Z Tadueszem Czuptą, legendarnym turystą z Lubonia Wielkiego, rozmawia Kuba Terakowski.

 

Czy to prawda, że byłeś na Luboniu cztery i pół tysiąca razy?

Prawda. I nie wiem, czy nie więcej. Bo jak zaczynałem w 2000 roku, to przez pierwsze 10 lat chodziłem prawie codziennie.

 

A skąd chodziłeś?

Z domu, w Rabce Zarytem, przy niebieskim szlaku.

 

Zawsze tym samym, niebieskim szlakiem?

Nie. Najczęściej chodzę zielonym lub żółtym, a poza tym mam mnóstwo swoich ścieżek i skrótów. Omijam miejsca oblodzone, zasypane śniegiem, zalane wodą, znam je na pamięć.

 

Tadeusz Czupta, legendarny turysta z Lubonia Wielkiego,
fot. Ewa Macios

 

Masz odnotowane wszystkie wycieczki?

Nie. Po co miałbym notować?

 

To skąd wiadomo, że było ich tyle?

Z prostych wyliczeń. Przez 10 lat, niemal dzień w dzień, to już trzy i pół tysiąca. A przez kolejne dziesięć z pewnością zebrał się jeszcze tysiąc.

 

Wyszedłem z wesela i ruszyłem w góry

Ile czasu zajmuje Ci taka wycieczka?

Rekordowo? 50 minut do góry i 33 w dół.

 

Myślałem, że chodzisz dla przyjemności, a nie dla rekordów.

Zgadza się, chodzę dla przyjemności, a bicie rekordów nie sprawia mi satysfakcji. Czasem jednak się spieszę i wtedy - chcąc nie chcąc - ustanawiam swoje rekordy. Raz wyskoczyłem z wesela, bo co będę tak siedział i siedział przy stole... Wróciłem po dwóch godzinach. Nikt się nie zorientował, że w międzyczasie byłem na Luboniu... (śmiech). Natomiast bez pośpiechu wejście na Luboń zajmowało mi dawniej nieco ponad godzinę, a teraz już ponad półtorej. Wiek robi swoje... Zdarzało się też, że wchodziłem na Luboń dwa razy dziennie.

 

Dlaczego?

Bo pierwszy raz poszedłem - jak zwykle - rano, lecz po powrocie ktoś znajomy - ni stąd, ni zowąd – zapytał, czy bym się z nim nie przeszedł. No, to szedłem.

 

Wychodzisz zawsze o tej samej godzinie?

Tak, najczęściej po obiedzie, o 10 rano. Tylko latem, w największe upały przed obiadem, o piątej.

 

Po obiedzie? O 10 rano?

Tak, zazwyczaj wstaję i jem śniadanie o czwartej albo piątej, więc czas na obiad przychodzi o 10.
 

Słodycze do plecaka i w drogę

Skąd pomysł na te wycieczki?

Pochodzę stąd, lecz przez wiele lat pracowałem na Śląsku i dopiero po przejściu na wcześniejszą emeryturę wróciłem do Zarytego. Zawsze lubiłem góry, więc tam wyjeżdżałem w Beskid Żywiecki i Śląski, a tu - mając za progiem szlak na Luboń Wielki - nie muszę już nigdzie wyjeżdżać.

 

A wcześniej, za młodu, nie chodziłeś na Luboń?

Chodziłem, ale nie tak często. Pierwszy raz byłem tam w połowie lat 50., ale dokładnie nie pamiętam.

 

Co ze sobą zabierasz na drogę?

Przede wszystkim słodycze - w każdej kieszeni, w plecaku, gdzie tylko mogę mieć. Mam cukrzycę, muszę uważać na hipoglikemię, o którą przy większym wysiłku nietrudno. Najlepsze są krówki, gorzka czekolada i cola, bo ona działa najszybciej. Często też sam przygotowuję sobie izotonik: woda mineralna, sól, cytryna i miód. Sól zatrzymuje wodę, a miód to cukier. Mam zawsze koszulę lub podkoszulek na zmianę, bo przebieram się w schronisku po przyjściu i zakładam suche ciuchy. Podkoszulki noszę nowoczesne, termiczne, lecz koszulom wciąż jestem wierny tradycyjnym, flanelowym, w kratę. Do tego - w zależności od pogody i temperatury - biorę sweter, kurtkę lub pelerynę. Zimą zabieram też raki, a przez cały rok kijki. Dawniej ich nie używałem, ale teraz nie wybrałbym się bez nich na szlak.

 

Charakterystyczne widoki Beskidu Wyspowego,
​​​​​​​fot. Adobe Stock

 

Podobno masz swój własny kubek w schronisku...

Tak, nie muszę go nosić. Duży prawie jak nachtop, trzy herbaty się w nim zmieszczą.

 

Nachtop?

Czyli nocnik po Śląsku. Mam też na Luboniu własną herbatę. Raz na jakiś czas kupuję duże pudełko "Liptona" i zostawiam w schronisku. Gospodarze zawsze proponują gratis, ale ja nie chcę za darmo, nie chcę nadużywać ich gościnności.

 

Przebierasz koszulę, pijesz herbatę i schodzisz?

Zjadam jeszcze pół tabliczki gorzkiej czekolady.

 

A drugie pół - podobno - zostawiasz gospodarzom.

Zostawiam, albo częstuję turystów.

 

Zatrzymujesz się czasem na dłużej w schronisku?

Tak. Bywa, że posiedzę z godzinę, czy dwie.

 

Jesz obiad?

Nie, bo zawsze przychodzę na Luboń po obiedzie.

 

Nocowałeś tam kiedykolwiek?

Nigdy. Ale zdarzało mi się wracać o drugiej, trzeciej w nocy, po imprezie przy ognisku. W miłym towarzystwie i ze śpiewem na ustach...

 

Kardiolog pomstuje, że chodzę sam

Pamiętasz najtrudniejszą wycieczkę na Luboń?

Tak, zimą kilkanaście lat temu. Śniegu było po pas, zaspy straszne, przecierałem szlak, szedłem chyba z cztery godziny. Stoły przed schroniskiem na Luboniu były całkiem zasypane. Krzysiek z Agatą [gospodarze] zakładali się, że nie wyjdę. Wyszedłem i dostałem od nich medal w nagrodę. Ale tak w ogóle, to szlak przecierałem setki razy.

 

A zdarzyły się warunki tak trudne, że musiałeś zawrócić?

Przez wiele lat - nie, ale niedawno po raz pierwszy zawróciłem w połowie drogi. Szlak był oblodzony, nie chciałem ryzykować. Kardiolog i tak pomstuje, że chodzę sam, nie bacząc na warunki.

 

A zdarzyło Ci się zabłądzić?

Tylko raz, podczas jednego z tych nocnych zejść po imprezie... Za to zdarzało mi się pomagać zabłąkanym turystom. Kiedyś, zimą wyprzedziłem dużą grupę idącą na Luboń. Siedzę i siedzę w schronisku, a ich nie ma. W końcu zadzwonili do gospodarza, że zgubili szlak. Dobra – mówię - zaraz schodzę, to Wam pomogę. Długo ich szukałem, obszedłem całą okolicę, ale w końcu udało się. Mieli pecha, bo drwale akurat ściągali pnie po stoku, a wtedy najłatwiej się zgubić. A kiedyś szedłem na skróty, bez szlaku, swoją ścieżką przez las, patrzę: zakonnica. Zatrzymałem się. - Szczęść Boże. - Szczęść Boże. Kaj ta siostro idziecie - pytam. A na Glisne - ona na to. To przecież nie w tym kierunku - mówię. Zaprowadziłem ją na właściwy szlak.

 

Robisz czasem zdjęcia po drodze?

Dawniej robiłem, ale ile można? Już od dawna odbitki nie mieszczą mi się w albumach. Za to moje zdjęcie wisi na Luboniu, w góralskim kapeluszu i z fajką, oprawione w ramkę, na ścianie koło okna. A ja z kolei mam w domu rysunek schroniska i całą kolekcję odznak z wszystkich edycji rajdów "Odkryj Beskid Wyspowy".

 

Nie nudzi Ci się tak wciąż chodzić na Luboń?

Nigdy w życiu! Przez te lata miałem trzy dłuższe przerwy: po rwie kulszowej, operacji trzustki i ostatnio. Nie mogłem doczekać się powrotu na szlak i gdy powoli, powoli, pierwszy raz wyszedłem na Luboń, to byłem jak w siódmym niebie.

 

I nigdy nie było tak, że po prostu nie miałeś siły lub ochoty?

Nigdy. Czasem czułem się słabo lub bolała mnie noga, ale wychodziłem na szlak i... przestawała boleć.

 

Żadna pogoda Ciebie nie powstrzymała? Śnieg, mróz, nawałnica?

Nie, żadna pogoda mi nie przeszkadza. Zresztą teraz, gdy wyjdę w gorszą pogodę, to przypominają mi się minione lata, gdy chodziłem, nie zważając na nic. I od razu czuję się młodszy... Mam peleryny takie, że dwóch wejdzie, mocne i lekkie. Niejedną burzę widziałem na szlaku. Buty też mam znakomite.

 

No właśnie, jakie buty nosisz?

Latem lżejsze, ale powyżej kostki, aby dobrze trzymały. Zimą mocniejsze. Nie zliczę już, ile par zdarłem, chodząc na Luboń. I majątek wydałem na nie, ale na butach nie oszczędzam, obuwie to podstawa.

 

Używasz czasem rakiet śnieżnych lub nart?

Rakiet - nie, jakoś nie mam do nich przekonania. A na nartach zjeżdżałem z Lubonia kilka razy, ale to nie mój żywioł. Raz przewróciłem się na miedzy, innym razem wpadłem na drzewo... Szybko zrezygnowałem.

 

A na piechotę nigdy nie miałeś wypadku?

Miałem. Dwa, niegroźne i niemal identyczne. 15 lat temu oraz ostatnio, w grudniu, zerwałem ścięgna w kostce, schodząc do Rabki. Chciałem ominąć błoto, poszedłem po krawędzi stoku, pośliznąłem się i upadłem niefortunnie. Przez dwa miesiące nie mogłem przez to chodzić na Luboń. Teraz już chodzę i - co ciekawe - w Rabce kostka nadal mi puchnie, a na szlaku przestaje.

 

Małgorzatki” przywoziłem ze Śląska

Zdarzyło Ci się wjeżdżać na Luboń?

Raz, bo akurat Krzysiek wjeżdżał zielonym szlakiem, zatrzymał się i zaproponował podwiezienie. - Nie po to idę, aby jechać. Ale ten jeden jedyny raz mogę podjechać – odpowiedziałem. I raz też zjeżdżałem. Nie miałem wtedy jeszcze raków, lecz tylko nakładki antypoślizgowe, a lód był straszny. Akurat zjeżdżał samochodem Piotrek z obsługi przekaźnika, to sam poprosiłem go o zwiezienie.

 

Krzysiek mówił mi, że nie raz mu pomagałeś...

Ano zdarzało się przynosić do schroniska jakieś drobiazgi, gdy akurat zabrakło - cytryny, czy papierosy. Zdarzało się też, że Krzysiek zostawiał u mnie całe zaopatrzenie przed transportem na Luboń. Dawniej też przywoziłem mu ze Śląska "Małgorzatki", ale teraz i tu można je kupić.

 

"Małgorzatki"?

Czyli zioła do bigosu i żurku - to mieszanka 12 przypraw. Noszę im też racuchy, kiedyś co tydzień, teraz już rzadziej.

 

Jakie racuchy?

Drożdżowe, z jabłkiem, bananem. Sam je robię co środę. Chyba są pyszne, bo wszyscy sobie chwalą. Gotuję też gospodarzom sodrę.

 

Sodrę?

Czyli zupę chrzanową. Na zsiadłym mleku i serwatce, z jajkiem, białą kiełbasą, szynką, cielęciną i żeberkami wędzonymi, zalaną żurkiem.

 

Nosisz ją tam na sprzedaż?

Ależ skąd! Gospodarzom, bo im smakuje. A latem noszę im rzodkiewki i fasolkę szparagową, bez chemii, z własnego ogródka. Jesteśmy prawie jak rodzina, tyle lat tam chodzę, że to nic dziwnego. Raz nawet przez jeden dzień ich zastępowałem. Ale nigdy więcej! Jedna grupa, druga grupa, kolejka coraz dłuższa, a ja nie znam cen, nie wiem gdzie co jest, zgroza! Patrzę przez okno: trzecia grupa! Na szczęście poprosili tylko o zapałki do rozpalenia grilla... Odetchnąłem z ulgą. A potem przyszła na Luboń znajoma i pomogła mi. Dobrze mieć tylu znajomych.
 

O, Pan z Lubonia!

Pamiętasz jakieś ciekawe spotkania na szlaku?

Dziesiątki razy widziałem ślady niedźwiedzia, ale nie spotkałem go nigdy. Podobnie z wilkiem. Za to raz udało mi się zobaczyć rysia. A jeleni, saren i zajęcy nie zliczę.

 

A ludzi?

Najczęściej spotykam Dominikę, nauczycielkę z Rabki, która też codziennie chodzi na Luboń.

 

Moment! To znaczy, że nie tylko Ty chodzisz tam codziennie?

Nie tylko… Dominika na zmianę albo biega na Luboń trenując przed zawodami, albo chodzi tam na spacery z dziećmi, a ma ich czwórkę. Raz schodząc, znalazłem na szlaku bucik, więc wziąłem, bo wiedziałem, że spadł temu najmłodszemu, którego nosi na rękach. Spotkałem ją chwilę później. - Nie znalazłeś bucika - pyta. - Znalazłem - mówię. Ucieszyła się bardzo.

 

A zdarzyło Ci się znaleźć na szlaku coś jeszcze?

Ano pewnie - rękawiczki i czapki. Sam też raz zgubiłem rękawiczki w środku zimy i znalazłem je wiosną, po roztopach. Raz też turyści próbowali zakosić mi kapelusz, który wysunął się spod klapy plecaka, gdy szedłem pod górę. Wracając zauważyłem, że go niosą. - To mój kapelusz – mówię. - Trzeba było go powiesić na gałęzi w miejscu, gdzie leżał. - Nie wiedzieliśmy, że będzie Pan tędy schodził - oni na to. Niby racja, bo skąd mogli wiedzieć.

 

Stali goście schroniska z pewnością Ciebie znają...

No oczywiście! Takich osób jest mnóstwo. Z niektórymi znam się od dawna, najbardziej zaprzyjaźniłem się z grupą Ślązaków, którzy przyjeżdżają na Luboń już ćwierć wieku. Nie wszystkich turystów jestem w stanie zapamiętać, za to wielu z nich mnie rozpoznaje. I to nawet nie tylko na lubońskich ścieżkach, bo zdarzało się i w Bieszczadach, i w Tatrach, a nawet na Słowacji, że ktoś wołał: - O, pan z Lubonia!

 

Czyli chodzisz także po innych górach...

Już nie, bo rozleciała mi się cała paczka.

 

I zawsze chodzisz na Luboń sam?

Teraz najczęściej sam. Znajomi się wykruszyli. Ten umarł, tamten choruje, temu się nie chce, tego boli. Mnie też czasem boli. I co z tego? Pójdę na Luboń, to boleć przestanie. I też choruję. Miałem zawał, operowano mi trzustkę, wstawiono rozrusznik, jestem cukrzykiem.

 

Nie obawiasz się hipoglikemii na szlaku?

Nie, mam doświadczenie, znam swój organizm, kontroluję poziom cukru. Raz tylko zdarzyło się, że zjadłem obiad i zapomniałem o zastrzyku przed wyjściem. Zorientowałem się za późno, nie chciało mi się wracać, więc nic już nie jadłem - ani po drodze, ani w schronisku. Po zejściu zmierzyłem sobie cukier: miałem 130, czyli tyle, ile u zdrowego człowieka po obfitym posiłku, a zatem cały nadmiar spaliłem. Aktywność fizyczna jest doskonałym lekarstwem na cukrzycę, dzięki spacerom na Luboń mam ją pod kontrolą. Teraz wprawdzie bywam w schronisku rzadziej, raz - dwa razy w tygodniu - bo PESEL nie pozwala na więcej. Ale będę tam chodził dopóki sił mi starczy. Nie zamierzam siedzieć w domu, gapiąc się w telewizor. Wiem, że trochę ryzykuję, ale co tam... Pani Świerkowa, z ostatniego domu pod lasem, przy zielonym szlaku, zawsze siedzi w oknie i modli się o mój szczęśliwy powrót. No, to wracam.

 

Tadeusz Czupta

Ma 75 lat. Mieszka w Zarytem. Pracował jako mistrz na budowach. Jest na emeryturze. W Schronisku PTTK na Luboniu Wielkim był ponad 4500 razy.