Miało być o lawinach, tej w Karakorum i tej w Nepalu, ale nie będzie. Potrzebuję czasu, żeby się oddalić emocjonalnie od tych wydarzeń i wiedzy, której teraz nie mam. To, co zrodziło się poniżej, jak większość moich tekstów, pochodzi ze zdarzeń i skojarzeń. A było to tak.
W sierpniu dwukrotnie pojawiłem się w Podlesicach. To Jura Krakowsko-Częstochowska. Kiedyś miejsce, do którego często przyjeżdżałem, głównie z racji potrzeb wspinaczkowych, teraz tylko punkt na mapie. Życie rzuciło mnie w inne części, czy to Polski, czy świata, i Podlesice zarosły trawą i krzaczorami w mojej głowie.
Z sentymentu i zwykłej ciekawości przeszedłem się w te miejsca, które były teatrem moich skałkowych „days of glory”. To, co zobaczyłem, wzbudziło we mnie silny sentyment, żeby nie powiedzieć melancholię. Do tego doszły długie rozmowy z Darkiem Kapturem i Marcinem Kwaśniewskim o przysłowiowych „starych karabinach”.
Każda wielka wspinaczkowa mekka rodzi się w ten sam sposób: surowy teren spotyka pokolenie ludzi, którzy nie mieszczą się gdzie indziej, a miejscowa społeczność - czasem z ociąganiem, czasem z otwartymi ramionami - pozwala im zostać. To powtarzający się mechanizm, który da się prześledzić od kalifornijskiej Doliny Yosemite po walijskie Llanberis, i który zadziałał również w bardzo polskim wydaniu w Podlesicach.
Film "Valley Uprising" z 2014 roku przybliża historię Camp 4 w Yosemite i jest opowieścią o kontrkulturze. Powojenni wspinacze, którym brakowało pieniędzy, ale mieli czas i upór, latami sypiali pod granitowymi ścianami El Capitana. Żyli w wiecznym konflikcie z administracją parku narodowego, tworząc, pokolenie po pokoleniu, legendę amerykańskiego big wallu. Ich charyzma, upór, talent i zuchwałość stworzyła kanon „dirt bagów” i została przetłumaczona na język filmowej legendy.

Z kolei „Adra" opowiada historię o Llanberis w Snowdonii (Walia). Wsi, której społeczność przez sto lat, pokolenie po pokoleniu, od pierwszych wspinaczek kobiet, przez powojenne dzieciaki szukające ścian dla siebie, po zbuntowaną młodzież lat 80. traktującą wspinanie jak formę protestu, nauczyła się tolerować, a z czasem pokochała napływających nonkonformistów. Aż kraina ta stała się dla nich duchowym domem. W obu przypadkach działa ten sam mechanizm: miejsce potrzebuje walorów, żeby do niego wracać, do tego pokoleniowej ciągłości i, co najważniejsze, zgody miejscowych na to, żeby obcy mogli się tam zadomowić na własnych zasadach. Bez tej trzeciej rzeczy nie ma legendy, jest tylko sezonowy ruch turystyczny.
Historia polskiego wspinania ma swój własny moment założycielski, zadziwiająco podobny w charakterze do tego, co Kalifornia i Walia przeżywały w swoich dekadach.
4 września 1965 roku siedemnastoletni Jerzy Kukuczka został przywieziony przez kolegę do Podlesic i po raz pierwszy zobaczył ludzi wspinających się po pionowej, 20-metrowej wapiennej ścianie.
Nasuwa się tu skojarzenie z opisywanym przez Andrzeja Wilczkowskiego w książce „Miejsce przy stole” epizodem, kiedy kolejarz z Zawiercia po szychcie szedł polami i wyszedł na polanę w Rzędkowicach, a zobaczywszy dziesiątki wspinających się, głównie na wędkę, adeptów alpinizmu powiedział: „jebana ludzka rasa, za chuj bym tam nie wlazł”. Kukuczka tego pewnie by nie powiedział, ale to co zobaczył i czego doświadczył, było punktem zwrotnym w drodze przyszłego zdobywcy wszystkich 14ośmiotysięczników. Dokładnie tak, jak ogląda się w "Valley Uprising" pierwsze wejścia Robbinsa czy Chouinarda na El Capitanie: jako chwilę, w której miejsce zaczyna produkować ludzi większych niż ono samo.

Wokół tych niskich, wymagających technicznie jurajskich turni przez kolejne dekady uformowała się społeczność, która sama siebie zaczęła nazywać - na poły żartobliwie, na poły serio - Wolną Republiką Podlesicką. To określenie nie było przypadkowe. Tak jak Camp 4 miało swoją nieformalną hierarchię twardzieli i swój kodeks postępowania, a Llanberis swoich starych i młodych pokazujących sobie wzajemnie klasyczne drogi, tak Podlesice wykształciły własne rytuały obywatelskie. To coroczne Mistrzostwa Wolnej Republiki Podlesickiej udokumentowane co najmniej od pierwszej połowy lat 90., własnych bohaterów o ksywach zamiast nazwisk i spisywaną z czułością ustną historię przekazywaną przy lampce koniaku.
Co jednak czyni ten polski przypadek szczególnie wartym ocalenia, to sposób, w jaki ta społeczność ułożyła sobie relację z miejscową ludnością.
Podlesice to nie opuszczony park narodowy, tylko żywa jurajska wieś, z mieszkańcami, gospodarstwami i porządkiem dnia, na który przez dziesięciolecia najeżdżały fale rozgadanych, ubogich, hałaśliwych przybyszów z całej Polski. A jednak to sąsiedztwo nie przerodziło się w konflikt typu "torbiorze kontra tubylcy", tylko w coś bliższego wzajemnej ciekawości, a później szacunku.
Anegdoty spisane przez uczestników tamtych lat, jak choćby ta o miejscowych chłopcach przekonanych, że napędzany wodą samochód wspinaczy to cud techniki, brzmią dokładnie tak, jak powinny brzmieć historie o miejscu, w którym obcy z czasem stają się swoi. To właśnie ten model, czyli legalizacja obecności "innych", nie przez formalne umowy, tylko przez lata wspólnego bycia w tym samym krajobrazie, powtarzał się później w dziesiątkach rejonów wspinaczkowych na świecie - od Kalymnos po Rocklands. I to on, a nie piękno krajobrazu oraz uroda skał, decydował ostatecznie o tym, czy miejsce stanie się legendą, czy tylko punktem na mapie.
Każda taka wspólnota potrzebuje kogoś, kto nie tyle nią rządzi, co ją scala. Kogoś, wokół którego krążą inni, kto otwiera drzwi, uczy i tłumaczy nowym przybyszom niepisane zasady miejsca. W Yosemite tę rolę odegrali Robbins czy Chouinard. W Llanberis kolejne pokolenia takich postaci jak Johnny Dawes czy Paul Pritchard. W Podlesicach był nim m.in. Bogdan Krauze, kartograf i geodeta związany ze środowiskiem toruńskich wspinaczy.
Przeszedł drogę typową dla pokolenia polskich taterników-himalaistów swojej epoki: pierwsze wejścia w Kaukazie, ekspedycje w Atlas Wysoki i w Andy Peruwiańskie, prace geofizyczne na Spitsbergenie, udział w wyprawie antarktycznej, a w połowie lat 80. trzecie wejście na Pico Polaco Sur w Andach. To biografia, którą spokojnie dałoby się zamknąć w gablocie z medalami. On jednak zapisał się w historii polskiego wspinania przede wszystkim czymś innym: założył w Podlesicach pierwszą w Polsce szkołę alpinizmu, a jego dom stał się nieformalnym centrum całej okolicy. Miejscem, do którego ściągali zarówno czołowi wspinacze, jak i zwykli ludzie, którzy zafascynowali się wspinaniem.
W środowisku Wolnej Republiki Podlesickiej funkcjonował pod ksywką Lucky. Jednak nigdy go tak nie nazywałem. Dla mnie był po prostu Bogdanem. To znamienne, że mężczyzna z takim dorobkiem alpinistycznym w pamięci kolegów zapisał się nie jako tytułowany instruktor, tylko jako imię, które nie wymagało nazwiska, bo każdy wiedział, o kogo chodzi. Organizował (głównie z Darkiem Kapturem) Mistrzostwa Wolnej Republiki Podlesickiej, a od 1996 roku, razem z Fundacją Stacha Duszyńskiego, zawody wspinaczkowe dla osób z niepełnosprawnościami. Robił to zresztą mimo postępów podstępnego raczyska, które ostatecznie odebrało mu życie w czerwcu 2008 roku, w wieku 70 lat.
Ci, którzy go znali, opisywali go jako uosobienie spokoju, ciepła i wizji mentora dziesiątek instruktorów, przyjaciela osób z niepełnosprawnościami. Człowieka, którego dom był otwarty dla każdego, kto szukał w Podlesicach czegoś więcej niż tylko dobrej skały. Przegadałem z nim pierdyliard godzin, wypiłem setki lampek koniaku. Nie wypaliłem z nim żadnego papierosa, bo nie palę. On palił, i to bardzo.
Właśnie tacy ludzie jak Bogdan budują mosty między przyjezdnymi a miejscowymi. Był dokładnie tym samym typem postaci, jaki w "Valley Uprising" i "Adrze" nosi ciężar całej narracji: kimś, kto przez dekady osobistej obecności zamienia miejsce piękne, choć postronne, w miejsce swoje, a swoje we wspólne.
Jest jedna różnica między Yosemite czy Llanberis a Podlesicami, która powinna dziś niepokoić każdego, kto zna tę historię: tamte legendy zostały już przełożone na język filmu, spisane, zarchiwizowane, opatrzone napisami w kilkunastu językach. Historia Wolnej Republiki Podlesickiej wciąż żyje głównie w formie rozproszonej. W archiwalnych tekstach na forach wspinaczkowych, z których część już dziś trudno wyczytać, w pojedynczych fotoreportażach, w pamięci coraz starszych uczestników tamtych wyjazdów.
Bogdan Krauze zmarł, a wielu jego rówieśników z tamtego pokolenia rozproszyło się po świecie i Polsce, zabierając ze sobą pamięć o Wolnej Republice Podlesickiej.

To straszne, co teraz napiszę, ale jak oni odejdą, a przecież odejdą, bo przemijanie jest wpisane w nasz żywot, to wraz z nimi zniknie bezpowrotnie ustna warstwa tej opowieści. Zostaną zapomniane anegdoty, rozmyją się w nicości twarze i przebieg wydarzeń, których nikt nigdy nie spisał w całości.
To jest dokładnie ten moment w cyklu życia legendy, w którym Yosemite i Llanberis miały szczęście spotkać swoich kronikarzy, zanim było za późno. Podlesice wciąż na takiego kronikarza czekają. A materiał, jaki tam leży, moment narodzin polskiego wspinania wyższego lotu uosobiony w młodym Kukuczce, samoorganizująca się społeczność, żartobliwie nazwana Republiką ze swoimi mistrzostwami i rytuałami, będąca dowodem na to, że wspinacze i wiejska społeczność mogą przez dekady współistnieć nie w napięciu, tylko w rosnącej wzajemnej sympatii, i wreszcie taka postać jak Krauze, spinająca to wszystko klamrą jednego, otwartego domu, jest dokładnie tym samym rodzajem tworzywa, z którego powstały filmy oglądane dziś przez wspinaczy na całym świecie. Różnica jest taka, że nikt jeszcze go nie nakręcił.
Jasne, że Podlesice, Rzędkowice, Mirów, Bobolice, Ogrodzieniec i inne rejony nie znikną z mapy wspinaczkowej Polski. Może bardziej zarosną, może będą się tam snuć pojedynczy wspinacze (zamiast tabunów), może zagospodarują je inne formy aktywności. Kto wie? Może będą tworzyć swoją historię, tak jak my tworzyliśmy historię Wolnej Republiki Podlesickiej. Pewnie tak będzie, bo życie nie znosi próżni. Ja tylko mam marzenie, żeby ktoś utrwalił fenomen Republiki, bo warto. Amen.

Tekst ukazał się w wydaniu nr 6/2026
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze