Stoję w promieniach zachodzącego słońca i w zachwycie oglądam cały ten spektakl kolorów. I myślę, że natura potrafi stworzyć majstersztyk. Gorczańska łąka mieni się na pomarańczowo, gdy dzień chyli się ku końcowi. Moją duszę wypełnia przekonanie, że jestem na właściwym miejscu. Rób to co kochasz, mówili – a więc robię.
Tekst Magdalena Przysiwek
Kiedy jestem w górach nie istnieje świat zewnętrzny, zgiełk i pośpiech. Ktoś może powiedzieć, że to tylko mój wymysł, bo przed życiem się nie ucieknie. Zależy kto co nazywa życiem.
Piotr Morawski
Czasem jedno życiowe tąpnięcie sprawia, że zmieniamy swój świat. Przez ostatni rok dowiedziałam się o sobie więcej niż przez całe wcześniejsze życie. I nauczyłam się tyle, co nigdy dotąd. Całą tę masę informacji potrzebowałam jednak poukładać w swojej szafie według kolorów i ważności. Do tego potrzebne mi były cisza, spokój i własne towarzystwo. Na wiosenne porządki wybrałam miejsce, które kocham i które zawsze pomaga mi posprzątać życiowy bałagan – góry. Zaplanowałam podróż jak za studenckich czasów. Choć nomem omen nigdy do tej pory nie chodziłam po górach w ten sposób. Nocny pociąg, jeden plecak, jedne spodnie, i jedna myśl w głowie. Dla takich chwil warto żyć!
Jest godzina 23. Siedzę na poznańskim dworcu i popijam kawę. Czuję się jakbym znowu miała 18 lat. Z megafonu wydobywa się głos informujący mnie, że pociąg jest opóźniony. Trochę mnie to martwi w obliczu przesiadki, którą mam zaplanowaną w Krakowie. Jednak postanawiam się nie przejmować, bo i tak nie mam na to żadnego wpływu. Zamiast tego szybko opracowuję plan B. I po tak rozwiązanym problemie, mogę dalej rozkoszować się smakiem kawy wymieszanej z aromatem przygody.
Szczęście sprzyja mi już od początku, więc w Krakowie, po podróży „wesołym pociągiem”, bez problemu przesiadam się by dotrzeć do Rabki-Zdroju. Momentami przysypiając po zarwanej nocy, po 12 godzinach od wyjścia z domu, wysiadam na dworcu w Rabce (ok. 500 m n.p.m.). Dzień wita mnie otulającym ciepłem słońca i zapachem kawy unoszącym się z pobliskiej kawiarni. Ulegam aromatowi i już po chwili maszeruję wzdłuż szumiącej w dole Poniczanki z kubkiem w dłoni.
Większość mojej trasy to czerwony szlak będący częścią Głównego Szlaku Beskidzkiego. Tak też zaczynam wędrówkę. Kawałek za miastem robi się widokowo. W oddali dostrzegam królującą nad Beskidami Babią Górę. Pierwszym charakterystycznym punktem na mojej trasie jest Bacówka PTTK na Maciejowej (ok. 850 m n.p.m.). Nigdy nie zapomnę jak byłam tu pierwszy raz. To była jesień 2019 roku. Jechaliśmy ze znajomymi w Tatry i po drodze zatrzymaliśmy się, żeby zahaczyć o Maciejową. Dzień był już krótki, więc podchodziliśmy późnym wieczorem. Nad naszymi głowami lśniła niezliczona ilość gwiazd. W dole połyskiwały światła okolicznych miejscowości, a szlak spowity był absolutną ciszą. Mieliśmy wrażenie, że znaleźliśmy się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, zupełnie oderwani od świata. W życiu nie widziałam tak pięknego, nocnego nieba. Nawet na moich rodzinnych Kujawach, gdzie latem leżeliśmy na pomoście nad jeziorem i oglądaliśmy spadające gwiazdy. Z tamtej nocy na Maciejowej zostało mi też wspomnienie pysznego jedzenia i ogromnej serdeczności gospodarzy – Klaudii i Piotra Zagórskich, którzy prowadzą to miejsce już od 10 lat. Teraz przystaję tu tylko na chwilę, żeby wrócić wspomnieniami do tamtych chwil. Tak wiele się zmieniło od tamtego czasu.
Dzisiaj noc spędzę nieopodal najwyższego szczytu Gorców - w Schronisku PTTK na Turbaczu (1283 m n.p.m.). Jeśli jeszcze tam nie byliście, to zdecydowanie polecam. Widok z tego miejsca zapiera dech w piersiach. Po przybyciu na miejsce robię szybki research, żeby znaleźć najlepszy punkt na obserwowanie zachodu słońca. Znajduję go na Hali Turbacz, która dawniej tętniła pasterskim życiem. Na środku polany znajduje się polowy ołtarz z pamiątkową tablicą z 2003 roku. To upamiętnienie dawnego szałasu pasterskiego, w którym 17 września 1953 roku Karol Wojtyła odprawił mszę świętą dla gorczańskich pasterzy i turystów. Dziś miejsce to świeci pustkami. Oprócz mnie jest tu zaledwie jedna osoba. Obserwuję gorczańską łąkę zmieniającą się wraz z tańczącym światłem zachodzącego słońca. Zachody i wschody to dla mnie metafora życia. Jedno się kończy, by mogło zacząć się coś innego.
Zegar wybija piątą rano. Wstaje nowy dzień. Mam wrażenie, że wszyscy poza mną jeszcze śpią. Schodzę do kuchni turystycznej, by zjeść śniadanie i przygotować coś na drogę. Ku mojemu zaskoczeniu po kuchni krząta się chłopak mniej więcej w moim wieku. Po zdawkowym „cześć”, szybko zaczynamy rozmawiać. Skąd jesteś, gdzie dzisiaj idziesz itp. Okazuje się, że Marcin ma zaplanowaną na ten dzień dokładnie taką trasę jak ja. Ten odcinek to wypisz wymaluj kawałek GSB, który mój współtowarzysz od kilku dni dzielnie pokonuje. Zaczął w Ustroniu, by dziś zmierzać w kierunku Krościenka - dokładnie tam, gdzie ja. Gdy dojadam resztki śniadania, Marcin rusza już na szlak. Na koniec dodaje, że z pewnością go dogonię, bo nowe buty przyniosły mu bąbelkowe niespodzianki na stopach.
Już na wejście zachwycam się piękną panoramą Tatr. Ten widok będzie mi dziś towarzyszył wiele razy. Jest absolutnie zachwycający, a pogoda wyraźnie mi sprzyja, więc mogę się nim upajać bez przeszkód. Jest wcześnie i najwyraźniej niewielu osobom chciało się tak szybko wstawać. Pierwszą osobą, którą spotykam na szlaku, jest właśnie Marcin. Przez jakiś czas idziemy razem. Potem drogi się nam rozchodzą z racji na zróżnicowane tempo, by po jakimś czasie znów się zejść. Trasa mija mi pod hasłem wspaniałych krajobrazów. Gdy otwiera się widok na wody Jeziora Czorsztyńskiego, zachwycam się ponownie.
Mijam zaledwie kilka osób. Słyszę powtarzające się pytanie: „idziesz sama?”. Tak idę sama. - I dobrze mi z tym - odpowiadam.
Spotykam turystę w wieku około 60 lat. Pokonuje Główny Szlak Beskidzki z Wołosatego do Ustronia. Śpi w schroniskach, idzie sam. W głowie zaczyna mi się rodzić myśl. A może i ja bym kiedyś spróbowała przejść GSB sama? Postanawiam, że to nie będzie marzenie, a konkretny cel. Kiedy go zrealizuję? Jeszcze nie wiem. Ale na samą myśl serce zaczyna mi bić mocniej. Dochodzę na szczyt Lubania (1225 m n.p.m.). Na wieży widokowej nie jestem sama. Otaczają mnie Tatry, Gorce, Beskidy i Pieniny. Stoimy tam razem i w milczeniu trwamy w tej chwili.
- „Zależy kto co nazywa życiem” – myślę za Piotrem Morawskim. Zgiełk, pośpiech, codzienne problemy… Nie uciekam od tego, ale teraz to nie istnieje.
Później dobrą godzinę leżę na polu namiotowym wygrzewając się i odpoczywając przed ostatnim odcinkiem dzisiejszej trasy. Po chwili dołącza do mnie Marcin. Do celu idziemy już razem, by zakończyć dzień pyszną pizzą i zimnym piwem. Zanim to jednak nastąpi, już niedaleko Krościenka spotykamy ponad 50-letniego mężczyznę. Na ostrym podjeździe walczy z rowerem. On też robi GSB.
– Próbowałem już wcześniej, ale bieszczadzkie błoto było tak duże, że zrezygnowałem – opowiada i dodaje: – Mam chory kręgosłup, więc pieszo nie dałbym rady. Z rowerem jest mi znacznie łatwiej.
Jestem pełna podziwu. Nieważne co robimy i jakie mamy cele. Czy jest to wejście na Gubałówkę czy zdobycie Everestu. Ważne, jaką drogę pokonujemy, szczególnie w swojej głowie, by osiągnąć wymarzony cel.
- Każdy ma swój Everest – myślę. Może moim będzie GSB? Kończę dzień z tą właśnie myślą.
Kolejnego ranka budzik dzwoni mi zawrotnie wcześnie. Nastawiłam go z premedytacją, by dotrzeć dzisiaj do Schroniska PTTK na Przehybie. Jednak nie robię tego najkrótszą trasą przez Dzwonkówkę (983 m n.p.m.). Będąc w tych okolicach, nie mogę odmówić sobie przyjemności zahaczenia o ukochane Pieniny. Chcę dotrzeć na Trzy Korony jeszcze przed tłumem turystów, który z racji ładnej pogody, soboty oraz popularności szczytu, zapewne wkrótce się tu zjawi. To miejsce również przywraca na myśl wspomnienia. Tą samą trasą na Trzy Korony szłam w 2015 roku. Wtedy moja córka będąc jeszcze w brzuchu, zdobyła swój pierwszy szczyt. A ja zostawiłam swoje serce pośród lasów i szczytów urokliwych Pienin.
Na Trzech Koronach (982 m n.p.m.) staję jeszcze przed otwarciem kasy, w której kupuje się bilet na taras widokowy. Rozsiadam się, bo umówiłam się tu na randkę z Tatrami. Mamy chwilę dla siebie, więc jemy wspólnie śniadanie. Choć wiem, że nie mam zbyt wiele czasu, bo przede mną długa droga, jednak przez tą chwilę chcę być tu i teraz. Dodatkowo mój redakcyjny kolega Marcin ostrzega mnie z Poznania przed burzami. Dziękuję więc majestatycznym Tatrom za towarzystwo i schodzę w dół. Kasa już otwarta, więc kupuję bilet, który upoważnia mnie do wejścia także na Sokolicę (747 m n.p.m.). Gdy mijam budkę postawioną pod jej szczytem, okazuje się, że jestem pierwszą osobą w tym dniu, która przyszła z Trzech Koron. Przynajmniej wśród osób z biletem.
Szlak jest piękny i ciekawy, choć z czasem zaczął robić się dość zatłoczony. Dodatkowo atrakcją na trasie jest przeprawa przez Dunajec. Gdy dochodzę na brzeg flisacka łódź jest już prawie pełna, więc szybko wsiadam i zaraz wiosła zaczynają przecinać taflę wody. Choć to krótka podróż, jednak towarzystwo jest bardzo wesołe i aż żal ponownie schodzić na ląd.
Kawałek dalej okazuje się, że na Przehybę wybrałam bardzo monotonny niebieski szlak. Tu zaczyna się mój wyścig z czasem, gdyż o 18 zamykają bufet w schronisku, a jedyne o czym marzę z racji upału i kończących mi się zapasów picia, to zimne piwo. Gdy docieram na miejsce prawdopodobnie nie wyglądam najlepiej, bo od obsługi schroniska słyszę pytanie czy szłam znad morza. Zaraz jednak ląduję na tarasie, popijając bursztynowy napój i od razu robi mi się lepiej. Zbiera się na deszcz i już za moment wielkie krople przecinają parne i brudne od kurzu powietrze.
Czwartego i zarazem ostatniego dnia mojej wyprawy, budzę się jeszcze przed budzikiem. Próby zaśnięcia kończą się fiaskiem, więc postanawiam wyjść wcześniej. Jest 6.30 rano. Niebo zasnuło się chmurami. Straszy podmuchami wiatru i siąpiącym deszczem. Wokół ani żywej duszy.
Samotnie przemierzam kolejne metry znów czerwonego szlaku w kierunku Radziejowej (1266 m n.p.m.). Choć dla wielu to dziwne, ja lubię taką pogodę. Las pachnie wtedy oszałamiająco. Świat wygląda inaczej, spowalnia jeszcze bardziej i robi przestrzeń na porządki w głowie. Pierwszy raz w życiu tak wyraźnie widzę, dokąd zmierzam i jak chcę, żeby ta droga wyglądała. Dostałam to, po co przyjechałam. Mogę spokojnie wracać do domu i iść swoją własną drogą.
Wsiadam do pociągu na małej stacji w Piwnicznej-Zdroju. Dla mnie to jest właśnie życie. Szukanie i odnajdywanie. Wschody i zachody. Nie tylko słońca, ale też te życiowe. Droga. Każdego dnia inna, każdego dnia zaskakująca, ale jednak wyraźnie słyszę na niej odgłos swoich własnych kroków...
Jeśli chcemy przejść tę kilkudniową trasę, to odpada własne auta. Z Krakowa do Rabki-Zdroju dojedziemy pociągiem (bezpośrednie połączenie o godz. 7.16) albo busem (www.mda.malopolska.pl). W drogę powrotną wyruszymy z Piwnicznej-Zdroju pociągiem do Krakowa (bezpośrednie połączenia po południu w niedzielę o godz. 16.21, 18.44 i 20.22).
Schronisko PTTK na Turbaczu
Galicyjskie Gospodarstwo Agroturystyczne – Krościenko
Schronisko PTTK na Przehybie
Tekst ukazał się w Wydaniu Specjalnym nr 02/2022 (lato).
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze