Reklama

W cieniu Araratu. Trekking w Armenii


Dolina rzeki Araks. Przejeżdżałem tędy dziesiątki razy. Za każdym razem obiecywałem sobie, że znajdę czas, by bez pośpiechu zdobyć szczyt i z kubkiem świeżo zaparzonej kawy rozkoszować się widokiem na świętą górę Ormian – Ararat. Rozpoczynam więc nocny wypad na pachnący macierzanką szczyt Urts, z nadzieją na piękną, poranną panoramę.


 

W cieniu Araratu. Trekking w Armenii

 

Armenia. Lato w stolicy kraju, którego 90 proc. powierzchni leży powyżej 1000 m n.p.m., jest zawsze upalne. Gorące powietrze próbuje przebić się do budynków zbudowanych z różowego tufu. Lekka piroklastyczna skała, która powstała miliony lat temu w wyniku sprasowania i zesztywnienia popiołów oraz pyłów wyrzucanych przez starożytne wulkany, jest doskonałym izolatorem zarówno przed żarem w lecie, jak i mrozami w zimie. Ulicznie arterie Erywania chronią cienie rzucane przez rosłe platany. 

 

Bohater Dawid z Sasunu

 

Powoli, bo jak inaczej przemieszczać się w temperaturze powyżej 40 stopni Celsjusza, idę aleją Tigranesa II Wielkiego – najsłynniejszego króla Armenii z dynastii Artaksjaszów. Mijam przechodniów i schładzam się wodą z ulicznych kraników. Według wielu podróżników i samych Ormian, płynie z nich najlepsza woda na świecie. Kto był w Armenii, doskonale wie, że w tym kraju wiele rzeczy (jak nie wszystko) jest najlepsze.

Reklama

Pokrzepiony chłodną wodą docieram do placu Dawida z Sasunu. W jego centrum mieści się pomnik dłuta Erwanada Koczarjana. Jego dzieło przedstawia bohatera ormiańskiego eposu narodowego „Śmiałkowie z Sasunu”, który wyparł arabskich najeźdźców z Armenii. Waleczny Dawid gniewnie pręży się na błyszczącym rumaku, zwanym Kurkik Dżalali. Za pomnikiem, na dachu Dworca Centralnego, góruje iglica zakończona... uproszczonym godłem Armeńskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.

 

Przeczytaj nowe e-wydanie Magazynu Na Szczycie

 

Przejściem podziemnym docieram na drugą stronę torowiska, gdzie na małym placu stoją fury. I choć w samym Erywaniu transport miejski obsługują nowoczesne autobusy oferujące darmowy internet, to na podmiejskie trasy wciąż ruszają kultowe, radzieckiej produkcji PAZ-y napędzane gazem. I ja właśnie trafiam na taką zabytkową maszynę, którą ruszam na południe.

Reklama

 

Rozgrzewka z historią w tle

 

Sędziwy pojazd z Erywania wjeżdża do prowincji Ararat. Droga biegnie przez rozległą Kotlinę Araracką, główny obszar rolniczy kraju. To tutaj uprawia się słynne ormiańskie morele, brzoskwinie, winogrona, arbuzy, a także pomidory i bakłażany. Płynąca rzeka Araks wyznacza historyczny i geograficzny kręgosłup Armenii.

Ararat rośnie w oczach. Względem otoczenia masyw wyrasta aż 3611 metrów, co daje mu 48. miejsce na światowej liście szczytów mierzonych pod względem wybitności. W prostej linii mam do Wielkiego Araratu 35 km. Wydaje się, że mogę go dotknąć.

Reklama

Na zachód od drogi mijam klasztor Chor Wirap, czyli „głębokie lochy”. To miejsce uwięzienia Grzegorza Oświeciciela, gdzie na rozkaz króla Armenii Tiridatesa III święty spędził 15 lat. W międzyczasie Tiridates postradał zmysły po zamordowaniu św. dziewicy Rypsymy, która nie chciała mu ulec. Za wstawiennictwem siostry króla, św. Grzegorz przywrócił królowi zmysły. Po cudownym ozdrowieniu Tiridates wraz z całym dworem przyjęli chrzest w 301 roku. Tym samym Armenia jest pierwszym chrześcijańskim państwem na świecie.

Reklama

Na kolejnym skrzyżowaniu za Chor Wirap, autobus w tumanach kurzu, skręca na drogę H-10. Po godzinnej przejażdżce z Erywania wysiadam w miasteczku Wedi, którego nazwa pochodzi od arabskiego słowa wadi, oznaczającego dolinę. Do języka ormiańskiego wyraz zapewne trafił poprzez język perski.

 

Szarańcza... start

 

Plan na poranną panoramę z najwyższego szczytu pasma, pod którym obecnie się znajduję, jest prosty. Czekam, aż temperatura spadnie poniżej 40 stopni, by nie tracić za dużo płynów. Przede mną 24 km na samą górę i 1610 metrów przewyższenia. Z przerwami liczę, że spokojnie zajmie mi to dziewięć godzin. Prognozy pogody są pomyślne.

Reklama

Odwiedzam zatem bar. Po autobusowej przejażdżce, gdzie temperaturę regulowały otwarte okna i pęd wpadającego powietrza, klimatyzowane pomieszczenie błogosławię niczym deszcz na pustyni. Nie planuję gotować po drodze, zatem zamawiam ostatni posiłek przed maratonem. Bez chwili zawahania decyduję się na drobno siekane nożem mięso baranie z ziołami zawinięte w lawaszu – tradycyjnym ormiańskim chlebie. Smakuje wybornie. Całość popijam tanem – ormiańskim napojem na bazie jogurtu naturalnego (macun) i soli z wodą.

Reklama

Po takim posiłku funduję sobie sjestę na ławce w parku z butelką Jermuk, wodą mineralną pochodzącą z wysokogórskiego uzdrowiska w prowincji Wajoc Dzor. Labę przerywa dorodny okaz szarańczy egipskiej, która ląduje na mojej nogawce. W przeciwieństwie do innych gatunków szarańczy nie tworzy niszczycielskich rojów. Jest naturalnym samotnikiem. Czyżby matka natura dawała mi w ten sposób sygnał do startu? Patrzę na termometr. Jest 39 stopni Celsjusza. Godzina 17. Owad z charakterystyczną pomarańczową kropką pomiędzy paskowanymi oczami odlatuje. Nocny maraton czas zacząć.

 

Reklama

Tempo, woda, tempo

 

Wychodzę z miasteczka przez wioskę Gorawan, która od południa graniczy z Rezerwatem Piasków Gorawan. Rezerwat został utworzony jeszcze przez rząd byłej Armeńskiej Republiki Radzieckiej w 1959 roku w celu ochrony unikalnej przyrody największej (około 200 ha) piaszczystej półpustyni w Armenii. To tu występuje 12 gatunków flory oraz siedem gatunków fauny wpisanych na krajową Czerwoną Listę. 

Niestety, unikatowy teren rezerwatu stopniowo się kurczy z powodu ludzkiej działalności, takiej jak wypas owiec i kóz, a także wydobywanie słynnego ormiańskiego trawertynu. Z punktu zachodniego ekologa łatwo potępić takie działania. Inaczej sytuacja wygląda z perspektywy mieszkańców terenów półpustynnych.

Reklama

Pierwsze kilometry mijają gładko. Trzymam dobre tempo. Przy szutrowej drodze mijam plantacje moreli. Na szóstym kilometrze przechodzę obok jakichś zabudowań, z których najpierw wyskakuje na mnie ujadający pies. Chwilę po nim jego właściciel. 

 

- A ty, dokąd, skąd i po co? – pyta mężczyzna zdziwiony widokiem piechura z plecakiem. 

- Jestem z Polski. Idę na Urts – odpowiadam z uśmiechem.

- Siadaj. Jest późno. Jutro pójdziesz - przekonuje mnie Ormianin. 

- Dziękuję. Idę zrobić zdjęcia Araratu o wschodzie słońca – tłumaczę. 

Reklama

- Aaaa… Wody nie potrzeba? – zagaduje. Podziękowałem. Przeliczyłem, że do rana mi wystarczy. 

 

Żegnam z miłym Ormianinem i ruszam dalej. Wokół suche doliny i góry. Rzucany przeze mnie cień coraz bardziej się wydłuża. Szarość otoczenia zaczyna przybierać kolory pomarańczy. Oglądam się w kierunku Araratu. Jego wyższy szczyt wystaje ponad grań Urts. Słońce za chwilę schowa się za linią horyzontu. Zaczynam bardziej strome podejście.

 

Samotność nocnego maratończyka

 

Temperatura powietrza spada poniżej 30 stopni. Na niebie pojawia rachityczny księżyc. Rozgrzaną skórę koi przyjemny wiatr. Niesie ze sobą drobinki wysuszonej ziemi i roślin, które świecą w słupie czołówkowego światła. Gdy zbliżam się do grani, czuję, że opadam z sił. Liczę czas. Mam sporo zapasu. Znajduję wypłaszczenie bez „suchych kujaków” i rozkładam moskitierę. 40 minut drzemki to zbawienny restart dla organizmu. Wchodzę energicznie na grań.

Reklama

W oddali niebo rozświetla poświata Erywania. Po prawej stronie mam urwisko prowadzące na dno Kotliny Ararackiej. Na wąskiej ścieżce, co jakiś czas odnajduję świeże łuski z amunicji kalibru 7,62x39 wykorzystywanej w legendarnym AK-47. Czy ktoś tutaj polował, czy strzelał na wiwat? 

Masyw Urts znajduje się w południowej strefie buforowej migracji wielu gatunków zwierząt zamieszkujących Państwowy Rezerwat „Chosrow”. Wśród nich znajdują się niedźwiedź syryjski oraz lampart perski, zwany też kaukaskim. I choć są to gatunki chronione, to... na Kaukazie polowanie jest częścią tradycji „męskiego świata”. Z doświadczenia jednak wiem, że drapieżniki wolą trzymać się zacienionych wąwozów oraz obszarów leśnych. Tutaj na grani, szybciej można spotkać kozę bezoarową oraz muflony armeńskie. 

Co do spotkań z żywymi organizmami, to na grani nocą spostrzegam jedynie zaskoczonego światłem jeża. Natomiast z wytworów ludzkich odnajduję porzuconą haubicę, której lufa jest skierowana w stronę Nachiczewanu – azerskiej eksklawy. Zapewne to pozostałość z konfliktu o Górski Karabach. Siadam chwilę przy metalowym świadku tragedii z 2023 roku. Według różnych źródeł po ofensywie Azerbejdżanu z Górskiego Karabachu Ormianie zostali wygnani. W sumie ponad 100 tys. dorosłych i dzieci. Wśród nich moi znajomi. Z wieloma nie udało mi się odzyskać kontaktu do dziś.

Odpędzam od siebie smutne myśli. W każdym konflikcie tracą prości ludzie - majątek, zdrowie, rodziny, życie. Zyskują ci na górze – wiele razy słyszałem to z ust zwykłych zjadaczy chleba w Arcachu, Czeczenii, Iraku czy Ukrainie. I ja też, jako prosty piechur, w milczeniu schodzę na przełęcz na 2268 m n.p.m. Stąd mam już tylko 1,5 km do szczytu.

 

Urts znaczy macierzanka

 

Na najwyższy punkt masywu - 2445 m n.p.m. - docieram bez pośpiechu tuż przed wschodem słońca. Czworonożny, metalowy znacznik otacza niewidzialny aromat płynący z macierzankowych dywanów. Zapach pobudza chęć na poranną kawę. Sypię zatem brązowy proszek do metalowego kubka. Wyciągam gaz i palnik. Okazuje się, że mój lekki tytanowy palnik ma za krótką iglicę do kartusza tureckiej produkcji. Pamiętam, że kilka lat wcześniej też miałem taki problem w Turcji, ale wówczas miałem ze sobą drugi palnik. No cóż, kawy nie będzie. Czekam zatem na wschód słońca i wymarzony widok na Ararat.

Zza linii horyzontu wschodzące słońce rozpoczyna unikatowy, choć cykliczny spektakl. Nowy dzień otwiera się na przyprószonym chmurami niebie, ciepłem kolorów malowanych centralną gwiazdą Układu Słonecznego. Wyczekuję aż światło zaleje zachód. Szukam wiecznie białego szczytu Araratu. Niestety, poranek na zachodzie jest wilgotny i biblijna góra jest ledwie zauważalna. No cóż, widoku też nie będzie.

Mam za to moment sam na sam z miejscem, gdzie chciałem dojść. Gdzie nie spojrzę, jestem otoczony przez góry. Od wschodu pasmo Wardenis i granica z Azerbejdżanem. Na północy horyzont poszarpaną linią rysuje pasmo gór Gegamskich. Na zachodzie rozpościera się Kotlina Araracka z Araratem i granica z Turcją. W tym kierunku widoczne są także wzgórza Iranu. Na południu wyrasta kamienny szczyt Mets Parakhadem (1949 m n.p.m.), za którym biegnie autostrada M-2, a równolegle do niej wypiętrza się naturalny mur górski od wysokości 2066 m do wzgórza Quaraburun (945 m n.p.m.), za którym znajduje się Republika Nachiczewańska.

 

Do mety

 

Wraz ze wschodzącym słońcem czuję rosnącą temperaturę powietrza. Do mety maratonu jeszcze 15 km. Wracam na przełęcz, skąd schodzę do ruin wioski Moszaghbiur. Tu odnajduję starożytny cmentarz chaczkarów, ormiańskich kamiennych krzyży.

Dalej, nadkładając nieco drogi, znajduje się klasztor św. Jana Chrzciciela. Ten historyczny ormiański zespół klasztorny z XIV wieku, choć jest w ruinie, to nadal zachwyca swoją architekturą, w tym dobrze zachowaną centralną kopułą kościoła i fragmentami misternie zdobionego tympanonu. Klasztor był ważnym ośrodkiem religijnym i kulturalnym, jednak po silnym trzęsieniu ziemi w 1678 roku został opuszczony. Jednak do dziś 14 stycznia przybywają tu pielgrzymki z okazji wspomnienia św. Jana Chrzciciela.

Drogą szutrową dochodzę do drogi H-10. Mijam wioskę Lanjar i docieram do mety na autostradzie przed Tigranashen. Łapię autostop w niespełna minutę. Sympatyczny kierowca podrzuci mnie do miasteczka, z którego wystartowałem. Stamtąd wrócę do Erywania autobusem.

Przejeżdżamy przez Kotlinę Araracką. Po prawej widzę całe pasmo Urts. Na lewo Ararat. Gorący dzień i trudy nocnego maratonu dają znać o sobie. Walczę, by nie zasnąć. Robię w myślach krótkie podsumowanie. Może nie było porannej kawy z widokiem na biblijną górę. Natomiast na zawsze pozostanie w mojej pamięci zapach macierzanki z masywu Urts. Ten aromat jeszcze bardziej podkręca moje uczucie do ormiańskich gór. Niezmiennie czuję do nich miętę.

 

Góry Ormian

 

  • Ararat choć leży na terytorium Turcji, to uznawany jest przez Ormian za świętą górę. Jako symbol narodowy wraz z arką Noego pojawiają się w godle Armenii. Masyw składa się z dwóch szczytów: Wielkiego – 5137 m n.p.m. i Małego Araratu - 3896 m n.p.m. 
  • Po ormiańsku Ararat nazywany jest Masis, Turcy szczyt określają nazwą Ağrı Dağı (czyt. Ary Da-y), natomiast Kurdowie, którzy obecnie zamieszkują teren wokół masywu, opisują Ararat jako Çiyayê Agirî (czyt. Czija-je Agi-ry), co w dosłownym tłumaczeniu oznacza „Ognistą Górę”.
  • Panorama ze szczytu Urts jest niezwykła. Na północ od masywu mieści się pasmo wygasłych wulkanów - góry Gegamskie: Gegasar (Mały Spitakasar, 3443 m n.p.m.), za nim Wielki Spitakasar (3560 m n.p.m.) i najwyższy Azhdahak (3597 m n.p.m.). Na wschodzie znajduje się pasmo Vardenis z najwyższym szczytem o tej samej nazwie (3522 m n.p.m.). Na południe aż po zachód, ciągnie się dolina rzeki Araks. Za doliną wypiętrza się biblijny Ararat.

 

Informacje praktyczne

 

Dojazd

 

Do Armenii najszybciej i najtaniej dostaniemy się samolotem. Z Warszawy do Erywania (lotnisko Zwarnoc) połączenie realizuje PLL LOT. Czas bezpośredniego lotu to około 3,5 godziny. Nieco tańszym, jednak dłuższym rozwiązaniem, jest lot do Kutaisi w Gruzji linią Wizzair. Następnie z Tbilisi z dworca Tbilisi Ortachala autobusem do Erywania lub pociągiem z dworca głównego. Lokalne autobusy do prowincji Ararat odjeżdżają z dworca międzymiastowego przy stacji metra Sasuntsi David i Dworcu Centralnym stolicy Armenii.

 

Noclegi

 

Capsulahotel

  • ul. Rafael Lemkin 14, Erywań 0054, Armenia
  • +374 443 555 53

 

Dokumenty

 

Polacy mogą wjeżdżać do Armenii bez wizy i przebywać na jej terytorium do 180 dni w ciągu roku. Do przekroczenia granicy niezbędny jest paszport (dowód osobisty nie jest honorowany).

 

Koszt wyjazdu

 

Tygodniowy wyjazd z przelotem w obie strony może się zamknąć nawet w 2,5 tys. zł. Transport lokalny w Armenii jest stosunkowo tani. Nawet taksówki lub przejazdy przy pomocy aplikacji Yandex Go są tańsze niż w Polsce.

 

Tekst ukazał się w wydaniu nr 6/2026

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 12/10/2026 17:53
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo magazynnaszczycie.pl




Reklama