Reklama

Góra Howerla - symbolem łączności z Ukrainą po inwazji Rosji

Do szczytu nie było już daleko. Otarłem pot z czoła, w duchu pozłorzeczyłem na brak kondycji, uspokoiłem oddech i podreptałem za przyjaciółmi. Jeszcze dwa przystanki, zachwyt nad połoninami rozciągającymi się po horyzont i już byliśmy w gwarnym tłumie na wierzchołku Howerli (2061 m n.p.m.), najwyższego szczytu Ukrainy. Wokół – gdzie nie spojrzeć - góry. Większe niż Bieszczady, dziksze, mniej ułożone turystycznie. 

 

Na szczycie słup w żółto-niebieskich narodowych barwach, kilka babuszek sprzedających serki, kanapki, różańce i coca-colę. Rozległy wierzchołek wypełniony jest turystami, głównie ukraińskimi. Szybka fotka, a potem przycupnęliśmy gdzieś z boku. Wyjęliśmy z plecaków, co tam mieliśmy najlepszego i delektując podniebienia napojem z piersiówki, zaczęliśmy zadzierzgiwać znajomość z grupką, która rozłożyła się biwakiem tuż obok. A to okazuje się zakładowa wycieczka z jakiejś fabryki na wschodzie, która co roku na Howerlę wraca, bo to dla nich góra ważna, niemal święta. Jak dla nas Rysy. Albo Giewont raczej – pomyślałem, a potem już na myślenie nie było czasu, bo częstowaliśmy się nawzajem tym, co mieliśmy. 

Reklama

 

Godzinę później z nieco rozśpiewanymi duszami, bo widoki były naprawdę nieziemskie, pożegnaliśmy się słowami „do zobaczenia znów na Howerli”. Czy kiedykolwiek znów tam wejdziemy? 

 

W dniu, w którym piszę ten felieton, 24 lutego, Rosja bez wypowiedzenia wojny o godzinie 4 nad ranem pociskami rakietowymi zaatakowała Ukrainę. Brzmi znajomo?

 

Niewiele więcej dziś wiadomo, panuje chaos informacyjny, w zasadzie jedyne co można powiedzieć po 20 godzinach walk to to, że „Ukraina broni się nadal”. 

 

O czym myśleć, co myśleć? Z jednej strony – TO nie dzieje się u nas. TO dzieje się za granicą. MY jesteśmy bezpieczni. Z drugiej strony – wiadomo, że na Ukrainie się nie skończy. Po niej będą kraje bałtyckie, a potem Polska. A może od razu Polska?

Reklama

 

To niemożliwe! 

 

To niemożliwe? Myślę sobie, jaką drogę przeszła Ukraina od dzikiego wschodu i krainy, gdzie na wycieczkę w Czarnohorę trzeba wziąć prawdziwą broń, bo „nigdy nie wiadomo”. Jeszcze w 2003 roku, gdy moje biuro organizowało spływ Czeremoszem, lokalni przewodnicy - na co dzień doktoranci na jednej z ukraińskich uczelni, posiadali takową „na wszelki wypadek”. 

 

A od paru ładnych już lat – to był kraj może i biedny, ale przecież całkowicie cywilizowany. I owszem, leżący na wschodzie ale już nie wschodni. W zasadzie, ot, zaraz prawie w Unii. No a dziś rakiety spadają na miasta i obiekty cywilne. 

Reklama

 

Pamiętam rodzinne opowieści o dziadku stryjecznym, który w czasie II wojny światowej (chciałem napisać: „ostatniej wojny”, ale to pojęcie właśnie nabiera nowego znaczenia) był kurierem w Beskidzie Sądeckim. Przemycał ludzi z Polski przez Czechosłowację na Węgry, a z powrotem czasem broń i pieniądze. Moja wyobraźnia nastolatka się rozpalała, przed oczyma stawało mi skrzyżowanie kapitana Klossa i Rambo dzielnie wypełniający swoją misję. Też chciałem chodzić po górach, znać doskonale teren i w ogóle brać udział w tajnych akcjach. Ale pech, wojna skończyła się 45 lat wcześniej, w PRL również i nijak się wykazać na odcinku przemytu ludzi nie szło.

Reklama

 

A dziadek Tadeusz był prawnikiem, a nie „specjalsem” i przeżył wojnę tylko dlatego, że ktoś go uprzedził, że w domu czekać na niego będzie Gestapo. Wraz z ostatnim kursem przerzucił się sam i nigdy już do Polski nie wrócił. Mniej szczęścia miała jego mama, a moja prababka, którą niemiecki okupant wsadził do obozu koncentracyjnego i wojny już nie przeżyła. 

 

Piszę o tym, bo dzisiaj te wszystkie wspomnienia stają się żywe i plastyczne. Czy za chwilę Pasterka będzie ośrodkiem przerzutowym do Czech? Czy w Lądku-Zdroju odżyje szlak Kurierów Solidarności, dzięki któremu opozycjoniści polscy i czechosłowaccy spotykali się pod pretekstem wycieczek turystycznych? Czy znajomość okolicznych gór i lasów pozwoli dostatecznie szybko uciec? Czy sam dałbym radę? Młodzieńczy zapał do tajnych akcji zdecydowanie opadł. Jego miejsce wypełniły zbędne kilogramy i czuję wyraźnie, że moja mobilność na przestrzeni ostatnich 30 lat wyraźnie spadła. W zasadzie się wręcz zatrzymała. Jeśli więc tematem numeru „Na Szczycie” jest szykowanie formy przed wiosennym powrotem w góry – szykujmy ją z większym niż co roku zapałem, bo a nuż będzie nam potrzebna do czegoś więcej niż rekreacyjna wycieczka po górach. 

Reklama

Oby nie!

 

Aplikacja magazynnaszczycie.pl

Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś koniecznie zainstaluj naszą aplikację, która dostępna jest na telefony z systemem Android i iOS.


Aplikacja na Androida Aplikacja na IOS

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 01/08/2024 10:35
Reklama

Reklama

Wideo magazynnaszczycie.pl




Reklama