Na tym szlaku ani razu nie zejdziemy poniżej 4000 m n.p.m., a towarzyszyć nam będą tajemniczo uśmiechnięte alpaki, gęsi o cudownych nazwach i geologiczne malowidła w najdzikszych kolorach. Zapraszam na spacer dookoła wielkiej Ausangate.
Dla mnie były to jedne z pierwszych kroków w Andach. Jednak znawcy tematu w znalezionych w sieci relacjach przedstawiali kilkudniową pętlę wokół Ausangate (6384 m n.p.m.) jako jedną z najpiękniejszych wędrówek w całych Andach. A konkurencja do tego tytułu musi być spora - mówimy przecież o najdłuższym łańcuchu górskim na Ziemi. To szeroki na zaledwie pół tysiąca, ale długi aż na dziewięć tysięcy kilometrów (bagatela, tyle co z Krakowa do Gdańska) grzbiet rozcinający pół planety. Masyw, który potrafi pomieścić całe państwa, a nasze Tatry można by pewnie włożyć do jednej andyjskiej doliny i nawet nikt by się nie zorientował.
Tymczasem my trafiliśmy do wioski Tinki, 100 kilometrów na południowy wschód od historycznej stolicy Inków - Cuzco. Autobusem pokonuje się ten dystans, czasem z przesiadką w Urcos, ale są też kursy bezpośrednie, trwające około trzy godziny. Nagrodą jest targ i ciepły napój z komosy ryżowej, pożywnej i... podnoszącej na duchu (i stanowiącej najlepszy ratunek w przypadku regularnie dręczących turystów dolegliwości żołądkowych). Może to dlatego, że komosa zawsze pojawia się o poranku?
Przeczytaj nowe e-wydanie Magazynu Na Szczycie

W ulicznym jedzeniu, prawie już zapomnianym w Europie (ewentualnie uwięzionym w naczepach modnych food trucków), obowiązuje rytm dobowy. Na ulicach takiego Cuzco czy nawet Tinki pewne produkty i potrawy pojawiają się o pewnych porach, czasem zaskakujących. Smażony kurczak o 9 rano? Żaden problem. Świeżo wyciskany sok z morwy o 1 w nocy? Proszę bardzo. Zaś chłodne andyjskie poranki - to jest czas kisielu z komosy ryżowej sprzedawanej z ręcznego wózka zaparkowanego na chodniku, wraz z kanapkami robionymi na bieżąco i w mgnieniu oka. Taka kanapka może uratować niejedną spontaniczną wędrówkę, na którą nie zdążyliśmy wcześniej zrobić zakupów.
Ale to nam w Tinki nie groziło, byliśmy przygotowani. Pętla wokół Ausangate to około 65-80 km wędrówki. Zazwyczaj zajmuje pięć albo sześć dni, w zależności którą dokładnie trasę wybierzemy. Można po drodze uzupełnić zapasy, ale punkty są dość niepewne i ograniczone do podstawowych produktów. Większość trzeba przywieźć z Cuzco.
Z Tinki ruszyliśmy szutrową drogą do góry, w głąb szerokiej doliny. Ten odcinek szlaku wędrowcy (zwłaszcza Ci z komercyjnych grup) często pokonują na siedzeniu terenówek. Wynajęcie taksówki to koszt kilkudziesięciu złotych i mocno zależy od Waszego szczęścia i umiejętności negocjacji. My zdecydowaliśmy się na 13-kilometrowy spacer.
Coraz rzadziej mijały nas samochody i inni ludzie. Odległości między domami rosły, wkrótce każdy miał już solidny kawał doliny dla siebie. Ta też robiła się coraz szersza, porośnięta niskimi trawami, trochę przypominała mi wrzosowiska północno-zachodniej Szkocji. Tylko zamiast krów i owiec tu pasły się alpaki, puchate chmurki z uśmiechem równie tajemniczym jak Mona Lisa.

Pod koniec dnia doszliśmy do wioski Upis. Za 10 soli (peruwiański sol jest warty praktycznie tyle samo co jedna złotówka) od namiotu mogliśmy się rozbić za jednym z domów i skorzystać z dobudówki, by przy stole ugotować i zjeść obiad. Za podobnie małą opłatą mogliśmy też wskoczyć do gorących źródeł. Ot, basen wykuty przy brzegu rzeki, w którym zbiera się gorąca woda.
Właśnie w trakcie tego przedszlakowego spa pierwszy raz chmury odsłoniły nam północną ścianę Ausangate. Sześciotysięcznik wcinał się w niebo potężnym skalnym murem. Co bardziej połogimi miejscami spływały małe lodowce, ale większość stanowiła goła skała. Wejście na ten szczyt jest poważnym wyzwaniem wysokogórskim, udaje się to zaledwie kilku zespołom w roku.
Mój cel był dużo prostszy - obejść Ausangate dookoła. O poranku drugiego dnia wyruszyliśmy z Upis, w stronę pierwszej wysokiej przełęczy - siodło La Arapa leży na wysokości 4850 m n.p.m., czyli kilkadziesiąt metrów wyżej niż szczyt Mont Blanc.
Tak, Andy zmieniają poczucie wysokości, a nasz szlak jest tego najlepszym przykładem. Poza samym wyjściem z Tinki szlak ani razu nie schodzi poniżej 4000 m n.p.m., a najwyższym punktem jest przełęcz Campa na 5200 m n.p.m. Nam za aklimatyzację posłużyły krótsze wędrówki do wysokości 4500 m n.p.m. i wspinanie w skałach niedaleko Cuzco. Do tego sam pobyt w mieście Inków, którego centrum znajduje się wyżej niż niejeden alpejski szczyt. Bez odpowiedniej aklimatyzacji ta wędrówka może się naprawdę źle skończyć. Zwłaszcza, że po przejściu pierwszej przełęczy nie da się już wycofać, nie zbliżając się choćby do granicy 5000 metrów.
[paywall]
Z przełęczy Arapa zeszliśmy do jeziora Pucacocha. Nad nami szybowały karakary, czyli tutejsze sokoły o krwiście czerwonych nasadach dziobów i gęsi o przepięknej nazwie - magelanki andyjskie, którym takie wysokości nic a nic nie przeszkadzają w lataniu. Nam, bezskrzydłym dwunogom, zostają wolne podejścia, głośne sapanie oraz drugie śniadanie ugotowane nad brzegiem pięknej wysokogórskiej laguny.
Przy lagunie szlak się rozwidlał, a my opuściliśmy główną pętlę i odbiliśmy w prawo. Za następną przełęczą, po całkiem pracowitym dniu, rozbiliśmy biwak. Tutaj następnego poranka pożegnałem się z resztą ekipy. Ich droga prowadziła dalej na Vinicuncę (5036 m n.p.m.), prawdopodobnie najbardziej fotogeniczny pięciotysięcznik na świecie, znany szerzej jako Tęczowa Góra. To geologiczny spektakl, w którym warstwy minerałów ułożyły się na szczycie w wielobarwne pasy.
Piękno w tym miejscu miesza się ze smutkiem. Arcydzieło możemy podziwiać od niedawna tylko dzięki kryzysowi klimatycznemu. Jeszcze 15 lat temu całą tajemnicę przykrywały wytopione dziś lodowce.
Spacer na Vinicuncę może być sposobem na wydłużenie, jak i skrócenie szlaku. Jeśli po wejściu na Tęczową Górę, wrócimy po własnych śladach i obejdziemy Ausangate, zajmie to około pięciu dni i zrobimy 80 km. Ale można też tak, jak moja kompania, wprost z Tęczowej Góry w kilka godzin zejść na drugą stronę masywu i wrócić do Cuzco (na taką trasę od Tinki wystarczą nawet trzy dni). Postanowiłem w ogóle nie wchodzić na Vinicuncę. Zamiast tego wróciłem do głównego szlaku i zacząłem powoli, krok za kroczkiem, wspinać się na najwyższy punkt całej trasy - przełęcz Palomani (5200 m n.p.m.).
Na samym początku podejścia, z małej pasterskiej chatki obok szlaku podeszła do mnie kobieta, by zebrać myto. To nowe zjawisko na szlaku, ale część żyjących w tych górach społeczności uznała, że wędrowcy powinni płacić za przejście przez ich ziemie. Opłaty nie są duże (ta akurat wynosiła 10 soli), można się targować i dostaje się „oficjalny” bilecik. Ich ziemia, ich prawo, choć brak jasnej informacji na ten temat powoduje, że czasem wszystko otacza subtelna atmosfera haraczu, ściąganego przez każdą kolejną osadę. Poznany na szlaku przewodnik powiedział mi, że dla swoich turystów zakłada nawet 150 soli takich opłat za cały szlak. Ja zapłaciłem łącznie około 50 (nie chowałem się specjalnie, po prostu nikt nie prosił o więcej).
Większość wędrowców, których spotkałem na szlaku szła nie tylko z przewodnikami, ale też z kucharzem i osłami czy mułami niosącymi większość rzeczy. Takie karawany to standardowa oferta tutejszych agencji. W mojej karawanie trzeciego dnia ostał się tylko jeden osioł - ja sam - i to mi przypadło noszenie całego sprzętu i zapasów. Tak zaczęło się jedno z najpiękniejszych górskich popołudni w moim życiu.
Z przełęczy Palomani prawie zbiegłem w dolinę. Nogi mnie same poniosły, wśród zboczy o przeróżnych, bajkowych barwach. Geologia wymalowała tu cuda nie tylko na jednym, znanym z Instagrama, szczycie. Mamy więc zbocza żółte, złote, grafitowe, rdzawe, różowe, a nawet wprost czerwone, czy fioletowe. Nad tym wszystkim góruje sama Ausangate i jej niższe sąsiadki - Mariposa (po hiszpańsku „motyl”), Huayruro Punco i Campa. Cały masyw mijałem teraz od wschodu.
Szedłem wzdłuż rzeki. W porośniętej trawą dolinie za towarzystwo miałem jedynie setki pasących się tu lam i alpak oraz najbardziej charakterystyczne andyjskie gryzonie - wiskacze górskie. Zwierzę to w sposób absolutnie unikatowy i przekomiczny łączy w sobie cechy królika, szynszyli i pantery śnieżnej (długi, masywny ogon, gęste futro i szeroka pierś do oddychania na wysokości). W dodatku porządna wiskacza zawsze ma taki wyraz na twarzy, jakby dopiero co się obudziła i jeszcze nie złapała kontaktu z rzeczywistością. To oczywiście tylko pozory - to niestrudzeni wspinacze i doskonale radzą sobie w tym trudnym środowisku. Ich strategią jest daleko posunięty oportunizm. Zjedzą każdą roślinę, która im tylko wpadnie do paszczy.

Wiskacze przemykały wśród skał, alpaki nie dawały się głaskać, a niebo przede mną rozcinała charakterystyczna igła szczytu Puka Punta (5600 m n.p.m.). Mógłbym stwierdzić, że przypominała Matterhorn, ale z wrodzonego patriotyzmu napiszę, że wyglądała jak tatrzański Kościelec. Dokładnie u jej stóp skręciłem lewo i zacząłem ostatnie podejście na szlaku wokół Ausangate. Słońce już powoli zachodziło, a gdy stanąłem na przełęczy Campa (5076 m.n.p.m.), cały świat tonął w złotym, ciepłym świetle.
Wąskie, długie siodło rozdzielało masyw Ausangate od Puka Punta i kolejnego pasma Andów. Nad sąsiednią doliną wisiało wielkie kowadło (tak żeglarze mówią na burzowe cumulonimbusy), ale nade mną nie było ani jednej chmurki. Z przełęczy zszedłem na wysokość 4800 m n.p.m. i tam, już po ciemku rozbiłem biwak. Ugotowałem coś tak oportunistycznego, że nie powstydziłaby się tego żadna wiskacza i przez chwilę oddałem się najlepszej rozrywce na andyjskie wieczory: oglądaniu gwiazd. Nie bez powodu największe radioteleskopy na świecie są instalowane właśnie w Ameryce Południowej (głównie w Chile).
Oczywiście był to szybki seans na koniec naprawdę pięknego dnia. Wkrótce mróz wygonił mnie do ciepłego śpiwora. Na tych wysokościach nawet w porze suchej (od początku maja do końca października) nie możemy liczyć na ciepłe noce, -5 stopni Celsjusza to raczej norma. W takich warunkach poranne słońce rozgrzewające namiot wita się z dużym entuzjazmem. Tu od razu bardzo ważna rada: krem z mocnym filtrem jest obowiązkowy i najlepiej przywieźć go z Polski. W Peru są one o wiele droższe i niezbyt dobrej jakości, a andyjskie słońce bywa bezlitosne.
Czwartego dnia miało być już tylko w dół. Zwinąłem namiot i zacząłem schodzić. Śniadanie zjadłem tuż ponad trzema jeziorami, przy których biwakuje większość wędrowców (na szlaku okolice lagun i jezior są najlepszymi miejscami na nocleg, najczęściej darmowymi). Stąd zostało mi zaledwie kilka godzin do miejscowości Pacchanta, gdzie można wziąć taksówkę, albo przespacerować się szutrową drogą z powrotem do Tinki.
Pacchanta to już regularna osada, gdzie znajdziemy sklepy, hostele, knajpy, a przede wszystkim… gorące źródła (wstęp kosztuje 5 soli). I tak jak pierwszy raz, zobaczyłem ścianę Ausangate siedząc w gorącej wodzie, tak teraz w podobnej sytuacji oglądałem ją po raz ostatni. I jak tu się nie zgodzić ze wszystkimi zachwytami o tym szlaku? Mówimy przecież o wędrówce, która oferuje nie tylko cudowne widoki, mnóstwo czasu na dużej wysokości i wśród pięknej przyrody, ale do tego jeszcze zaczyna się i kończy gorącymi źródłami.
Prolog i epilog w gorącej wodzie kąpany. Na wykładach z teorii literatury uczyli mnie kiedyś, że kompozycja klamrowa to zabieg estetyczny, elegancki i ze wszech miar godny polecenia. Pozostaje tylko się zgodzić.
Loty do Peru – lotnisko w Limie z przesiadką np. w Amsterdamie - w standardowej cenie kosztują od 4 do 6 tys. zł. By rozpocząć opisany trekking najpierw trzeba znaleźć się w Cuzco (co i tak planuje większość turystów odwiedzających Peru). Autobusy do Tinki odjeżdżają rano z przystanku Terminal Paradero Livitaca, niedaleko stadionu, bilet kosztuje 12 soli (czyli 12 złotych).
Na szlaku nocujemy w namiotach (należy mieć ze sobą ciepły śpiwór). W Pacchancie na końcu szlaku możemy wynająć pokój. W Upis są domki gościnne, ale korzystają z nich raczej zorganizowane grupy
Najważniejsze to wysokość i niedostępność. Przez całą wędrówkę ani razu nie schodzimy poniżej 4000 mn.p.m., w kilku miejscach przekraczamy 5000 m n.p.m.. Przez większość szlaku nie ma żadnego zasięgu, a z wielu miejsc nie jesteśmy się w stanie łatwo i szybko wycofać. Dobra aklimatyzacja, doświadczenie w takich wędrówkach, mapa papierowa albo dostępna offline (szlak jest świetnie oznaczony w aplikacjach, np. mapy.com) są absolutnie niezbędne.
Kolejnym problemem może być dostęp do wody - należy dobrze planować miejsca na biwak. Najlepiej jechać w porze suchej, czyli od maja do października, a najlepsze miesiące to sierpień i wrzesień.
Wszystkie zapasy należy zabrać ze sobą, łącznie ze sprzętem biwakowym i kuchnią. Nie zapominajmy o filtrach lub tabletkach do uzdatniania wody - stada pasących się alpak nie chodzą do specjalnych toalet (a pić na tej wysokości trzeba naprawdę dużo). Konieczny jest krem z mocnym filtrem UV.
Obowiązuje oficjalna opłata za wstęp na szlak - 10 soli, ale gdy byliśmy w Tinki kasa była zamknięta na głucho. W samych górach czasami w osadach ściągane jest OD wędrowców myto. Warto mieć przy sobie skromny zapas gotówki. Wstęp na Tęczową Górę kosztuje 20 soli.
Wielu wędrowców wybiera opcję przejścia szlaku z przewodnikiem. W pakiecie takiej oferty zazwyczaj jest też udział kucharza i nieparzystokopytnych tragarzy oraz wypożyczenie sprzętu. To oczywiście kosztuje - około 600 dolarów na osobę. Trzytygodniowa podróż do Peru to wydatek co najmniej ok. 10 tys. zł.
Tekst ukazał się w wydaniu nr 07/2025.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Trekking to jest to że sport-events już dwa razy wyjeżdżałam pierwszy raz w Alpy a drugi na Maderę.