Są miejsca, które odwiedza się raz i zostają w pamięci na zawsze. Ale są też takie, które wciągają niczym wir. Każą wracać, odkrywać, fotografować i nigdy się nie nudzą. Jura Krakowsko-Częstochowska jest dla mnie właśnie takim miejscem.
Fotografuję ją od niemal 20 lat, dokumentując jej piękno w ramach współpracy ze Związkiem Gmin Jurajskich – instytucją odpowiedzialną za promocję Polskiej Marki Turystycznej „Jura Krakowsko-Częstochowska” oraz Szlaku Orlich Gniazd. I choć wydawałoby się, że znam Jurę na wylot, każdego roku potrafi mnie ona czymś zaskoczyć.
Kiedy chyba pierwszy raz świadomie fotografowałem Zamek Ogrodzieniec o poranku, pamiętam, jak delikatna mgła otulała jeszcze pobliskie lasy i łąki. Słońce wschodziło leniwie zza horyzontu, malując stopniowo od góry zamkowe wieże i strzeliste białe skały różem i złotem. To był widok znany mi wcześniej tylko z filmów dokumentalnych.
Takie chwile zdarzają się tylko tutaj. Jura to bowiem prawdziwy raj dla miłośników fotografii krajobrazowej. Przyczynia się do tego między innymi kilkanaście zamków i strażnic: od potężnych ruin w Ogrodzieńcu i Olsztynie, po bardziej kameralne, jak te w Rabsztynie czy Smoleniu. To one sprawiają, że tutejszy krajobraz jest po prostu bogatszy… nie tylko naturalny, ale i kulturowy. Jest swoistą synergią natury i wielkich dzieł ludzkich rąk, które przez burzliwe wieki polskiej historii dotrwały do dziś.

Podobnych odczuć doznaję fotografując krajobrazy Szkocji i Irlandii. Tam również na ciekawy fotograficzny landszaft składają się arcypiękne dzieła matki natury i wkomponowane w nie ludzkie budowle.
Jednak Jura to nie tylko zamki. To przede wszystkim wapienne skały, które wyrastają nagle z ziemi lub lasu niczym naturalne katedry. Często wracam na przykład do Rzędkowic, gdzie występuje niemal dwukilometrowe pasmo ostańców, które diametralnie zmienia się wraz z porami dnia – a najpiękniej prezentuje się o zachodzie słońca.

Lubię wspinać się na szczyty ostańców, by znaleźć nowe ujęcie. Nierzadko oznacza to czekanie w niewygodnych skalnych stanowiskach na odpowiednie światło. Ale naprawdę warto! Kiedy słońce zachodzi, białe skały zaczynają świecić ciepłymi refleksami, a cienie układają się tak, że krajobraz nabiera dramatyzmu. W takich chwilach mam wrażenie, że jestem świadkiem czegoś większego niż tylko gra światła i cienia. Jakby sama natura chciała pokazać swoje najpiękniejsze oblicze.
Z kolei najciekawsze wschody słońca na Jurze z widywałem ze szczytu góry Zborów. O świcie pierwsze promienie przebijają się przez mgły, a światło maluje rozległe i całkiem odsłonięte w tym miejscu skały pastelowymi odcieniami różu i złota. To wszystko w połączeniu z chyba najbardziej rozległą panoramą na całej Jurze sprawia, że człowiek wpada w pewnego rodzaju trans. Stoję wtedy w ciszy. Słychać tylko wiatr.
[paywall]
Fotografowie krajobrazowi mają swoją obsesję – światło zastane. Ale na Jurze jest jeszcze coś, co sprawia, że zdjęcia nabierają wyjątkowego klimatu - chodzi o dość częste mgły. A najpiękniejsze kadry powstają, kiedy mgła lub opar po opadach otulają okolicę, a tylko szczyty skał i wieże zamków majaczą przez mleczną warstwę.

Pamiętam pewien wypad fotograficzny z końcem kwietnia do Doliny Prądnika, kiedy to w ciepły dzień nagle rozpętała się wiosenna burza. Trwała krótko, ale i tak skutecznie przegnała zdecydowaną większość turystów, których w tym miejscu raczej nie brakuje. Kierując się jakimś instynktem lub twórczym głodem, wszedłem na szczyt Skał Koronnych, mijając ostatnich piechurów schodzących w dół doliny. Parująca z rozgrzanego uprzednio gruntu woda stworzyła w tej chwili niesamowity klimat. I choć byłem w tym miejscu dziesiątki razy, wtedy poczułem się jakbym stał tam po raz pierwszy w życiu. Niezapomniany spektakl stworzony przez romans miękkiego światła i gęstej lokalnej mgły. I do tego całkowita pustka wokoło...
Jeśli ktoś pyta mnie, kiedy najlepiej odwiedzić Jurę, odpowiadam bez wahania: późną wiosną lub jesienią. To wtedy jest najpiękniej – zarówno dla fotografów, jak i dla wszystkich, którzy chcą poczuć wyjątkowy klimat tego regionu. To wtedy Jura jest najbardziej fotogeniczna, żywa i malarska, a mimo to ruch turystyczny jest wtedy znikomy. Dla fotografa krajobrazu to dodatkowy atut.

Z kolei późną wiosną region wybucha świeżością – soczysta zieleń, delikatne kwiaty, rzepakowe pola, dłuższe dni, dynamiczna pogoda i przejrzyste powietrze pozwalają złapać kadry o niezwykłej czystości i intensywności barw. W połączeniu z białymi skałami i „orlimi gniazdami” kreują niespotykany nigdzie indziej krajobraz, jakże wdzięczny do fotografowania.
Jednak to jesień jest prawdziwą królową Jury. Gdy liście zaczynają zmieniać kolory, zamki i skały wyglądają jak wklejone w impresjonistyczny obraz. Jesień dodaje tej skalno-zamkowej scenerii zupełnie nowego wymiaru – ciepłe kolory liści występującej tu buczyny karpackiej tworzą ramy dla monumentalnych ruin i majestatycznych skał, a poranne mgły często wypełniają przestrzenie między różnymi wzniesieniami. Osobiście jesienią wolę odwiedzać południową część tego regionu – zwłaszcza Dolinki Krakowskie i Ojcowski Park Narodowy.
Po tylu latach fotografowania Jury wiem jedno: to źródło inspiracji nie ma końca. Możesz tu wracać setki razy i zawsze odkryjesz coś nowego – inne światło, inny kadr, inną historię. Dlatego, choć odwiedziłem dziesiątki innych zakątków Polski i Europy, to właśnie tu czuję się najbardziej u siebie.
Dla fotografa krajobrazowego to raj. Dla turysty – wyjątkowa destynacja. Dla mnie – niekończąca się opowieść. Jeśli chcecie poczuć, jak wygląda niecodzienna relacja między światłem a krajobrazem naturalnym i kulturowym, przyjedźcie na Jurę. Stańcie o świcie pod ruinami. Poczekajcie, aż mgła uniesie się nad gruntem i zobaczcie, jak słońce powoli muska białe skały i zamkowe wieże.

Gwarantuję, że wtedy zrozumiecie, dlaczego fotografowie terenowi zakochują się w tym miejscu na całe życie.
Znajduje się w dorzeczu górnej Wisły oraz Warty. Historycznie leży w zachodniej Małopolsce przy granicy ze Śląskiem. Zbudowano tu system średniowiecznych zamków, niegdyś strzegących granicy Królestwa Polskiego przed napadami z Górnego Śląska (tzw. Orle Gniazda).
Nazwę Wyżyna Krakowsko-Częstochowska wprowadził w 1947 r. Stanisław Pietkiewicz. 40 lat później została ona uznana przez Komisję Ustalania Nazw Miejscowych i Obiektów Fizjograficznych. Jednak w praktyce często używane są także inne określenia, jak Jura Krakowsko-Częstochowska, Jura Krakowska albo Jura Polska.

Potocznie mówi się po prostu Jura, a nazwa ta pochodzi od licznie występujących skał i ostańców pochodzących z okresu jury.
Wyżyna tworzy pas długości ok. 80 km, między Krakowem a Częstochową. Liczy około 2615 km². Dzieli się na Wyżynę Częstochowską, Wyżynę Olkuską, Rów Krzeszowicki i Garb Tenczyński.
Jakub Krawczyk - pochodzi z Dąbrowy Górniczej u stóp Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Fotografia towarzyszy mu w pracy, w czasie wolnym, przy promowaniu własnego regionu czy podróżowaniu po świecie. Towarzyszy mu zarówno w dzień, jak i w nocy.
Tekst ukazał się w wydaniu nr 06/2025.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze