Reklama

Smerek i Połonina Caryńska – bez tłumów w Bieszczadach


Żyjemy w niełatwych czasach, w których liczba negatywnych bodźców bywa przytłaczająca. I choć przeprowadzka do Strzebowisk nie wchodzi w grę, to są chwile, kiedy przychodzi mi to do głowy. Rzucić wszystko, spakować rodzinę i jechać w Bieszczady. Od jakiegoś czasu robimy to dość regularnie, choć oczywiście po kilku dniach zawsze wracamy. Na razie…


 

Rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Smerek i Połonina Caryńska

 

Tekst Szymon Matuszyński

 

W to wyjątkowe górskie pasmo trafiłem w swoim życiu dość późno. Zawsze bowiem, gdy pojawiał się pomysł wyjazdu w góry, padało na jakieś bliżej położone szczyty. W końcu jednak udzielanie wymijających odpowiedzi na pytanie: - Byliście w Bieszczadach? - zaczęło być kłopotliwe. Wstyd po prostu. 

Coś mi jednak mówiło, że jak już w końcu w Bieszczady trafię, to mnie zachwycą. I tak się kilka lat temu stało. Oczarowały mnie nie tylko cudowne połoniny, ale klimat, pustka, dzikość i tajemniczość tych gór. Bezcenne są też kilometry pięknych górskich szos, na poboczach których nie ma szpetnych billboardów. Na Podhalu czy Dolnym Śląsku to rzecz zupełnie nie do pomyślenia - bez billboardów ani rusz! 

Reklama

 

Najlepiej smakują późnym latem i jesienią 

 

W Bieszczady, co już stało się tradycją, wybieramy się co roku wspólnie z moim bratem Jankiem i naszymi rodzinami. Udało nam się znaleźć cudowną bazę wypadową w Strzebowiskach. Piękna chatka przy samej łące i górskim szlaku na Jasło. Cisza, spokój. Jeździmy zwykle w drugiej połowie sierpnia, kiedy wyżej w górach czuć już jesień. Dla nas super, dla maluchów, których mamy w sumie całkiem sporo, jeszcze  lepiej. 

W tym roku udało się wyskoczyć jednak raz jeszcze - późniejszą jesienią na przedłużony weekend. Mimo że z Wrocławia jest to kawał drogi, gra była warta świeczki. Jesień jest w tych górach naprawdę niezwykła. 

Reklama

Z maluchami przeważnie porywamy się na bieszczadzkie klasyki. W tym roku udało się nam zdobyć z nimi na przykład Wielką Rawkę. Ale już gdy ruszam w góry sam  albo, co też już jest tradycją, z moim bratem, staram się wybierać albo mniej popularne szlaki, albo wychodzić nad ranem lub późnym popołudniem.

I dokładnie tak jest dziś. Ponieważ chcę wykorzystać czas do maksimum, w planach mam aż dwie wycieczki jednego dnia - nad ranem, na rozgrzewkę, a potem po południu. Oba warianty sprawdzone, szanse na spotkanie na szlakach tłumów ludzi niewielkie. 

Reklama

 

Na rozgrzewkę - Połonina Caryńska 

 

Godzina 4.45 boli zawsze, nawet w górach. Choć tu oczywiście mniej, niż jak zdarza mi się wstawać o tej porze do pracy. Aż wstyd się przyznać, ale na Połoninie Caryńskiej nie byłem jeszcze nigdy, tym bardziej jestem podekscytowany. Dziś ten poranny wypad traktuję bardziej jako przebieżkę. Ale w prognozach widać, że pogoda skutecznie będzie moje tempo powstrzymywać, ponieważ widoki zapowiadają się przepyszne. 

Parkuję na Przełęczy Wyżniańskiej (855 m n.p.m.). Nie ma nikogo, nawet biletowych kontrolerów. Idę bez śniadania (z rezerwowymi batonikami w razie czego), bo już wyobrażam sobie, jak będzie ono smakować, jak wrócę do naszego domku. 

Reklama

Zielony szlak prowadzący na Połoninę Caryńską i jej najwyższy punkt, Kruhły Wierch (1297 m n.p.m.) nie jest specjalnie skomplikowany. Prowadzi niemal prosto na samą grań, po drodze kilka razy nieznacznie skręcając. Został jednak kapitalnie poprowadzony. Idzie w miarę otwartym terenem, czasem pośród gęstych krzewów. Dwukrotnie jednak wchodzi w las, który nad ranem sprawia nieco upiorne wrażenie - silniejszy momentami wiatr, dobiegające z dala odgłosy (jakie, kogo, czego!?), no i ta pustka. Cóż za klimat! 


Pokonuję kolejne metry po kamiennych schodach. Za mną zaczyna się pierwsza z zaplanowanych na dziś górskich projekcji z najwspanialszymi bieszczadzkimi gwiazdami w rolach głównych: po lewej Połonina Wetlińska z Chatką Puchatka, a za moimi plecami cudowne Rawki - Mała i Wielka. Zaś po mojej prawej ta najbardziej fascynująca, niedostępna przecież w części, bieszczadzka perspektywa - bliżej mnie Tarnica, potem Halicz, Krzemień, Bukowe Berdo i dalej, o ile mnie wzrok nie myli, najwyższy w całych Bieszczadach, znajdujący się na Ukrainie Pikuj (1405 m).

Reklama

 

Wataha zrobiła swoje 

 

Lubię seriale. Kto ich dziś zresztą nie lubi, choć znam i takich, co nie oglądają. Spośród kilku znajdujących się w moim TOP 10, polskich jest niewiele. Ale miejsce w ścisłej czołówce zajmuje „Wataha”. Dlaczego o niej wspominam? Otóż to właśnie dwa jej pierwsze sezony w dużym stopniu wpłynęły na moją fascynację Bieszczadami. Nie chodzi rzecz jasna o same góry, bo ta pasja jest we mnie silniejsza z każdym rokiem bez dodatkowych zachęt. Ale właśnie „Wataha” stworzyła wokół Bieszczad w mojej głowie dodatkową otoczkę tajemniczości i nieoczywistości, która towarzyszy mi w czasie górskich wędrówek.  

Reklama

Po niewiele ponad godzinie melduję się w najwyższym punkcie porannej przebieżki. Mój nikczemny plan się powiódł - jestem sam. Towarzyszy mi tylko para przelatujących w okolicy ptaków. Nie mam oczywiście pojęcia, co to za gatunek. O to spytam małżonkę dopiero na dole, na pewno będzie wiedziała. Jest pięknie i cudownie, czas stoi w miejscu. Nie wracam. 

 

To już jest tradycja

 

Ale nie mam wyjścia. Maluchy czekają na bułki, sam też muszę coś zjeść, a punkt kulminacyjny dopiero przede mną - wspólne z bratem popołudniowo-wieczorne wejście na Smerek. I choć jest on niższy od Caryńskiej (ma “zaledwie” 1222 m n.p.m.), podejście jest całkiem sporym wyzwaniem, większym niż poranny “wbieg” na połoninę.  

Reklama

Wycieczka czerwonym szlakiem na jeden z piękniejszych w mojej ocenie bieszczadzkich szczytów to prawie pięć kilometrów konkretnego momentami podejścia. Sam szlak jest też cudownie zróżnicowany, przypomina fragmentami wycieczkę Hawiarską Drogą na Małołączniak. Jest tu odcinek prowadzący gęstym, latem zielonym, dziś jesienno-kolorowym lasem, bujna roślinność w bardziej otwartych terenach, ale też całkiem strome podejście kamiennymi stopniami tuż przed szczytem. Ii ponad wszystko widoki. 

Reklama

Na Smerek zawsze wybieramy się z bratem. To już nasza rodzinna tradycja, których niestety w dzisiejszych czasach zbyt wielu nie mamy. On w filmowym pędzie głównie w stolicy, ja w swoim zawodowym - we Wrocławiu. Co prawda zeszłoroczna pandemia położyła plany wspólnego wyjazdu w Bieszczady, ale w tym roku nadrabiamy. I to z nawiązką. Cel jak zwykle ten sam - bez tłumów na Smerek. W porównaniu jednak z poprzednimi wycieczkami, ta będzie okraszona celebracją… parzenia kawy na szczycie. 

 

W tonie sarkazmu i ironii

 

Ruszamy z Kalnicy koło Wetliny późno, bo około godziny 14.30. Latem nie miałoby to wielkiego znaczenia, ale jesienią trzeba się na szlaku ogarniać. Światło oczywiście mamy ze sobą, bo pewne jest, że większą część drogi w dół będziemy pokonywać po ciemku. Czego jednak nie robi się dla przygody i kawy.  

Reklama

Ruszamy z parkingu w Kalenicy. Od początku nadajemy dość mocne tempo. Do pokonania mamy w górę niespełna 5 km i 680 metrów różnicy wzniesień. Z jednej strony niewiele, z drugiej jednak szlak potrafi dać w kość. Muszę pamiętać też, że jestem od 4.45 na nogach i byłem już dziś na połoninie, a także przebiegłem za dziećmi miliardy kilometrów!  Nie jestem więc pierwszej świeżości. A na dodatek schodzący z góry turyści dziwią się, że mijają nas idących w przeciwnym kierunku. 

Lubię te nasze wypady, choć tak rzadko się zdarzają. Brat opowiada co tam w wielkim świecie, ja odwdzięczam się swoimi przygodami. Ważne sprawy, plotki, wszystko w tonie sarkazmu i ironii, które obaj tak lubimy.

Reklama

 

Jedyna taka kawa

 

Utrzymujemy mocne jak na nas tempo. Mijamy wiatę turystyczną nieopodal wzniesienia zwanego Jasieniowem (ok. 900 m n.p.m.), to mniej więcej połowa drogi. Po kolejnym podejściu wychodzimy powoli z lasu, dookoła nas otwiera się piękna przestrzeń i typowy, bieszczadzki pejzaż. 

Sam Smerek to tak naprawdę naturalne przedłużenie Połoniny Wetlińskiej. Rozdziela je Przełęcz Orłowicza (1095 m n.p.m.), z której zejść można żółtym szlakiem do Wetliny, natomiast czarnym do Bacówki PTTK Jaworzec - miejsca, które polecam wszystkim o każdej porze roku. 

Tempo nam jednak spada, teren robi się coraz bardziej stromy, ale większe zmęczenie rekompensują widoki. Weszliśmy w moment tzw. magic hour - zachodzące słońce rysuje zjawiskowe pejzaże, oświetlając okolicę w zupełnie unikalny sposób. Stajemy, robimy zdjęcia, zachwycamy się. Na horyzoncie czuć już zimę, co dodaje wszystkiemu dodatkowego uroku. 

Na szczycie meldujemy się około 16.15. Za chwilę będzie ciemno, więc spieszymy z… parzeniem kawy! Brat zaopatrzył nas we wrzątek i specjalne urządzenie zwane aeropress. Kawę oczywiście mielimy sami. Wszystko trochę trwa, ale rytuał jest niesamowity. A kawa smakuje jak jeszcze nigdy do tej pory. 

 

A planety, szaleją…

 

Niestety nie mamy wpływu na ruch planet. Musimy się zbierać. Zresztą, jak wejdziemy w las, będzie już i tak kompletnie ciemno. Taki jednak był plan i znów sprawdził się doskonale. Dochodząc co prawda do szczytu, widzieliśmy ludzi idących w stronę przełęczy, ale oprócz nich znów nikogo. 

Pogodzeni z zapadającymi ciemnościami odpalamy światło i zwalniamy. Nie spieszy nam się nigdzie, a i tematów do przegadania jeszcze kilka jest. Pozostaje tylko żałować, że chyba w tym roku już razem w góry nie pojedziemy. Ale znów wrócimy w Bieszczady za kilka miesięcy, to jest raczej przesądzone. 

 

Informacje praktyczne

 

Dojazd

 

Do Wetliny i na Przełęcz Wyżniańską dojedziemy przez autostradę A4, Sanok i Zagórz. W wakacje bezpośrednie autobusy są m.in. z Krakowa. Poza sezonem trzeba się przesiadać w Sanoku. Na przystankach albo w sklepach znajdziemy namiary na firmy przewozowe oferujące dojazd na telefon – m.in.  do Brzegów Górnych i na Przełęcz Wyżniańską. 

 

Noclegi

 

Bacówka PTTK Pod Małą Rawką

  • tel. 504 170 127
  • www.rawki.pl

 

Szlaki

 

  • zielony: Przełęcz Wyżniańska – Połonina Caryńska 1 h 10 min ↑ 40 min ↓
  • czerwony: Kalnica – Smerek 2 h 15 min ↑ 1 h 15 min ↓

 

Tekst ukazał się w wydaniu nr 10/2021

Aplikacja magazynnaszczycie.pl

Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś koniecznie zainstaluj naszą aplikację, która dostępna jest na telefony z systemem Android i iOS.


Aplikacja na Androida Aplikacja na IOS

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 01/02/2026 16:55
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo magazynnaszczycie.pl




Reklama