Jim Morrison stracił swoją partnerkę Hilaree Nelson w 2022 roku podczas zjazdu z Manaslu. – Po takiej tragedii mógł zostać narkomanem, alkoholikiem albo dokonać czegoś wielkiego – mówi himalaista Leszek Cichy. Trzy lata później Jim zjechał na nartach północną ścianą Everestu.
Jesienią 2025 roku nasz skialpinista Andrzej Bargiel i czołowy Amerykanin w tym sporcie Jim Morrison pojechali na Mount Everest (8849 m n.p.m.). Cel obaj mieli ten sam: wejść na szczyt i zjechać na nartach. Bargiel atakował od strony Przełęczy Południowej, natomiast Amerykanin wybrał północną ścianę (The Northe Face). Obaj śledzili swoje poczynania, ale ostatecznie to Polak pierwszy stanął na szczycie (22 września). Morrison zameldował się na wierzchołku trzy tygodnie później (15 października). Trudno w to uwierzyć, ale spotkali się dopiero podczas Kolosów, czyli Ogólnopolskich Spotkań Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów, które od 20 do 22 marca odbyły się w Gdyni.
– Nie traktowaliśmy siebie, jak konkurentów. Każdy miał swój cel do zrealizowania. Najważniejsze, że cali i zdrowi zameldowaliśmy się na dole – mówił Amerykanin. Przyjechał do Polski, by opowiedzieć swoją historię, przybić piątkę z Bargielem i odebrać prestiżową nagrodę.

Historia Jima Morrisona naznaczona jest nie tylko wielkimi sukcesami, ale i wielką tragedią. W 2018 roku wraz ze swoją partnerką Hilaree Nelson jako pierwszy zjechał zjazdu na nartach z Lhotse (8516 m n.p.m.). Opowiadał o niej w Gdyni.
- Łączyła nas wspólna pasja do gór. Po Lhotse wiedziałem, że Hilaree jest osobą, z którą chce dzielić tę pasję. Stała się dla mnie najbardziej inspirującą osobą, jaką spotkałem w życiu – mówił Morrison.
Cztery lata po Lhotde, we wrześniu 2022 roku, oboje zdobyli Manaslu (8163 m n.p.m.), ósmy co do wysokości szczyt świata. Jak się okazało, był to ich ostatni wspólnie zdobyty wierzchołek.

- Nasz plan był taki, że zjedziemy kawałek ze szczytu, by przegrupować się z naszym zespołem Szerpów – opowiadał w Gdyni Morrison. - Zacząłem zjeżdżać pierwszy, po kilku skrętach Hilaree ruszyła za mną. Niestety, po chwili uruchomiła małą lawinę, przewróciła się i zaczęła zsuwać się po wąskim i śnieżnym zboczu, który opada 1,5 kilometra na południową stronę góry. Udałem się w tamtym kierunku, ale nie byłem w stanie zejść, by ją uratować. Zdałem sobie sprawę, że na tej ścianie jest bardzo niebezpiecznie i sam mogę stracić życie. To było straszne uczucie, którego nie życzę nikomu – mówił z przejęciem Jim.
Przez następne dni dzięki wsparciu profesjonalnego zespołu i helikoptera szukał Hilaree. – W tej całej tragedii poczułem ulgę, że udało się ją odnaleźć – przyznał Jim. Jej ciało zostało skremowane.
Mimo tej wielkiej tragedii Jim się nie poddał. Chciał zrealizować swoje wielkie marzenie o zjeździe na nartach z Everestu. Ruszył z ekipą na najwyższy szczyt Europy mniej więcej w tym samym czasie co Andrzej Bargiel.

- Były bardzo trudne warunki. Z niecierpliwością czekaliśmy na jakiekolwiek okno pogodowe. Wreszcie się wstrzeliliśmy i 15 października przy mrozie sięgającym minus 27 stopni Celsjusza stanęliśmy na szczycie w 12-osobowej ekipie – mówił w Gdyni Morrison. A opowiadając o tym momencie, łamał mu się głos. – To był dla mnie szczególny moment, bo to właśnie na Evereście rozrzuciłem prochy mojej ukochanej Hilaree. Ta chwila miała coś w sobie mistycznego. Chwilę z nią porozmawiałem i poczułem, że mogę jej poświęcić to, co się zaraz wydarzy. Jednak po chwili wróciłem do rzeczywistości. Zdjąłem ciepłe warstwy, założyłem narty i skoncentrowany rozpocząłem swój zjazd. To był bez wątpienia najtrudniejszy wyczyn w moim życiu – przyznał.
Amerykanin dokonał czegoś, co wydawało się niemożliwe. Zjechał do bazy legendarną linią Hornbein-Japanese Couloir na północnej ścianie Mount Everestu.
- To projekt mojego życia i jestem szczęśliwy, że się udało. Dlatego dziś nie myślę o tym, jakie wyzwania mam jeszcze do zrealizowania. Po prostu cieszę się, że mam powody do świętowania – przyznał Morrison.

Amerykański skiaplinista nie ukrywał, że przyjechał do Gdyni m.in. po to, by spotkać się z naszym Andrzejem Bargielem. Wcześniej nie mieli bowiem okazji.
- Mieliśmy wcześniej ze sobą kontakt SMS-owy. Przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy jest możliwe, abyśmy razem spotkali się na szczycie. Ale minęliśmy się – przyznał Bargiel, który po pół roku nie ukrywa, że nie pamięta nawet, którego dokładnie dnia wszedł na szczyt i rozpoczął zjazd. – 22 września? – zastanawiał się głośno, a publiczność kiwała potakująco głowami.
Obaj zgodnie przyznali, że chcieliby zrealizować wspólnie jakiś górski projekt. – Na pewno nie będzie to Everest, bo jest tyle innych celów do zdobycia. Ale obaj mamy do siebie wielki szacunek, że fajnie byłoby coś wspólnie zrobić. Zgadzam się z Jimem, że my nawet na Evereście ze sobą nie konkurowaliśmy. Każdy miał swój cel i projekt do zrealizowania. Jestem szczęśliwy, że mimo wielu trudności się udało – przyznał Bargiel.

Polski skialpinista wyjechał z Gdyni z Kolosem w kategorii Wyczyn. Nagrodzono go właśnie za wejście na Mount Everest (8849 m n.p.m.) i narciarski zjazd z wierzchołka bez użycia dodatkowego tlenu z butli.
Z kolei Amerykanin otrzymał nagrodę Colossus Award za zjazd narciarski legendarną linią - Kuluarami Hornbeina i Japońskim - na północnej ścianie Mount Everestu. Wyczyn został opisany przez organizatorów jako „przejaw odwagi i wizji pozwalających sięgać po niemożliwe”. Wielkiego podziwu dla niego nie kryli sławni polscy himalaiści: Leszek Cichy, Janusz Majer i Krzysztof Wielicki.
– Po takiej tragedii, jaka go spotkała, Jim mógł zostać narkomanem, alkoholikiem albo dokonać czegoś wielkiego. Wielki szacunek za to, co zrobił – podsumował gdyńską galę Leszek Cichy.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze