawcowym Wierchu?

Tak, ale krótko, w latach 70., gdy na Lipowskiej był remont. I wróciłam tu od razu po zakończeniu prac. Z Krawcowego pamiętam niewiele, to był epizod.

 

A dlaczego Rysianka stoi tak blisko Lipowskiej? Po co budować dwa schroniska tuż obok siebie?

Lipowską postawiło Beskidenverein, a Rysiankę ówczesny gospodarz Lipowskiej, z myślą o samodzielnym prowadzeniu prywatnego schroniska. To wszystko.

 

Nie musicie zatem rywalizować między sobą o turystów?

Rywalizować? Ależ skąd! Tam zawsze jest więcej ludzi i obroty są większe, bo Rysianka stoi przy węźle szlaków. A my sobie tak na uboczu, spokojnie, po cichutku, pomalutku, zapraszamy w nasze skromne progi.

 

Co zmieniło się na Lipowskiej przez te 50 lat?

Prawie wszystko.

 

Na lepsze?

Oczywiście. Na początku mieliśmy tu tylko jedną małą lodówkę, która z trudem mieściła bieżące zapasy. Przez pierwsze cztery lata prawie wszystko dźwigaliśmy na własnych plecach i tylko czasem mogliśmy sobie pozwolić na wynajęcie wozaka. Jesienią robiliśmy ogromne zapasy - dwie tony ziemniaków, sto kilogramów mąki, cukru, kapusty, tak aby w zimie schodzić tylko po chleb i mięso. Próbowaliśmy jeszcze transportować oranżadę butelkach, ale pękały. Nie było żadnych „Coli”, „Fant” i „Sprite”, turyści pili piwo z beczek, herbatę lub kompot. Teraz lodówek i zamrażarek nie zliczę, na lato mamy auto terenowe, a na zimę skuter. Najbardziej jednak na wszystkich zmianach skorzystali turyści.

 

No tak, nieprzypadkowo Lipowska wygrała ranking "n.p.m.", ale to w większym stopniu Pani zasługa, niż remontów, czy modernizacji. 

Już nie pamiętam szczegółów...

 

Chętnie przypomnę: wysokie noty za jakość posiłków, czystość, dostępność, wyposażenie, obsługę i atmosferę. Tylko temperatura w pokojach została niżej oceniona.

To teraz do temperatury już chyba nie można mieć zastrzeżeń. Wnuk właśnie kończy ocieplanie obiektu. Kuba w ogóle niezwykle angażuje się w prowadzenie schroniska. Miło na to patrzeć, aż serce rośnie!  

 

A co robi?

Trudno mi wyliczyć, ale spróbuję wymienić przynajmniej jego ostatnie akcje. Zorganizował u nas Finał Festiwalu Czyste Beskidy, ulokował tu punkt odbioru śmieci i stację Czyste Beskidy. Ustawił zapory chroniące teren schroniska przed nielegalnym wjazdem. Zorganizował pierwszą edycję zawodów Uphill Lipowska o Puchar Pani Kierowniczki...

 

Czyli Pani?

Tak mój... (śmiech). Zawody odbyły się w dwóch kategoriach Nordic Walking oraz MTB, a wszyscy uczestnicy mogli stanąć na podium. Natomiast w styczniu zaprasza na skiturową wyprawę Tour de Pilsko oraz na przejście kondycyjne z Robertem Korzeniowskim. Więcej nie powiem, bo się na tym nie znam. Chlapnę coś, pan napisze, a potem wnuk powie: „Babciu, a coś Ty naopowiadała”. 

 

Niedawno trafiłem tu na Święto Pierogów...

Ja też, było ich mnóstwo, ale nie musiałam nic przy nich robić, mogłam beztrosko degustować... (śmiech). Podobnie jak w Dzień Placków Ziemniaczanych. 

 

Czasem pomogę w bufecie

 

A ma Pani jeszcze jakieś obowiązki na Lipowskiej?

Obowiązki? Nie, już nie. Zasłużyłam sobie na wypoczynek... (śmiech). Ale czasem jeszcze pomagam wnukowi w bufecie, czasem magluję, stanę przy kuchni albo pogadam z turystami.  

 

Jest wśród nich wielu znajomych?

Coraz mniej, a z mojego pokolenia już nie ma prawie nikogo, większość albo zmarła, albo nie ma siły na wycieczki po górach. Teraz dorosłe wnuki pierwszych moich gości odwiedzają Lipowską z własnymi dziećmi. Trudno mi jednak zapamiętać wszystkich. A ja też już nie przychodzę tutaj tak jak dawniej, na piechotę. Teraz wnuk mnie przywozi. Mam mieszkanie w Żywcu, ale większość czasu i tak spędzam na Lipowskiej, bo tu jest mój dom, tu czuję się najlepiej.

 

A wyjeżdża gdzieś Pani stąd na wakacje?

Już nie. Sił by mi jeszcze starczyło, lecz ochoty już nie mam. Zwiedziłam spory kawałek świata i wie Pan co stwierdziłam? Że niczego mi tu do szczęścia nie brakuje. Tu jest najczystsze powietrze, najlepsze jedzenie, najmilsi ludzie, najpiękniejsze widoki, czego chcieć więcej? Nie żałuję, ani jednego dnia spędzonego tutaj. Gdy szłam na Lipowską, to koleżanki mówiły: „Najpiękniejsze lata zmarnujesz sobie na tym odludziu”. A one miały ciekawiej w biurze? Spotykały tylu ludzi, co ja? Tu miałam większe okno na świat niż na dole.

 

Maria Gowin 

Ma 82 lata. Urodziła się w Rychwałdku. Z wykształcenia jest pedagogiem. Od roku 1969 prowadzi Schronisko PTTK na Hali Lipowskiej, teraz z rodziną.