Reklama

Alicja Stelmaszczyk – niewidoma Polka na Kilimandżaro i we wspinaczce


Z Alicją Stelmaszczyk, pierwszą niewidomą Polką na Kilimandżaro, rozmawia Magdalena Przysiwek.


 

Już nie trzeba się chować. Rozmowa z Alicją Stelmaszczyk

 

Jesteś bardzo aktywną osobą. Ukończyłaś rowerowy maraton Wisła 1200, weszłaś na Kilimandżaro, zdobyłaś Koronę Gór Polski. Jednak nie zawsze tak było. Gdy w wieku 7 lat zdiagnozowano u Ciebie chorobę siatkówki, pierwszym wskazaniem było zaniechanie sportu. Jak to się zatem stało, że obecnie jesteś aktywna sportowo?

Gdy miałam około sześciu lat, rodzice zauważyli, że coś jest nie tak z moim wzrokiem. Zwykłe okulary nie pomagały. Po jakimś czasie okuliści zdiagnozowali chorobę siatkówki, później potwierdzoną genetycznie. Eliminacja wysiłku miała spowolnić zanik wzroku. Rodzice bardzo mnie chronili. Już od pierwszej klasy nie ćwiczyłam na wuefie. Tato pozbył się moich rowerów, hulajnóg itd. Pozostało mi jedynie pływanie na turnusach rehabilitacyjnych. Okuliści nie wiedzieli, czy przestanę widzieć z dnia na dzień, czy będzie to powolny proces. Każdy poranek był niewiadomą. Wzrok traciłam jednak stopniowo. Ostatnią rzeczą, którą zrobiłam przy pomocy wzroku, była matura z matematyki i fizyki, pisana markerami. Od studiów funkcjonuję bezwzrokowo. Gdy straciłam wzrok na tyle, że już nie był nic więcej do stracenia, wróciłam do aktywności. Trafiłam do klubu sportowego dla osób niewidomych, gdzie poznałam strzelectwo pneumatyczne i startowałam w zawodach. Na 18. urodziny dostałam tandem, na którym początkowo jeździłam rekreacyjnie, a później dołączyłam do ekipy rowerowej z Opola.

Reklama

 

Przeczytaj nowe e-wydanie Magazynu Na Szczycie

 

Ciągnęło Cię do sportu?

Brakowało mi ruchu, bo mam w sobie sporo energii. A poza tym obracałam się wśród osób uprawiających sporty. 

 

Skąd się wzięły góry w Twoim życiu?

Póki mieszkałam w Boguszowie Gorcach, czyli w górach, zupełnie mnie one nie interesowały. Wolałam morze, bo wtedy mogłam jedynie pływać. Gdy przeniosłam się do Opola, zaczęło mnie w te góry ciągnąć. Najpierw rowerowo. Z moimi pilotami stawialiśmy sobie cele, np. wjechania na Biskupią Kopę, Wielką Sowę albo objechania Tatr. Później, już w pandemii, stwierdziłyśmy z przyjaciółką, że potrzebujemy wyzwania. Padło na Koronę Gór Polski.

Reklama

 

Pojechałam za Gosię

 

Najpierw była KGP, a później Kilimandżaro. Skąd się w ogóle wziął pomysł, by wejść na najwyższy szczyt Afryki?

Po przejechaniu maratonu Wisła 1200 zrobiło się o mnie głośno. Zadzwoniła do mnie niewidoma znajoma, mówiąc, że ją zainspirowałam i że na swoje 50. urodziny chce zrobić coś wyjątkowego. Gosia brała udział w projekcie Dotknąć Kilimandżaro. Po pewnym czasie zapytała, czy chciałabym pojechać. Początkowo się wahałam – z jednej strony czułam obawę, z drugiej ekscytację. Miałam świadomość, że taka okazja może się nie powtórzyć. Kierownik wyprawy przekazał mi wszelkie szczegóły - troje niewidomych z przewodnikami ma zdobyć Kilimandżaro. Wtedy dowiedziałam się też, że Gośka nie pojedzie, bo zachorowała na nowotwór. Dziś patrzy na nas z góry. W tamtej chwili wiedziałam już, że muszę iść – choćby po to, by przynieść jej kamyczek z Kilimandżaro. Wiedziałam też, że dzięki kilkuletniemu doświadczeniu sportowemu zdążę dobrze przygotować się do wyprawy.

Reklama

I jak wyglądały te przygotowania?

Zaczęliśmy od wspólnych wyjazdów w góry. Przejęłam od Gosi przewodnika - Pawła, z którym musieliśmy wypracować sposób współpracy – tempo, komendy, technikę prowadzenia i wspólne nazewnictwo przeszkód. To element przygotowań, których osoby widzące nie potrzebują. Fizycznie dołożyłam spacery z obciążeniem i więcej górskich wędrówek. Do tego pływanie, wspinanie i rower. Spotykaliśmy się z lekarzem wysokogórskim, kompletowaliśmy leki, przechodziliśmy szczepienia i uczyliśmy się radzić sobie w razie problemów medycznych. Jako osoba niewidoma poznałam wszystkie tabletki, ich kształty i opakowania. W razie gdybym miała zażyć je sama. Podobnie z bagażem, też wiedziałam, co w nim jest. Na wyprawie prowadził mnie Paweł, a w razie potrzeby zastępowała go Ela. To wsparcie działało w obie strony. Na szlaku szłam z kijkiem trekkingowym, trzymając też Pawła lub jego plecak. Trasa prowadziła po kamieniach i skałach, często wymagała używania rąk, a najtrudniejsze zejścia pokonywałam, zsuwając się na pośladkach. Mało było odcinków ze względnie równą nawierzchnią.

Reklama

 

Uważasz, że to był trudny szlak?

Wybraliśmy dłuższą, ale łatwiejszą trasę wokół Kilimandżaro. Początek prowadził przez las pełen korzeni i rynienek odpływowych, wśród bujnej roślinności i małp. Później roślin ubywało, a przybywało kamieni, których nie lubię, bo trudno mi wyczuć stabilne podłoże i łatwo obijam palce. Jest to trudne i zajmuje sporo czasu. Największym wyzwaniem na Kilimandżaro był ostatni odcinek na krawędź wulkanu. Trzeba było stawiać nogi na wysokość uda, bo szlak prowadził przez duże głazy. Nie dało się tego ominąć. To była nasza ściana płaczu. Niby zaledwie ok. 2 km, ale szliśmy bardzo długo, bo było tak trudno. Tam przyszedł kryzys. Zastanawiałam się, po co mi to było? Kilimandżaro technicznie do tego miejsca nie było specjalnie trudne, jedynie frustrujące przez te kamienie. Dodatkowo miałam chore zatoki, co utrudniało oddychanie. Wysokość powodowała ból głowy, szumy w uszach i ogromną zadyszkę, choć nie rozwinęła się u mnie choroba wysokościowa. Mimo zmęczenia mój organizm dobrze zniósł pobyt na dużej wysokości.

Reklama

...

Płatny dostęp do treści

Dołącz do grona naszych prenumeratorów aby przeczytać tekst w całości.

Pozostało 63% tekstu do przeczytania.

Wykup dostęp
Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 12/10/2026 17:18
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo magazynnaszczycie.pl




Reklama