Reklama

Iztaccíhuatl – wejście na wulkan w Meksyku krok po kroku


Rozłożysta, pofalowana góra z daleka przypomina leżącą kobietę. W pobliżu niczym jej strażnik wznosi się inny wulkan - klasyczny, podręcznikowy wręcz stożek. Według legendy Izta i Popo to para romantycznych, ale niestety tragicznych kochanków.


 

Zakochana para w wulkany zaklęta. Wyjątkowy trekking w Meksyku

 

Tekst i zdjęcia Monika Witkowska

 

Oficjalne nazwy obu wulkanów trudno cudzoziemcom zapamiętać. Zresztą nawet Meksykanie mówią skrótami: Iztaccihuatl to Izta, a Popocatepetl to w pieszczotliwej wersji po prostu Popo (5426 m n.p.m.), na którego wchodzić obecnie nie wolno, choć dawniej była taka możliwość. Ożywił się bowiem bardzo i co jakiś czas zasypuje pobliskie miasto Puebla dawką popiołów. 

 

Przeczytaj nowe e-wydanie Magazynu Na Szczycie

 

Kiedy z aparatami w rękach zjawiamy się na hotelowym tarasie, swoją strzelistą sylwetką od razu przyciąga uwagę, zresztą jakby nie było to druga co do wysokości góra Meksyku. Wyższą o 210 metrów jest Orizaba, która zresztą stanowi główny cel naszej wyprawy, choć aklimatyzację postanawiamy zrobić na innym szczycie. Wybór pada na wspomniany na początku Iztaccihuatl. Jest on wygasłym wulkanem, więc ograniczeń nie wprowadzono, a wysokościowo też jest całkiem honorny. Licząc 5230 m n.p.m. zajmuje w Meksyku prestiżowe miejsce trzecie, a biorąc pod uwagę wszystkie góry całej Ameryki Północnej, jest na pozycji piątej.

Reklama

 

Niczym Romeo i Julia

 

Według lokalnych podań Izta i Popo to była kiedyś zakochana w sobie para. Niestety, chłopak jako wojownik musiał wyruszyć na wojnę, a że długo nie wracał, pewna tragicznego finału dziewczyna umarła z żalu. Można sobie wyobrazić rozpacz biednego Popo, kiedy stęskniony wrócił do ukochanej i odkrył, co się z nią stało. Kiedy zabrał jej ciało, aby zrobić godziwy pochówek, bogowie zamienili ich w góry. To dlatego Izta przypomina leżącą dziewczynę (widać wyraźnie głowę, piersi, nogi i całą sylwetkę), natomiast Popo stoi w pobliżu, co jakiś czas w furii wypluwając iskry i popiół. 

Reklama

Nazwa Iztaccihuatl w lokalnym języku nahuatl, którym kiedyś posługiwali się Aztekowie, w dosłownym tłumaczeniu oznacza "białą kobietę". Białą, bo pokryta jest śniegiem. To dla niektórych stanowi spore zaskoczenie, mimo że góra znajduje się w strefie podzwrotnikowej, w kraju de facto tropikalnym, ma zachowane lodowce. 

Bazą wypadową na Iztaccihuatl jest wspomniane miasto Puebla. Choć do przejechania mamy raptem 70 km, pokonanie tej drogi zajmuje nam ponad trzy godziny. Najpierw jest to wygodna kilkupasmówka, potem podrzędna asfaltówka, aż w końcu wyboista terenówka, na której polscy kierowcy busów zapewne odmówiliby jazdy. Brama do parku narodowego znajduje się na wysokości 3600 m n.p.m. przy Paso de Cortés, czyli Przełęczy Corteza. Słynny hiszpański konkwistador, Hernan Cortes w 1519 roku faktycznie ze swoim wojskiem do tego miejsca dotarł. Jednak wykorzystując bliskość aktywnego wtedy Popo, wysłał żołnierzy, żeby z krateru dostarczyli siarkę przydatną do wyrobu prochu.

Reklama

Z wynajętego autobusu wysiadamy na wysokości 3900 m n.p.m. Rozbity tu obóz bazowy zwany La Joya (dosłownie znaczy Klejnot) trochę swą nazwą rozczarowuje. W wyobraźni nastawiliśmy się na malowniczą górską polanę, a tu przydzielono nam namioty rozstawione na zakurzonym klepisku tuż obok parkingu. 

- A jak z toaletą? - pytamy, widząc na budkach, które je mieszczą, masywne kłódki. 

- Chodźcie gdziekolwiek - słyszymy beztroski ton. 

Nie jestem zwolenniczką takich rozwiązań, bo przecież zależy nam na dziewiczej naturze. Poza tym trudno mówić o minimalnej choćby intymności, bo w najbliższej okolicy nie ma żadnych skał, drzew czy krzaków, a żeby wyjść poza obóz trzeba pokonać niełatwą przeszkodę, jaką stanowi ogrodzenie z drutu kolczastego. Ostatecznie udaje się jakoś załatwić klucze do WC. Dla naszej grupy są one darmowe, inni muszą płacić 20 peso (4 zł).

Reklama

 

Uwaga na zorro!

 

Po rozbiciu namiotów idziemy na krótką, dwugodzinną wycieczkę do niedalekiej radiostacji. Na wzgórzu z kilkoma masztami kiedyś działało duże schronisko. Budynek wciąż jeszcze stoi, ale jest pusty. 

- Zamknięto go w czasie pandemii koronawirusa i już nigdy nie otworzono - mówią nam przewodnicy. Ale tak naprawdę to i tak najbardziej interesuje nas fotogeniczny stąd Popo. 

Pytamy też o miejscowe zwierzaki. Okazuje się, że największą lokalna dumą jest… królik, a dokładniej żyjący wyłącznie w Meksyku gatunek zwany teporingo, tepolito albo zacatuche. Niestety, widzimy go jedynie na planszach edukacyjnych. W realu trafiamy jedynie na zorro, jak po hiszpańsku nazywa się lisa. 

Reklama

- Uważajcie na nie, jak i na kojoty. Jedne i drugie lubią zapach ludzkiego potu, więc jeśli nie chcecie, by ukradły wam buty, nie zostawiajcie ich na zewnątrz namiotów - ostrzegają nasi opiekunowie. 

[paywall]

Wieczór mija na pogaduchach przy naprawdę dobrej kolacji. Warunki mamy polowe, ale ekipa naszej agencji rzeczywiście się postarała. Na stole pojawiają się dania typowe dla kuchni meksykańskiej, na przykład pyszne quesadille (odpowiednio złożona tortilla z serem lub innym nadzieniem) czy guacamole (Meksyk jest głównym producentem awokado, będącym głównym składnikiem tej potrawy). Apetyty dopisują, co z uwagi na wysokość, na jakiej jesteśmy, stanowi pozytywne zaskoczenie. 

Reklama

Również kolejnego dnia podczas wyjścia aklimatyzacyjnego na 4400 m n.p.m., nie licząc normalnej zadyszki, też wszyscy świetnie dają radę. Ścieżka jest wąska, kamienista i wymagająca uwagi, ale przecież nigdzie się nie spieszymy. 

- Despacio, despacio! (hiszp. powoli, powoli) - co i rusz przypominamy naszym przewodnikom, a oni nam.

Na powrocie do obozu zatrzymujemy się przy tablicach upamiętniających tych, co w okolicznych górach zginęli. Realne dowody tragedii sprawiają, że wszyscy wnikliwie studiują tablicę z rysunkiem przedstawiającym, jaki ekwipunek muszą mieć wspinacze wybierający się na Izta. Na liście, poza odpowiednim ubraniem, jest lina, kask, raki, czekan, uprząż.

Reklama

 

Lodowiec na kolanie

 

Po powrocie do obozu szykujemy przydzielony sprzęt i pakujemy się na nocne wyjście. - Dlaczego ten plecak taki ciężki? - słyszę retoryczne pytanie jednej z dziewczyn. 

W przeciwieństwie do innych turystycznych miejsc, jak choćby Kilimandżaro czy szlaki nepalskie, tutaj nie ma żadnych tragarzy, a i przewodnicy nie wyrażają chęci, aby dorabiać noszeniem plecaków swoich klientów. 

- Jeśli nie dasz rady nieść swoich rzeczy, to znaczy, że się w te góry nie nadajesz - mówi jeden z nich i w pełni się z nim zgadzam. 

Reklama

Po kilku godzinach snu zbieramy się, jemy lekkie śniadanie i punktualnie o północy wyruszamy. - Upał zelżał… - pada czyjś sarkastyczny komentarz, bo rzeczywiście jest pieruńsko zimno. 

Aż trudno uwierzyć, że jesteśmy w kraju kojarzącym się z gorącem, podczas gdy prognozy pogody na atak szczytowy dość często pokazują temperatury -10, a nawet -15 stopni Celsjusza. Na bezchmurnym niebie migoczą tysiące gwiazd, a w dole, hen daleko, mamy z kolei światła Mexico City. 

Od schronu na wysokości 4780 m n.p.m. zaczyna się najtrudniejszy odcinek - strome, skalne podejście, gdzie często trzeba wspomóc się rękami. Jego finał wyznacza krzyż - Cruz de Guadalajara, upamiętniający tragedię z 1968 roku. Wtedy to grupę studentów z miasta Guadalajara złapała w okolicy burza. Pioruny, silny wiatr, przenikliwe zimno i prawie zerowa widoczność sprawiły, że z 68 uczestników wyprawy, aż 11 chłopaków straciło życie. 

Reklama

Na szczęście my pogodę mamy idealną. Fragment po grani jest szczególnie przyjemny, bo w międzyczasie zaczyna się wschód słońca. Zanim wyłoni się jaśniejący z każdą sekundą okrąg, mamy prawdziwy spektakl pomarańczowo-żółtego nieba stanowiącego tło choćby dla Pico de Orizaby, najwyższego szczytu Meksyku.


A kiedy słońce jest już całkiem wysoko, co oznacza, że zrobiło się cieplej i zupełnie widno, dochodzimy do miejsca określanego jako Kolano Śpiącej Piękności" (znowu wracamy do legendy o zmarłej dziewczynie), przy którym znajduje się lodowiec Glaciar de Ayoloco. 

Reklama

Nasz cel, główny wierzchołek, też już się na horyzoncie wyłania, wywołując po prawdzie jęk rozpaczy: -To jeszcze taki kawał? – niesie się w przestworza. Na dodatek, póki co trzeba zejść, czyli zgubić sporo zdobytej takim wysiłkiem wysokości. 

Ubieramy uprzęże i wpinamy się w linę. Jeden przewodnik zabiera pod swoją opiekę maksymalnie dwie osoby. Rozpoczynamy strome i zlodzone zejście, trzeba naprawdę uważać. Po dojściu do niewielkiej, zaśnieżonej przełęczy (to brzuch naszej Izty) znowu czeka nas droga w górę. 

Już prawie finał, kiedy jeden z naszych chłopaków stwierdza, że nie da rady. Robię więc wszystko, co w mojej mocy, by jakoś go zmotywować. Głupio mi się przyznać, ale sama też czuję zmęczenie i lekki ból głowy. Wiele osób uważa, że po wejściach na ośmiotysięczniki taka wysokość na mnie nie działa, ale to nie tak. Też mam swoje lepsze i gorsze dni. 

 

Łatwo już było

 

Oto i cumbre, jak po hiszpańsku nazywa się szczyt. Ponownie przypominam sobie legendę o zakochanych. Teraz jestem w najwyższym punkcie Izta, niby dokładnie na jej piersi, podczas gdy Popo, niczym wierny towarzysz, wznosi się z drugiej strony.
Cieszę się, bo z mojej naprawdę dzielnej grupy na wierzchołku meldują się prawie wszyscy. Świetny rezultat, bo jak nam mówią meksykańscy przewodnicy, statystyki skuteczności wejść na tym akurat wulkanie są dosyć słabe - zwykle sięgają 40 procent. 

Robimy pamiątkowe zdjęcie, jemy kolejne batony energetyczne i szykujemy się do zejścia. A te okazuje się dużo trudniejsze niż myśleliśmy. Fakt, że przebiega zupełnie inną drogą, to akurat nam się podoba. Nie jesteśmy za to świadomi, jak bardzo ta droga będzie się dłużyła. Najpierw mamy osuwający się wulkaniczny żwir, następnie olbrzymie głazy, po których trzeba przeskakiwać, a niektóre są naprawdę niestabilne. Potem przekleństwem staje się stroma, trawiasta ścieżka, na której u wielu osób buntują się kolana. 

- Za pół godziny będziemy w obozie - stwierdza ktoś pewnym głosem, gdy wreszcie dostrzegamy namioty. Okazuje się, że optymizm był bardzo przesadzony. Wędrujemy jeszcze ponad dwie godziny, żartami odwracając uwagę od ogólnego zmęczenia. 

Gdy wreszcie docieramy do obozu mój zliczający drogę Garmin pokazuje 14 km. Tylko tyle? Zajęło nam to przecież 12 godzin, co ponoć nie jest wcale złym czasem. Pewne usprawiedliwienie stanowi różnica wzniesień. Biorąc pod uwagę pofalowany teren, zegarek wyliczył ją na 1500 m. A zresztą - pal sześć cyferki. Kiedy wieczorem tego dnia, już w hotelu, wykąpani i w czystych rzeczach wspominamy nasz atak szczytowy, nie kryjemy zasłużonej satysfakcji. Kilka dni później, kiedy wrócimy z Pico de Orizaba, dojdziemy do wniosku, że z obu tych gór Izta, choć niższa, była zdecydowanie bardziej wymagająca.

 

TOP 10 najwyższych szczytów Ameryki Północnej

 

  • Mount Denali (6190 m n.p.m.) – USA
  • Mount Logan (5959 m n.p.m.) – Kanada
  • Citlaltépetl (Pico de Orizaba, 5636 m n.p.m.) – Meksyk
  • Popocatépetl (5462 m n.p.m.) – Meksyk
  • Iztaccíhuatl (5230 m n.p.m.) – Meksyk
  • Nevado de Toluca (4680 m n.p.m.) – Meksyk
  • Mount Fairweather (4671 m n.p.m.) – USA/Kanada
  • Mount Whitney (4421 m n.p.m.) – USA
  • Mount Elbert (4401 m n.p.m.) – USA
  • Mount Rainier (4392 m n.p.m.) - USA

 

Informacje praktyczne

 

Dojazd

 

Z Polski nie ma bezpośrednich lotów do Meksyku. Trzeba się liczyć co najmniej z jedną przesiadką w Europie (np. Amsterdam, Frankfurt, Londyn) lub USA. Podróż trwa ok. 20 godz., a ceny zaczynają się w promocji od ok. 2,5 tys. zł (w obie strony), 

Bazą wypadową na Izta jest miasto Puebla, do którego ze stolicy, czyli miasta Meksyk, jedziemy około 3 godz. Obydwa metropolie położone są na wysokości 2200 m n.p.m., co daje dobrą, wstępną aklimatyzację do zdobywania wulkanów (Izta, Orizaba i inne).



Noclegi

 

W obozie La Joya nie ma żadnych obiektów noclegowych (jest jeden budynek, ale należy do ratowników), więc wszyscy śpią w namiotach. Obozowisko jest bardzo spartańskie. Barak służący do przygotowywania posiłków zwykle zajmują grupy zorganizowane. Nie ma pryszniców, tylko dwie toalety, ale poza weekendami zamknięte. W okolicy nie ma też żadnych źródeł wody - tę do picia czy mycia trzeba sobie dostarczyć. 

Uwaga! Na rozbicie się w obozie La Joya oraz możliwość dojazdu do niego poza weekendami, wymagane jest pozwolenie, które załatwimy w biurze parku narodowego, zwanym CONANP. Jeśli tego nie zrobimy, musimy z Przełęczy Corteza dojść do obozu La Joya na piechotę, co oznacza 9 km w jedną stronę.

 

Termin i organizacja wejść

 

Miejscowe agencje oferują wejścia na Iztaccihuatl przez cały rok, ale najlepsza jest pora sucha, czyli okres od października do marca. Ze względów logistycznych nie warto przyjeżdżać w góry w najpopularniejsze meksykańskie wakacje, szczególnie zaleca się unikać świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku.

Na Izta prowadzi kilka dróg o różnym stopniu trudności. Najpopularniejszą, choć wcale nie najłatwiejszą, jest opisana w tym artykule droga Los 4 Portillos (Czterech Przełęczy), która zaczyna się na parkingu La Joya. Jeśli nie mamy aklimatyzacji, na zdobywanie Izty musimy przeznaczyć 2-3 dni. 

Na samą wspinaczkę nie są potrzebne zezwolenia, jedynie trzeba opłacić (ok. 3,5 dolara) wstępu do parku narodowego. W praktyce cudzoziemcy korzystają z pomocy lokalnych agencji zapewniających cały pakiet usług: dojazd, namioty, posiłki, sprzęt (raki, uprzęże, kaski, kijki, nawet czołówki) i opiekę przewodnicką. Nie ma obowiązku wynajmowania przewodnika, ale jeśli nie znamy terenu, warto się na tę opcję zdecydować. W wielu miejscach przebieg drogi jest niejasny, a na odcinku lodowcowym trzeba korzystać z liny. Wejście z przewodnikiem to koszt 300-550 dolarów.

 

Koszt

 

Na dwutygodniowy pobyt w górach Meksyku trzeba przeznaczyć co najmniej ok. 10-12 tys. zł.

 

Tekst ukazał się w wydaniu nr 1/2026

 

Czytaj nas w Google
Dodaj do Google
Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 18/03/2026 16:21
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo magazynnaszczycie.pl




Reklama