Z Pawłem Kowalczykiem, flisakiem z Pienin, rozmawia Kuba Terakowski.

 

Jak zostać flisakiem?

Trzeba spełnić kilka warunków: mieszkać w Sromowcach Niżnych, Wyżnych, Szczawnicy, Krościenku lub Czorsztynie. Należy też zdać kilka egzaminów i mieć kartę pływacką.

 

Lepiej też nie być kobietą?

No cóż, o tym nie decyduje regulamin, lecz tradycja. A zgodnie z tradycją flisactwo przechodzi z pokolenia na pokolenia, z dziada na ojca, z ojca na syna. Wśród mężczyzn również - w przypadku nadmiaru chętnych - w pierwszej kolejności przyjmowani są synowie flisaków, bo najłatwiej przekazać doświadczenie własnym dzieciom. Trzeba mieć krzepę, by stawić czoła Dunajcowi. W kopalniach kobiety też nie szukają równouprawnienia. Zresztą - o ile wiem - nigdy żadna niewiasta nie starała się o patent flisaka.

 

Pieniny, spływ Dunajcem z widokiem na Trzy Korony, fot. Karol Nienartowicz

 

Wspomniałeś o egzaminach, jak one wyglądają?

Kandydat na flisaka powinien najpierw ukończyć specjalny kurs, następnie przez trzy lata musi pływać - początkowo z dwójką starszych, doświadczonych flisaków, a potem z jednym - swoim mistrzem flisackim. Po trzech latach może przystąpić do pierwszych egzaminów - ustnych oraz pisemnych, na których odpowiedzieć musi na kilkanaście pytań dotyczących bezpieczeństwa, budowy łodzi, przepisów, regionu, fauny i flory. Następny jest sprawdzian z umiejętności praktycznych: odbijania i przybijania do brzegu, sterowania, obsługi pasażerów, posługiwania się rzutkami ratunkowymi i pływania.

 

W Dunajcu?

Nie, na basenie.

 

Po zdanym egzaminie...

Kandydat otrzymuje patent żeglarski, uprawniający do przewożenia osób przez Przełom Dunajca. Jest czeladnikiem, który może już pływać z innym czeladnikiem lub mistrzem, ale nie może jeszcze szkolić ucznia. Po kolejnych trzech latach można przystąpić do egzaminu mistrzowskiego, uprawniającego - po jeszcze dwóch latach praktyki - do szkolenia innych. Czyli w sumie, ucznia można przyjąć dopiero po ośmiu latach pływania.

 

Przełom Dunajca. Dla flisaka tytuł mistrza nie jest obowiązkowy

Od jak dawna pływasz?

Od 2008 roku.

 

Masz już zatem tytuł mistrzowski?

Nie, ponieważ nie jest obowiązkowy. Nie był mi dotychczas potrzebny, gdyż nie zamierzałem nikogo szkolić. Jednak ostatnio to się zmieniło, więc prawdopodobnie przystąpię do egzaminu mistrzowskiego.

 

Zgłosił się do Ciebie kandydat na ucznia?

Nie, kandydatów nie szukam, ale w tym roku urodził mi się syn... (śmiech).

 

To będziesz musiał 18 lat poczekać, prawda?

Tak, kandydat na flisaka musi być pełnoletni. Ale tytuł mistrzowski może przydać się wcześniej, bo przy najwyższym stanie wody - jako czeladnik - nie mógłbym odbić od brzegu.

 

Dlaczego?

Bo na Dunajcu obowiązują cztery stopnie bezpieczeństwa, uzależnione od stanu wody - przy najwyższym, na tratwie musi być dwóch mistrzów. Jest też stan alarmowy, przy którym spływ zostaje wstrzymany, ale to zdarza się sporadycznie. Zapora doskonale reguluje nurt rzeki i uprzedza nas o większych spustach. Zresztą najwyższy stan wody związany jest z intensywnymi opadami deszczu, gdy i tak nie ma chętnych na spływ.

 

A wiosną, gdy śnieg topi się w górach?

Zazwyczaj śnieg w górach topi się tak powoli i sukcesywnie, że nie ma istotnego wpływu na stan wody. Spiętrzenia zdarzają się po letnich nawałnicach, najczęściej w czerwcu i lipcu.

 

Zauważyłeś, że teraz opady są gwałtowniejsze i burz jest więcej, niż dawniej?

Nie, odkąd pamiętam sezon burzowy zawsze tu był. Natomiast zimy są teraz krótsze, a wiosny chłodniejsze, niż dawniej. Nie ma to jednak dla nas znaczenia, bo pływamy od 1 maja do końca października.

 

A zdarzało się, że - z powodu suszy - stan wody był tak niski, że spływ nie mógł się odbyć?

Nie, tak źle jeszcze nigdy nie było.
 

Spływ Dunajcem. Moja łódź jak mały fiat

Jak zostałeś flisakiem?

Pochodzę ze Sromowiec Niżnych. Mój dziadek był flisakiem i ojciec też, często zabierał mnie na spływ. Spodobało mi się, więc postanowiłem kontynuować tradycje rodzinne. Dunajec mnie wciągnął... (śmiech).

 

Paweł Kowalczyk pływa na łodzi nr 126

 

Ilu flisaków obsługuje spływ?

Każdego roku pracuje nas od 500 do 550. To optymalny poziom, wypracowany przez lata.

 

Skoro pływacie we dwóch, to tratw jest o połowę mniej?

Tak, około 230-250. Każda łódź ma swój numer burtowy. Numeracja zaczyna się od 1, a kończy na 699, bez kończących się na 13 oraz 666. Każda miejscowość ma swoją pulę numerów: Sromowce Niżne - od 1 do 300, Szczawnica do 350, Krościenko do 450, Sromowce Wyżne do 650 i Czorsztyn - najwyższe. Ponad połowa flisaków mieszka w Sromowcach Niżnych, najmniej w Krościenku i Czorsztynie. Łódź na której pływam ma numer 126, jak mały fiat... (śmiech).

 

Łódź czy tratwa? Która nazwa jest poprawna?

Flisacy częściej mówią łódź, pasażerowie - tratwa, a według Żeglugi Śródlądowej to "scalony zestaw pływający".
 

Tratwa na Dunajcu waży ponad tonę

Jak zbudowana jest tratwa?

Każda składa się z pięciu czółen związanych linami. Bok łodzi chronią tak zwane opławy, a przód świerkowe gałęzie, które służą także ozdobie. Na każdej tratwie znajdują się trzy i czteroosobowe ławki. Łódź ma około 2,2 m szerokości z tyłu, 1,8 m z przodu oraz 6 m długości. Waży około 500 kg, a z pasażerami ponad tonę.

 

Flisacy robią je sami?

Tak, ale najczęściej zajmują się tym po przejściu na emeryturę. Albo zimą, gdy nie pływamy i czasu jest więcej.

 

Ile kosztuje tratwa?

Z roku na rok więcej... Obecnie to około 6 tys. zł.

 

A jaką ma żywotność?

Około pięciu, sześciu sezonów - w zależności od drewna. Najlepsze jest jodłowe. Stan techniczny łodzi jest zawsze komisyjnie sprawdzany przed sezonem i w trakcie. Wiosną jest też spływ kontrolny, podczas którego sprawdzane jest bezpieczeństwo i drożność trasy.

 

Do kompletu potrzebne są jeszcze wiosła...

Nazywamy je spryskami. To proste drągi o długości ponad trzech metrów, aby można było się nimi odpychać.

 

Trzeba się odpychać? Sam nurt nie wystarcza?

Zazwyczaj wystarcza, lecz spryska służy też do manewrowania - utrzymania się w nurcie i sterowania. Poza tym, przy przeciwnym wietrze trzeba się nią nieźle namachać, aby nie płynąć po prąd.

 

Za to wiatr w plecy uskrzydla...

Wiatr od rufy z kolei potrafi wyrzucić na brzeg. Najlepiej, gdy pogoda jest bezwietrzna, dla pasażerów zresztą też.

 

Spływ Dunajcem. Flisak nosi zwyczajne spodnie i mocne buty

Flisacy pływają po dwóch?

Tak, przynajmniej - na rufie i dziobie.

 

W strojach regionalnych?

Tak - w białej koszuli, wyszywanej kamizelce i kapeluszu. Natomiast tradycyjne spodnie z parzenicami i kierpce ubieramy tylko na specjalne okazje. Spodnie - bo są drogie, a kierpce - ponieważ są śliskie. Pływamy więc w zwyczajnych spodniach i mocnych butach.

 

W kaloszach?

Nie, na łodzi nie ma wody.

 

Jaką długość ma spływ?

Mamy dwie przystanie początkowe - w Sromowcach Wyżnych oraz Niżnych i dwie końcowe - w Szczawnicy oraz w Krościenku. Trasy zatem mogą być cztery różne, lecz najczęściej wybierana przez turystów jest ta klasyczna, czyli ze Sromowiec Wyżnych do Szczawnicy, o długości 18 km. Trasa krótsza - ze startem w Sromowcach Niżnych - ma 16 km, a dłuższa - z metą w Krościenku - blisko 23.
 

Przełom Dunajca. Logistyka od startu w Sromowcach do mety w Szczawnicy

Jak przebiega spływ?

Łodzie wodowane są po kolei. Jeżeli wczoraj ostatnia popłynęła łódź numer 10, to dzisiaj pierwsza zejdzie na wodę „jedenastka” i wyruszy o godzinie 8 lub po zebraniu kompletu pasażerów. Rano zazwyczaj przystań świeci pustkami, większy ruch zaczyna się o godzinie 10, a w południe osiąga apogeum. Wtedy turyści muszą poczekać na tratwę, w szczycie sezonu niekiedy nawet dwie godziny.

 

Dlaczego aż tak długo?

Bo spływ na trasie klasycznej, przy przeciętnym stanie wody trwa dwie, dwie i pół godziny, a przy najniższym - nawet trzy. Na mecie musimy tratwę wyciągnąć na brzeg, rozmontować, załadować na ciężarówki, przewieźć na start i zmontować z powrotem. To wymaga czasu.

 

Ile?

Demontaż to kwestia trzech minut, montaż - 10, ale transport potrafi trwać pół godziny.

 

Flisacy mają własne ciężarówki?

Nie, obsługują nas firmy zewnętrzne, w szczycie sezonu to nawet 40 pojazdów.

 

Czy flisacy mają obowiązek opowiadania pasażerom o trasie?

Tak, jesteśmy nie tylko przewoźnikami, lecz także przewodnikami. "Rufowy" flisak zajmuje się zatem sterowaniem, a "dziobowy" opowiada o trasie. To jednak czy i o czym opowiadamy zależy od turystów. Jedni doskonale bawią się w swoim towarzystwie, drudzy chcą wiedzieć wszystko.

 

O co pytają najczęściej?

O naszą pracę, o nazwy szczytów, przebieg szlaków, głębokość wody, szybkość tratwy.

 

Spływ Dunajcem. Tylko krok dzieli od otchłani

Jaka jest zatem głębokość Dunajca na trasie? I jaką prędkość rozwija tratwa?

Krążą słuchy, że maksymalna głębokość sięga 18 m, ale wiarygodne źródła podają 12. Jest kilka takich głębi - to krótkie, lecz bardzo zdradliwie i niebezpieczne odcinki. Są miejsca, gdzie człowieka stojącego w wodzie po kolana, tylko krok dzieli od otchłani. Natomiast średnia prędkość tratwy wynosi 10 km/h, a maksymalna, przy najwyższym stanie wody, na kilku odcinkach, może osiągnąć 30 km/h. Dość, by turystki zaczynały piszczeć... (śmiech). Są też jednak fragmenty, w których nurt jest tak leniwy, że bez odpychania tratwy stoją w miejscu, a przy przeciwnym wietrze płyną pod prąd. Przy wyjątkowo niskim stanie prosimy obsługę zapory w Czorsztynie o spuszczenie dodatkowej porcji wody, aby nurt przyspieszył. Zresztą przez całe lato załoga zapory, z myślą o spływie, spuszcza w dzień więcej wody, niż magazynuje, a nocą uzupełnia zapas. Różnica jest niby niewielka - około 10 cm - lecz odczuwalna.

 

Jak wpływa to na prędkość tratwy?

Orientacyjnie przyjmujemy, że każdy dodatkowy centymetr przyspiesza spływ o minutę.

 

Kapoki są dla pasażerów obowiązkowe?

Nie, nie ma takiej potrzeby, spływ jest bezpieczny. Ale dla osób chętnych mamy bezpłatną wypożyczalnię kapoków w Sromowcach.

 

Czy podczas spływu zdarzają się wypadki?

W całej historii, czyli od 1832 roku zdarzył się tylko jeden – w 1960. Coraz więcej problemów stwarzają nam jednak kajakarze. Wypożyczalnie wyrosły tu jak grzyby po deszczu, każdy może chwycić za wiosło, nawet, gdy nie ma o tym zielonego pojęcia. Skutki bywają opłakane, bo Przełom Dunajca wymaga wiedzy, doświadczenia i umiejętności. Trzeba znać prawo wodne, zgodnie z którym mniejszy (czyli kajak lub ponton) ma ustąpić pierwszeństwa większemu (czyli tratwie). Warto też mieć wyobraźnię, która podpowie, że rozpędzona i ważąca tonę tratwa, nie zatrzyma się w miejscu w rwącym nurcie. Na tratwie nie ma hamulca ręcznego. Nie raz używałem spryski do uchronienia kajaka przed zderzeniem.

 

A jakie problemy stwarzają pasażerowie?

Tylko prozaiczne. Spływ trwa blisko dwie godziny, a na tratwie nie ma toalety...

 

I co wtedy?

Zostają tylko krzaczki...

 

Przybijacie do brzegu?

W ostateczności. Na wszelki wypadek przed wypłynięciem zawsze przypominamy o skorzystaniu z WC. Spory dyskomfort spowodować też może zbyt lekki strój. Raz, że pogoda w górach potrafi zmienić się błyskawicznie. Dwa, że brak ruchu powoduje bardziej dotkliwe odczuwanie chłodu. Trzy, że przystań znajduje się w słońcu, a Przełom jest w wielu miejscach zacieniony. O tym też uprzedzamy, lecz te ostrzeżenia też często bywają bagatelizowane.

 

Przełom Dunajca. Turyści ze wszystkich kontynentów

Ilu turystów rocznie przewozicie?

To zależy od pogody, sezon sezonowi nierówny. Rekordowo, w latach 2016-2018, gdy aura sprzyjała wyjątkowo, przewieźliśmy po 336 tys. osób. Rok 2020 był - z powodu pandemii - słabszy, ale w ubiegłym roku znów było to ponad 300 tys. Bez porównania mniej było grup zagranicznych, lecz o wiele więcej Polaków. Spośród cudzoziemców najwięcej jest Niemców i Francuzów, ale przez te 13 lat pływałem już z mieszkańcami wszystkich kontynentów. Z wyjątkiem Antarktydy... (śmiech)

 

Paweł Kowalczyk

Mieszka w Sromowcach Niżnych. Pracuje w Schronisku PTTK Trzy Korony. Od 13 lat jest flisakiem, pływa przez Przełom Dunajca.