Reklama

Alpbachtal i Zillertal – trekking w austriackich Alpach


Wiem, że jest środek zimy. W Alpach przeważa śnieg, panuje mróz i wieją silne wiatry. Góry są dostępne tylko dla najbardziej doświadczonych. Ale właśnie w takich okolicznościach chcę Wam zaproponować trekkingi w Alpach Kitzbühelskich i Zillertalskich.


 

Magia alpejskiej ciszy: Alpbachtal i Zillertal

 

Tekst Tomasz Wolff

 

Zza skał wynurza się mężczyzna. Ubrany na sportowo, co sugeruje jego biegowe zacięcie. Rzuca szybkie „serwus” i znika na stromej perci. To jedyna osoba, którą spotykam w czasie kilkugodzinnej wędrówki po Alpach Kitzbühelskich. Wszystko dzieje się dokładnie w ten sam weekend, w którym Tatry przeżywają prawdziwe oblężenie. Gdy zator na w miarę prostym szlaku z Małołączniaka na Przysłop Miętusi ma ponad dwie godziny. 

Dlatego wybieram Alpy. Nie dlatego, że obraziłem się na Tatry, ale kiedy już pakuję plecak i ruszam na szlak, chciałbym z tych gór coś mieć. A przypomnę tylko podstawowe liczby: Tatry zajmują powierzchnię 785 km kwadratowych, natomiast Alpy około 220 tysięcy. Siłą rzeczy od Siwego Wierchu po Hawrań musi być ciasno, tym bardziej że młodopolski mit podbijania Tatr zamiast słabnąć, przybiera na sile. 

Reklama

Mam to szczęście, że jedyne polskie góry o charakterze alpejskim schodziłem wzdłuż i wszerz jeszcze przed ukończeniem 20. roku życia, czyli na początku lat 90., kiedy tłumy na szlakach nie były tak nieprzebrane. Mogę więc się realizować właśnie w Alpach, do czego szczerze Was zachęcam.

 

2400 metrów? Easy… 

 

Rano jako pierwszy melduję się w jadalni. – Co tak wcześnie? – pyta wiekowy gospodarz. 

Od razu po nim widać, że stracił niejeden czekan podczas wspinaczki, a z alpejską skałą stanowi jedność, do tego twarz wyrzeźbiona latami ciężkiej pracy na dużej wysokości. Dopiero na drugi dzień po przyjeździe dociera do mnie, że pensjonat leży na wysokości ponad 1000 metrów n.p.m., czyli wyżej niż popularna Szyndzielnia w Beskidzie Śląskim. Tymczasem tutaj mamy centrum wioski ze sklepem, bankiem, restauracjami i kościołem. Gospodarz jest uśmiechnięty od ucha do ucha. W jego oczach odbijają się dawne wydarzenia, ale i nadzieja, że ziemska wędrówka potrwa jeszcze jakiś czas.

Reklama

– Chciałbym się wybrać na Grosser Galtenberga. To spora wysokość, dlatego chcę ruszyć jak najszybciej – tłumaczę powody wczesnej pobudki.

– Grosser Galtenberg? Easy [łatwo] – odpowiada błyskawicznie i prowadzi do okna. Kiedy już przebiję się przez kolorowe pnącza wszechobecnych pelargonii, skupiam się na celu dzisiejszej wyprawy. Z daleka przypomina trochę Świnicę od strony Hali Gąsienicowej.

 

Galtenberg słusznie jest Wielki

 

Słowa gospodarza działają na mnie motywująco. Skoro easy, to easy i od razu podkręcam tempo, żeby nie wyjść na słabeusza. Drogowskazy wskazują 4 godziny drogą trochę naokoło i o 30 minut mniej najkrótszą trasą. Choć gwoli wyjaśnienia – kto choć raz był w Alpach, wie, że poza parkami narodowymi i miejscami chronionymi, wszystkie „chwyty są dozwolone” i na szczyt można wejść wieloma ścieżkami i perciami. 

Reklama

Wczesne wyjście sprawia, że Alpy dopiero budzą się do życia i z każdym pokonanym metrem Inneralpbach – miejsce, z którego rozpoczynam wędrówkę - zaczyna nabierać kolorów. Początkowo jakby niedobudzony, nieostry, ale po godz. 10 wygląda już jak obraz 4K w telewizorze. 

Po nieco ponad półtorej godzinie mozolnej wspinaczki wychodzę z lasu i przede mną wyrasta Grosser Galtenberg (2424 m n.p.m.). Przydomek wielki z tej perspektywy jest na pewno nie na wyrost, a ja wędrując wąską ścieżyną wypatruję ciągu dalszego. 

Reklama

- Serio easy? Przecież do pokonania mam jeszcze 500 metrów… Którędy?  - stawiam sam sobie pytania. Na szczęście szybko okazuje się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Z perspektywy 2000 metrów n.p.m. góra trochę się wypłaszcza, a na wierzchołek wiedzie wygodna, choć momentami stroma droga. Nie ma się więc czego bać.

Na szczycie krzyż (w końcu który alpejski wierzchołek go nie ma?!) i cisza. Gdziekolwiek się człowiek nie obróci, piętrzą się alpejskie szczyty. Wprawne oko wyłowi także wierzchołki Wysokich Taurów. Rozglądam się za turystami. Brak.

Reklama

Na drugi dzień sympatyczny Austriak pyta, jak było. Nie mam wątpliwości, by odpowiedzieć: easy. Ośmielam się jeszcze dodać czas wejścia na szczyt. Patrzy trochę z niedowierzaniem, trochę z błyskiem w oku i dzieli się wiadomością z innymi gośćmi pensjonatu. 

– Wiecie, że ten gość wszedł na Galtenberga w niecałe dwie i pół godziny – mówi, po czym rozlegają się brawa przy porannej kawie, ciemnym pieczywie z szynką i żółtym serem oraz deserem na bazie jogurtu i owsianki. A ja kolejny raz powtarzam te zasłyszane - easy.

Reklama

 

Najpiękniejsza wioska w kraju

 

Alpbach (975 m n.p.m.) gdzie zatrzymuję się na trzy noce pod koniec września, to bez dwóch zdań miejsce magiczne. Chociaż podobny do setek w Austrii czy Szwajcarii, ma w sobie coś takiego, że człowiek chciałby zostać tutaj o wiele dłużej, niż wynika z opłaconych noclegów. Portal Austria.info pisze wręcz, że „kwiecista wioska Alpbach z domami z litego drewna jest uważana za najpiękniejszą wioskę w kraju”. I coś w tym musi być, skoro od 1945 roku odbywa się tutaj Europejskie Forum Alpbach, jedyne w swoim rodzaju forum wymiany myśli. Od ćwierć wieku obrady są prowadzone w nowoczesnym centrum kongresowym, które choć nie zostało wzniesione z drewna, bo w oczy rzucają się ogromne przeszklenia, idealnie wpisuje się w lokalny krajobraz.

Reklama

Z południa Polski, a konkretnie Bielska-Białej, to niecałe 800 kilometrów. Do wyboru mamy wersję przez Czechy lub Słowację, potem czeka nas już podróż wygodną, choć często remontowaną A1 do Salzburga. Kiedy już na horyzoncie ukazują się pierwsze alpejskie wierzchołki, zmęczenie kilkoma godzinami za kółkiem odchodzi w siną dal i noga ponownie robi się cięższa. Ale uwaga, kiedy wjedziemy na A12 w stronę Innsbrucku, czyli faktycznie znajdziemy się w Dolinie Inn, uważajmy na znaki. Kiedy przy ograniczeniu prędkości pojawi się dodatkowo komunikat IG-L, stosujmy się do zasad. To ograniczenie wynikające z troski Austriaków o środowisko naturalne. Przekroczenie prędkości o 30 kilometrów na godzinę, czyli de facto jazda z prędkością autostradową, może skutkować mandatem w wysokości prawie 100 euro.

Reklama

 

Ludzie są tu przyjaźni

 

Siłą Alpbach i całych Alp są ludzie. Przyjaźni, uśmiechnięci, pozdrawiający na każdym kroku. Kiedy czekam na poranny autobus, każda z mijanych osób wita mnie rześkim „dzień dobry”. Jest mi trochę głupio, że pierwsze robią to nawet starsze panie. Dlatego po chwili rozglądam się dookoła, żeby nic nikogo i niczego przegapić i być pierwszym.

Bardzo istotna jest różnorodność. Praktycznie na wyciągnięcie ręki są góry, które dobrze znamy z naszego podwórka. Tuż nad Alpbach muskuły pręży wapienny Gratlspitze (1894 m n.p.m.). Jak ktoś się uprze, w postrzępionym skalnym górskim pióropuszu dostrzeże pienińskie Trzy Korony. Byłem tam w 2024 roku i turystów także mogłem policzyć na palcach jednej ręki.

Reklama

Jak ktoś zamarzy o szlaku podobnym do Orlej Perci, to też będzie kontent. Polecam skorzystanie z kolejki Wiedersbergerhornbahn. Niektóre pensjonaty oferują Alpbachtal Card w cenie noclegu, która uprawnia do przejazdu za darmo kilkoma gondolami. Wagoniki wywożą nas na wysokość 1850 metrów n.p.m., gdzie zaczyna się właściwa przygoda. Po godzinie docieramy na Standkopf (2241 m n.p.m.). Tu kończą się wypłaszczenia, momentami robi się naprawdę stromo i w drodze do Inneralpbachu przez Tapenkopf (2247 m n.p.m.) i Gamskopf (2205 m n.p.m.) czeka nas sporo łańcuchów i ubezpieczeń. Sprzęt do via ferrat nie będzie konieczny, ale emocje gwarantowane. I przede wszystkim mamy gwarancję, że wrócimy w doliny na własnych zasadach, nie czekając na nikogo. Wiem, co piszę, bo zdarzały się  sezony, gdy „fruwałem” po szczytach i nie miałem do kogo otworzyć ust.

Reklama

 

Danie drugie: Dolina Zillertal

 

Z Alpbachtal przenoszę się do sąsiedniej Doliny Zillertal, która zimą słynie przede wszystkim z prężnie działających ośrodków narciarskich. Drzwi opierają się pod naporem moich rąk. Nie wziąłem rękawiczek, ręce mam całe zgrabiałe z zimna. Zastanawiam się, czy już ich nie czuję i nie wiem, ile sił wkładam w mocowanie się z klamką, czy rzeczywiście są zamknięte. Ale przecież widzę otwarte okiennice, a z komina leci dym. 

Do Friesenberghaus docieram po trzech godzinach marszu z Zemmtal, jednej z bocznych dolin Ziller. Do pokonania jest ponad 1000 metrów przewyższenia. Sporo, biorąc pod uwagę, że chcę wyjść na ponad 3000 m n.p.m. Schronisko, które wyłania się po długiej i samotnej wędrówce, ma przynieść odpoczynek i realną ocenę możliwości. Powyżej 2000 m n.p.m. leży warstwa świeżego śniegu, śladów nie ma żadnych, bo nikt przede mną nie szedł. 

Kiedy odbijam się od drzwi, ruszam dalej. Odczuwalna temperatura spada poniżej zera. Widoczność spada, pojawia się mocny wiatr, który wywiewa wszystkie myśli z głowy. Serce mówi: idź na Hoher Riffler (3231 m n.p.m.). Jednak rozum podpowiada: wystarczy Petersköpflem (2679 m n.p.m.). I tej ostatniej wersji się trzymam. Szczyt może niezbyt wybitny, ale przynajmniej jest bezpiecznie (w miarę) i ciekawie, bo na wypłaszczonym wierzchołku ktoś najwyraźniej urządził konkurs na kopczyk z kamieni. Są ich setki, z daleka całość wygląda jak opuszczony kirkut.

Po powrocie ze szczytu ponownie próbuję się dostać do schroniska. Drzwi dalej stawiają opór. Coś jednak w tym obiekcie, które leży na wysokości 2500 m n.p.m., się zmieniło. Okiennice są już zasłonięte. Dopiero z internetu dowiaduję się, że na kilka dni przed moim przyjściem zakończyło swoją działalność i gospodarz, który wyłania się za budynku gospodarczego, zabezpiecza wszystko przed długą alpejską zimą.

 

Auto zatrzymuje się bez machania

 

Schroniskowy termometr wskazuje dwie kreski powyżej zera. Czas schodzić w doliny. Ogrzać się przed wyjazdem w Alpy i kolejnym wyjściem w góry. Żeby nie wracać tą samą drogą, wybieram wariant przez zaporę wodną, a następnie momentami idę asfaltem. Deszcz kolejny raz wylewa swoje żale. Nawet nie macham ręką, kiedy zatrzymuje się mercedes na blachach z Berlina.

– Możemy ci jakoś pomóc? – pyta para w średnim wieku.

Pakuję się do środka. Ciepło rozlewa się po całym ciele. Na koniec dociera do serca. I ta myśl, że choć w Alpach często jesteś sam na sam, połykasz kilometry i przewyższenie we własnym rytmie, kiedy będzie trzeba, ktoś wyciągnie do ciebie pomocną dłoń. Nawet, jak nie będziesz o nic prosił.

 

Informacje praktyczne

 

Alpbachtal

Dolina Alpbachtal leży między ostrzejszymi górami Rofan i łagodnymi Alpami Kitzbühelskimi. To serce Tyrolu pomiędzy miastami Kufstein oraz Innsbruck. Wzięła swoją nazwę od potoku Alpbach, który przepływa przez całą dolinę. 

Latem na turystów czekają liczne szlaki turystyczne, jeziora i trasy rowerowe. Najwyższe góry w Alpbachtal to Grosser Galtenberg (2425 m n.p.m.), Sonnenjoch (2287 m n.p.m.), Standkopf (2228 m n.p.m.), Wiedersberger Horn (2128 m n.p.m.) oraz Gratlspitze (1899 m n.p.m.). 

Zimą amatorów białego szaleństwa zaprasza ośrodek narciarski Ski Juwel Alpbachtal Wildschönau. To łącznie 45 wyciągów różnego typu, 72 trasy o łącznej długości 113 km, a średni opad śniegu wynosi ponad trzy metry. Są także zimowe szlaki turystyczne (ponad 100 km), a najwyższa góra to Wiedersberger Horn (2025 m n.p.m.). 

 

Zillertal

Dolina rzeki Ziller, dopływu rzeki Inn, na wschodzie sąsiaduje z Alpbachtal. Rozciąga się na długość kilkudziesięciu kilometrów, między miejscowościami Strass i Mayrhofen. Tu rozdziela się na kilka mniejszych dolin, m.in. Tuxertal oraz Zemmtal. 

Wzdłuż doliny z Jenbach do Mayrhofen kursuje turystyczna kolejka wąskotorowa. 

Znajduje się tu kilka ośrodków sportów zimowych (m.in. Fügen, Zell am Ziller oraz Mayrhofen). Łącznie działa tu 180 wyciągów. Na fanów nart i deski czeka 546 km tras o różnym stopniu trudności. 

Latem oprócz turystyki i wspinaczki górskiej można tu uprawiać m.in. rafting, kanioning i paralotniarstwo, narciarstwo, trekking i wspinaczka górska, Od nazwy doliny pochodzi nazwa pasma górskiego Alpy Zillertalskie. Najwyższym szczytem jest Hochfeiler (3510 m n.p.m.). 

 

Dojazd

 

Z południa Polski do dolin – Alpbachtal lub Zillertal – jest ok. 800-900 km. Najszybsza droga wiedzie np. przez Czechy (Brno) i Austrię (autostrada A5 i A1), którą na chwilę wjeżdżamy do Niemiec (okolice Rosenheim), by w Kufstein wrócić do kraju Mozarta. Do Alpbachtal skręcamy na węźle Rattenberg, a do Zillertal w Jenbach. 

Autobusem trzeba dojechać do Innsburcku (z przesiadką w Bratysławie lub Wiedniu, cena ok. 330 zł w jedną stronę). Można też lecieć samolotem (z przesiadką w Wiedniu, cena ok. 850 zł w jedną stronę).

 

Noclegi 

Obie doliny oferują bogatą ofertę noclegową. Zimą (sezon narciarski) są one znacznie droższe, ale latem ceny w kilkuosobowych apartamentach albo pokoju w pensjonacie zaczynają się już od ok. 70 zł/os., a w hotelach od ok. 400 zł/os.

 

Koszt

Latem tygodniowy pobyt może się zamknąć w kwocie ok. 2,5 tys. zł, zimą będzie co najmniej dwa razy droższy.

 

 

Tekst ukazał się w wydaniu nr 1/2026

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 07/03/2026 16:47
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo magazynnaszczycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości